Odyseja lotnicza 2012

Podróż. 7.07 nastał czas naszego pożegnania z Europą. Ruszamy w lotniczą podróż do Pekinu. Niestety jak to zwykle w naszym przypadku bywa nie może ona odbyć się bez pewnych niewygód. W tym przypadku są nimi godziny spędzone na lotnisku w Moskwie. Licząc od momentu dotarcia na lotnisko w Rydze o 3.15 (GMT +2), do lądowania w Pekinie o godzinie 8.15 dnia następnego czasu (GMT +8) podróż zajęła nam 20 godzin, z czego w samolocie spędziliśmy jedynie połowę tego czasu.

Air Baltic. Te tanie linie okazały się najbardziej ekonomiczną opcją dotarcia do Moskwy. Niestety podczas rejestracji nie wykupiliśmy dodatkowego bagażu rejestrowego, co oznaczało potrzebę skompresowania naszych plecaków do rozmiarów 55x45x20 i odchudzenie ich do masy 8 kg. Oczywiście na pierwszy ogień poszło jedzenie i brudna bielizna. Jednak gdy pozbycie się tych ładunków okazało się niewystarczające musieliśmy podjąć drastyczną decyzję i zdecydować się na podróż „na janka” tzn. w 3 parach spodni, 3 t-shirtach, polarowej bluzie i kurtce. Dodam, że zapowiadana temperatura na ten dzień oscylowała w granicach 30 stopni. Ostatecznie na ubiór „cebulkowy” zdecydował się tylko Stan. Jak się później okazało, niepotrzebnie gdyż Szoszo wszedł na pokład samolotu z pełnym plecakiem, przekraczającym limit rozmiaru chyba dwukrotnie, a i to nie był największy bagaż podręczny wniesiony do naszego samolotu.

Sheremietievo. Międzynarodowe lotnisko w rosyjskiej stolicy powitało nas, jak na lotnisko przystało, kontrolą paszportową. Na szczęście brak wizy, okazał się mniejszym problemem niż przypuszczaliśmy, gdyż udało nam się przeprowadzić check-in bez potrzeby opuszczania naszego terminala. Terminala, który przez następne 10 godzin stał się naszym domem. Przyznać musimy, domem całkiem przytulnym. Klimatyzacja, bezprzewodowy internet (choć dosyć wolny) i w miarę tanie Gamburgjery (nie, nie hamburgery – Gamburgjery) z lotniskowego Burger Kinga (45 rubli) pozwoliły przetrwać nam czas do następnego lotu. Choć przetrwać to za duże słowo. Była to raczej wegetacja i walka z wszechogarniającym znudzeniem. Mówi się, ze inteligentni ludzie się nie nudzą. A i owszem, dlatego też pisaliśmy na Facebooku, blogu, retuszowaliśmy zdjęcia, stworzyliśmy mapkę naszej podróży, ściągnęliśmy mnóstwo aplikacji na naszego smartphona, porozmawialiśmy z wszystkimi chyba dostępnymi osobami na Skypie, czytaliśmy rosyjskie gazety, robiliśmy sobie zdjęcia, jedliśmy, szukaliśmy w sklepach bezcłowych najtańszych słodyczy (wygrało 400 g Snickersa za 4 euro), wypatrywaliśmy pięknych Rosjanek, zwiedziliśmy sąsiedni terminal i wiele, wiele innych. Mimo tych wszystkich „rozrywek” czas zdawał się płynąć w tempie Marcina Wasilewskiego startującego do piłki.

Prasówka z rosyjskich gazet. Owoc naszego znudzenia, czyli przegląd najciekawszych informacji znalezionych w bezpłatnej rosyjskiej prasie (o dziwo pisanej również po angielsku):

  • w pakiecie ustaw wydanych przez rosyjskie władze znalazło się rozporządzenie zakazujące sprzedaży piwa w środkach komunikacji miejskiej. O spożyciu nie było nic wspomniane
  • od 1.07 wzrasta akcyza na alkohol, po jej podwyżce najtańsze 0,5 litra wódki kupimy za 125 rubli (ok. 13 zł). Budżet zarobi dzięki temu 150 mld rubli (ok. 150 mln zł). Kalkulacji strat związanych z ewentualnymi zamieszkami ulicznymi nie przeprowadzono
  • 11% graczy komputerowych w Rosji to gospodynie domowe. Twierdzą one, że nic tak nie odstresowuje po prasowaniu jak partyjka w Call of Duty.

Hainan Airlines. Nasz kolejny przewoźnik. Wiele sobie po nim obiecywaliśmy i nasze oczekiwania doczekały się spełnienia. Również tutaj nie raczyliśmy skorzystać z przywileju nadania bagażu rejestrowego, jednak i tym razem obsługa lotu, w postaci kilku identycznych stewardess nie zwracała uwagi na  to z czym pasażerowie wchodzili na pokład. W końcu okazało się, że nasze podręczne plecaki były jednymi z mniejszych. Krótko po starcie podano ciepłe ręczniki i pierwszy posiłek. W prawdzie zapach wydobywający się z wózka z jedzeniem nie zachęcał do konsumpcji, jednak to negatywne pierwsze wrażenie zostało zatarte przez na prawdę smaczną wołowinę z ryżem i warzywami. Po posiłku oddaliśmy się rozrywkom serwowanym nam przez komputerki umieszczone w siedzeniach przed nami. Filmy, proste gry i muzyka – czegóż więcej potrzeba w samolocie? Rano przed lądowaniem zaserwowano nam jeszcze poranną jajecznicę, ale trudno było się nam na niej skupić (Łukasz prawie ją przespał), za parę minut mieliśmy bowiem stąpać już po Chińskiej ziemi.

Ryga, czyli przeżyć i nie zwariować

Ryga i Wilno, choć pozornie do siebie podobne – z zabytkową starówką z jednej, a komunistycznymi przedmieściami z drugiej strony – okazały się dwoma różnymi światami, A wszystko to za sprawą hostów – na Litwie mieszkaliśmy u 50-letniego bibliofila tylko z przymusu opuszczającego swoje cztery kąty, zaś na Łotwie rozbijaliśmy się po najmodniejszych lokalach z 21-letnim menedżerem, który tylko z rzadka oddawał się temu, co nasz poprzedni host. Aby nie być gołosłownym – biografię Hitlera, którą miał wystawioną na półce, jak sam przyznał, trzyma tylko ze względów estetyczno-efekciarskich (choć fakt braku zainteresowania nią należy jednak postrzegać w kategoriach zalety).

Starówka. Na szczególną uwagę zasługuje ryska starówka – pełna ciasnych przesmyków, bram i alejek. Niestety tak jak w większości miasta i tu obok odnowionych ze smakiem kamienic znajdują się rudery w stanie rozkładu. Poza tym starówkę odradzamy modnym paniom, które nie wyobrażają sobie dnia bez szpilek. Stare miasto usiane średniowiecznymi „kocimi łbami” w połączeniu z wysokimi obcasami stają się śmiertelnie niebezpieczne. Koneserom mocnych wrażeń polecamy natomiast kluby „Pussy Lounge” i „Blow Well”. Z kolei, tym którzy tradycyjnie w najstarszych częściach miasta upatrują źródeł ciekawych historii, polecamy legendy o „szklance” i „wypiętym kocie”, który z wieży budynku przypatruje się okolicy.

Jurmala. Plażowy kurort, gdzie sferom wyższym po prostu nie wypada nie bywać. Jedyne miejsce na Łotwie, do którego wjazd jest płatny, jednak system poboru opłat jest bardzo dziurawy i niezwykle łatwo go oszukać. Miejscowość ta jest o tyle nietypowa, że jeszcze chyba nigdzie na świecie nie widzieliśmy takiego rozwarstwienia społecznego. Z zaprojektowanymi według najnowszych trendów willami rosyjskich oligarchów, sąsiadują drewniane, na pół rozpadające się chałupy, powstrzymywane przed totalnym rozkładem jedynie przez owijającą je siatkę. Sama plaża to nic nadzwyczajnego – woda zimna (sprawdzone na własnej skórze), piasek żółty, a plażowicze pijani – ot typowe bałtyckie wybrzeże. Co ciekawe, o wiele lepiej prezentowała się bezpłatna plaża w samej Rydze, którą odwiedziliśmy następnego dnia.

Łotwa na wakacje
hipsterskie drinki

Host. A jaki był nasz host? „Postać ta stanowiła ucieleśnienie korporacyjnego ducha postkomunistycznej generacji” – stwierdził Stan po przebudzeniu na moskiewskim lotnisku. Przechodząc do konkretów. Ma numery telefonów do pięciu ministrów i prezydenta, prowadzi dwie firmy (zajmujące się doradztwem finansowym) i jedną organizację pozarządową (z obszaru zrównoważonego rozwoju), zarabiając kwoty, o których przeciętny student w jego wieku może tylko pomarzyć. Samochody zmienia jak rękawiczki (choć prawo jazdy ma od pięciu lat, miał ich już sześć), a po kradzieży kołpaków ze swojego Volkswagena Golfa postanowił „pożyczyć” brakującą część z samochodu stojącego na ulicy. Pije tylko najdroższe piwo, naszej polskiej wódki nie chce tknąć, a drinki bierze na kredyt tylko po to, aby następnego dnia jeździć po barach, spłacać długi i witać się z kelnerami i kelnerkami, których zdążył poznać przy okazji podobnych wizyt w nieodległej przeszłości. Z drugiej strony od trzech lat omija bramkę płatniczą prowadzącą na plażę, na którą wjazd kosztuje horrendalną kwotę jednego łata (ok. 6 zł). Na nasze pytanie, jakim autobusem możemy dojechać do centrum, odpowiedział że nie jeździ publicznym transportem, gdyż ten jest tylko dla najbiedniejszej części społeczeństwa i meneli. Wszędzie jeździ samochodem, a na imprezy wozi go 17-letni Tom, który wprawy jako kierowca nabiera od dziesiątego roku życia.

Kraje bałtyckie – pierwsze wrażenie

Pierwszy rozdział podróży, czyli crawl po krajach bałtyckich dobiegł końca. Wrażeń nie brakowało, a autostop i CouchSurfing jak zwykle okazały się bezcenny przy redukcji kosztów wyprawy. Ostatecznie zamknęliśmy się w 75 litach i 15 łatach, a spróbowaliśmy zarówno litewskiej kuchni, jak i absyntu w najbardziej hipsterskiej miejscówce w Rydze. Oto zapis naszych pierwszych wrażeń, powstający dosłownie w podróży.

Litwa na wakacje
czyżby to tu pałała dzięcielina?

Godzina 5:21 (GMT +2), Sybir-trip dzień drugi, nie dalej jak kilkanaście minut temu opuściliśmy na pokładzie autobusu Simple Express nasz piękny kraj, Litwinom (i co gorsza Litwinkom) strasznie śmierdzą stopy, nad okolicznymi stawami unosi się Tolkienowska mgiełka niczym mroczna poświata nad Trupimi Bagnami i generalnie jest już widno. Pokładowe komputerki, które nawiasem mówiąc są genialną opcją, wciąż odmawiają nam dostępu do sieci, mimo że w menu głównym zapraszają do wrzucenia krótkiego posta na Facebooka. My zaś odmówiliśmy sobie filmów, a do wyboru mieliśmy m.in. Tin Tina i Incepcję), nie zabierając z dolnego bagażu słuchawek (podobnie zresztą jak jedzenia). Mimo to piszemy. Litwa, jak dotychczas kraj zaskakująco uporządkowany i … pusty, aczkolwiek to drugie zrzucić można na karb pogranicza. Jedyne czego pod dostatkiem to stacje benzynowe. Mijaliśmy też kilka wiatraków i wież GSM.

Droga trzyma standard polski, choć usilnie rozjeżdżana jest przez tiry. Ogólnie ruch spory. Mijamy kolejne stawki, które przypominają nam, że jeszcze godzinę temu pruliśmy przez Mazury. Spotykamy pierwszych imigrantów z Polski – parę bocianów. Za chwilę wjedziemy do Kalwariji – pierwszego większego miasta na naszej trasie, o czym wiemy dzięki GPS-owi dostępnemu na naszych niezastąpionych komputerkach. Oby były one również na pokładzie wiozących nas wkrótce samolotów. A jednak, niestety miasto miało obwodnicę. Dobrym podsumowaniem dla otaczającej nas przestrzeni może być mickiewiczowska pałająca dzięcieliną. Bez odbioru.

Godzina 18:07 (GMT +2), Sybir-trip dzień czwarty. Siedzimy właśnie w łotewskim odpowiedniku PKS, „pędząc” w kierunku Rygi, ok. godziny 16 przekroczyliśmy granicę łotewsko-litewską na pokładzie marszrutki złapanej przez nas na stopa. Niestety fakt ten (przekroczenia granicy) nie umknął uwadze łotewskich celników i ich psa. Pomimo negatywnego wyniku kontroli (brak narkotyków), musimy zapytać: Strefo Schengen, gdzieś ty? Kolejna negatywna niespodzianka to moja znajomość języka rosyjskiego, która okazała się być jedynie ogólnym pojęciem. Mimo to udało nam się nawiązać dialog z podwożącym nas kierowcą. A wszystko to dzięki Artjomowi Rudnevsowi.

Pierwsze wrażenia z Łotwy, są bardzo podobne do tych litewskich – pusto. Choć pozytywnie na tle sąsiadów z południa wyróżniają się łotewskie przystanki PKS – schludne i wszystkie wykonane w tym samym stylu. Drogi niestety jakości podobnej, czyli słabej. Co do zwiedzonego przez nas miasta – Bauska – to zdecydowanie zaskoczenie in plus. Choć nie wszystko było najnowsze, miasto okazało się zadbane i bardzo dobrze utrzymane. Stąd również pochodził kierowca, który nas podwoził, więc nie wypada nam o tym miejscu pisać źle. Nie mieliśmy tu również problemu z wymienieniem złotówek, nawet pomimo dość późnej godziny przybycia. Tylko kurs okazał się być nieco zaniżony. Mało tego, na dworcu PKS zaznaliśmy również dobrodziejstwa wi-fi – w Polsce rzecz raczej niespotykana.

Sami Łotysze sprawiają wrażenie raczej nieciekawe – gdyby zaopatrzyć ich w kij bejsbolowy i ubrać w podkoszulek, ze spokojem wtopiliby się w tłum dresów patrolujących najbardziej zapuszczone dzielnice polskich miast. Złego słowa nie możemy natomiast powiedzieć o Łotyszkach, które w naszym rankingu urody wyprzedziły już Litwinki (ocena subiektywna jednego z redaktorów) i gonią Polki. Stojąc w centrum miasta z tabliczką „Riga” mieliśmy na czym oko zawiesić i choć ostatecznie musieliśmy zrezygnować z autostopu nas rzecz autobusu, nie żałujemy ani minuty spędzonej na zjeździe przy głównej drodze.

Język rosyjski. Na razie wszystko wskazuje na to, że przy okazji podróży na wschód nie warto liczyć na znajomość innych języków, tylko zaopatrzyć się w rozmówki i gawarit pa ruski. Co prawda łotewski celnik, który zatrzymał nas na granicy błysnął znajomością angielskiego „Hołidej, he?”, jednak resztę dialogu przeprowadził w swoim drugim ojczystym języku.

Wilno, czyli w drogę

Menele pod ratuszem. Jak każdy szanujący się backapacker śniadanie postanowiliśmy skonsumować na ławce w parku. W miejscowym markecie zaopatrzyliśmy się w butelkę kwasu chlebowego (Stan degustował po raz pierwszy i stwierdził, że całkiem, całkiem) i rozsiedliśmy pod ratuszem. Szybko otoczyła nas grupka miejscowych meneli, którzy pierwsze o co zapytali nas w kilku językach, to czy nie poratowali byśmy  ich paroma litasami (tamtejsza waluta). Mówili po rosyjsku, angielsku, niemiecku, litewsku, ale z polskim byli najwyraźniej na bakier – ostatecznie zamiast litasów odpaliliśmy im po dębowym kabanosie. Radości nie było końca.

Deszcz. Podobno nazwa państwa pochodzi od słowa „padać” (lit. lietus). I rzeczywiście – deszcz leje tu często i gęsto, choć nie przeszkadza to polskim wycieczkom przechadzać się po zakamarkach zabytkowej starówki.

litwa na wakacje
Opuszczony kościół Matki Boskiej Pocieszenia i św. Augustyna – ruiny w samym centrum miasta

Wilno. Co nas najbardziej zdziwiło to stopień niedokończenia tego miasta. Z jednej strony mija się tu odnowione z ogromnym rozmachem kamieniczki z drugiej zaś 30 metrową wieżę rozpadającego się kościoła. Powiecie pewnie, że w Polsce mamy to samo. Cóż, może i tak, ale za granicą to zawsze razi bardziej, zwłaszcza w środku starego miasta. Host zapytany o tę sytuację dał odpowiedź najprostszą z możliwych – pieniądze. I ponoć również środki UE niewiele pomagają. Poza tym trafiliśmy akurat na jakieś uroczystości na Uniwersytecie Wileńskim. Grono profesorskie zebrało się w odświętnych strojach przed wejściem do budynku głównego, pośrodku nich stanął rektor, orkiestra odegrała hymn i rozpoczęło się przemówienie dla… samochodów, gdyż bezpośrednio na placu pod uczelnią znajdował się parking. Jakieś grupki ludzi stały tylko po drugiej stronie ulicy i przy wjeździe na plac. Co kraj to obyczaj. Co my tam robiliśmy spytacie? Oczywiście szukaliśmy wi-fi.

Ceny. Cóż niestety wyższe, ale nieznacznie. Generalnie są one identyczne jak w Polsce, tyle że w litach, a te z kolei stoją po ok. 1,2 zł.

Litwini. Według statystyk jest ich ponad 3 miliony, jednak nasz wileński host (50-letni poliglota władający sześcioma językami, posiadający w domu kolekcję kilku tysięcy płyt i jeszcze większej ilości książek, z których wszystkie przeczytał!) ma własną teorię opartą na relacjach… piekarzy. Na podstawie danych dotyczących wypiekanego chleba, przekonywał nas, że ten niewielki kraj zamieszkuje niewiele ponad 2 miliony mieszkańców.

Historia. Jeden z głównych tematów rozmowy z naszym hostem, a zarazem kwestia niezwykle drażliwa na Litwie. W Muzeum Narodowym makieta bitwy pod Grunwaldem opatrzona została opisem „Decydujący moment walki, kiedy na pole bitwy przybywają wojska litewskie”, a nazwę głównej ulicy Wilna zmieniono z ul. Mickiewicza na ul. Giedymina. Mało tego, niegdysiejszy budynek rozgłośni polskiego radia został przemianowany na szpital psychiatryczny dla dzieci, a w przewodnikach dla turystów rozdawanych w informacjach turystycznych Litwini chwalą się, że ich państwo zostało po raz pierwszy wspomniane w źródłach historycznych w 1009 r. Szkoda tylko, że nigdzie nie dodali, że pierwsze wspomnienie dotyczy mordu św. Wojciecha, który wybrał się w te rejony nawracać pogan.

litwa na wakacje
zrujnowany krajobraz Užupis

Užupis. Dzielnica Wilna, która szczyci się własną konstytucją. Miejsce spotkań artystycznej bohemy, które jednak zamiast przyciągać ciekawą architekturą i intelektualno-… atmosferą, odstrasza zrujnowanymi budynkami. Bardziej niż dzielnicę artystyczną przypomina to zalążek komuny hippisowskiej, która właśnie dostała pozwolenie na zagospodarowanie rozpadającego się osiedla. Kto wie, może w przyszłości będzie to coś na miarę duńskiej Christianii?

-as. Niemalże wszystkie słowa po litewsku kończą się na tę końcówkę: Internetas, klubas, skveras, kavas. Niestety dowiadujemy się tego z szyldów i reklam, gdyż większość napotaknych Litwinów rozmawia w języku… rosyjskim. Przechadzając się ulicami Wilna wszystko litwinizujemy (CouchSurferas, hostas), co sprawia nam niemałą radochę. A zgadnijcie jak po litewsku jest whisky?

Mrówki. Nasz host, choć wyjątkowo gościnny, miał małe problemy z opanowaniem porządku w mieszkaniu pod nieobecność matki. Sytuacja ta na rękę była mrówkom, które przez noc zdążyły założyć gniazdo pod naszymi butami. Wszystko wskazuje na to, że kilka z nich zabraliśmy także w podróż do Rygi, bo podczas łapania autostopu zauważyłem jak wylegają z plecaka. Na szczęście po pierwszej fali mrówczej ekspansji, w plecaku panuje cisza i spokój.

CS Report: Dzisiaj znaleźliśmy hosta kilka godzin przed zapadnięciem zmierzchu. Po wysłaniu kilku prywatnych wiadomości do Wileńczyków, nie otrzymaliśmy żadnej pozytywnej odpowiedzi, dlatego wrzuciliśmy ogłoszenie na grupę „Vilnius: last minute request”. Efekt? Po pół godzinie mieliśmy umówiony nocleg u dziennikarza na Zwierzyńcu. 17 zaproszeń, 4 zaakceptowane, najgościnniejsza okazała się Ryga.

Wi-fi Report: Przechadzając się główną ulicą czy po starówce niezabezpieczone hotspoty można znaleźć co rusz. Niestety nie zawsze jest Internet w McDonaldach. Polecamy za to sieć kawiarni Coffee Inn, w których można cieszyć się szybkim, stabilnym Internetem.

 

Warszawa, czyli wszystko na ostatnią chwilę

na razie PKP, wkrótce kolej transsyberyjska
na razie PKP, wkrótce kolej transsyberyjska

Godzina 23:43 (GMT +1), sybir trip dzień pierwszy, w którym po trzech godzinach spędzonych w pociągu relacji Poznań-Warszawa stwierdziliśmy, że ciężko będzie wytrzymać 60 godzin podróży w Kolei Transsyberyjskiej z Krasnojarska do Moskwy. Po przybyciu do Warszawy mieliśmy mnóstwo rzeczy do załatwienia, z których większość się udała (kupno pamiątek, ksero dokumentów, wymiana walut), a część niestety nie (wysłanie kuriera konnego ze śpiworem i finką do towarzyszki podróży, która jako jedyna wykupiła nadawany bagaż i została powołana na generała broni: do Chin oprócz naszych broni ma przywieźć gaśnicę z gazem pieprzowym). Największym pozytywem dzisiejszego dnia była informacja, że pośrednictwo przy zakupie biletów na Kolej Transsyberyjską wynosi tylko 30 zł za jeden bilet. Tym samym manewry z kupowaniem biletów przez Internet czy angażowanie znajomych z Rosji (którzy notabnene też nie ogarniają serwisu transakcyjnego rosyjskich kolei) nie są już potrzebne. Choć i tak kasowanie od ludzi takiej kwoty, za sam fakt posiadania konta akceptowanego przez RZD (rosyjska kolej), nie można postrzegać inaczej jak w kategoriach złotego biznesu. Druga pozytywna informacja to autobus linii Simple Express, gdzie mamy wszystko, czego potrzebujemy – gniazdka, idealną temperaturę do spania i komputer pokładowy z różnymi bajerami.

Spotkaliśmy również pierwszych na naszej trasie Rosjan – urzędników rosyjskiej ambasady. Nasze spostrzeżenie – Rosjanie są tak „typowi”, że nie sposób pomylić ich z żadną nacją świata (miedziany garnitur w paski + zaczesana fryzura na alfonsa + przekrwione lico, ale się nie uprzedzamy). Korzystaliśmy również z usług zakładu kserograficznego, z prawie 150-letnimi tradycjami. Jak widać warszawscy studenci korzystali z dobrodziejstw kserokopii dużo przed nami. W bardzo okrężny sposób pokonaliśmy również trasę z Dworca centralnego na al. Ujazdowskie. Jak tylko dorwiemy się do Googla to postaramy się ją odwzorować. Pytanie tylko jak ogarniemy stolicę Chin, podczas gdy własna sprawia nam tyle problemów.

CS Tip: Po trzech godzinach spędzonych w McDonald’sie przy mangowo-marakujowym shake’u stwierdziliśmy, że pisanie requestów we dwójkę jest znacznie bardziej efektywne niż w pojedynkę. Wysłaliśmy ich aż dziesięć, z czego co drugi jest taki, że host po prostu nie może go odrzucić.

Przygodę czas zacząć

 

Litwa na wakacjeStało się – nastał upragniony 2 lipca, czyli termin naszego wyjazdu do Chin i Rosji. Jak zwykle plany są ambitne. Ruszamy z Poznania pociągiem do Warszawy, stamtąd autobusem do Wilna, następnie autostopem do Rygi, skąd już bardzo blisko będziemy mieli do Moskwy (tym razem lecimy liniami AirBaltic), gdzie chcemy zdążyć na nasz samolot do Pekinu. Tam to już zupełnie prosta droga z Pekinu do Syczuanu, przez Xi’an, a następnie do Szanghaju, skąd niestety udamy się już w drogę powrotną Koleją Transmandżurską i Transysberyjską do Moskwy z postojami w Irkucku i Krasnojarsku (gdzie zamierzamy odwiedzić hippisowsko-podróżniczą komunę zwołaną przez legendarnego autostopowicza i podróżnika Alexandra Krotova). Z Moskwy jeszcze tylko kilkaset kilometrów do Petersburga, a tam to już jakbyśmy byli w domu.

Oczywiście nie pozwolimy by ta wyprawa pozostała nieudokumentowana, dlatego możecie się spodziewać publikacji na łamach choosetravel.pl zapisków z podróży, okraszonych najciekawszymi fotografiami. Pierwsza porcja już dziś. Wschodzie drżyj – nadchodzimy. Zachodzie żegnaj – przynajmniej na jakiś czas.

Północna Słowacja – Tatry, zamki, jaskinie

Każdego roku na majówkę do Zakopanego wybierają się rzesze turystów. W efekcie zakopianka stoi w wielogodzinnym korku, na Krupówkach tłoczą się setki ludzi, a do Doliny Kościeliskiej nie sposób się dostać. Niewiele osób wie, że zaledwie 40 km dalej rozciągają się wyższe, piękniejsze Tatry pośród nich zaś puste i panoramiczne szlaki.

Park Narodowy Wysokie Tatry jest zdecydowanie największą atrakcją, którą trzeba „zaliczyć” będąc na Słowacji. Obszar ten jest bardzo urozmaicony – od pięknych dolin po postrzępione turnie najwyższych szczytów Tatr. Turyści nastawiający się na całodniowe trasy z pewnością nie będą zawiedzeni. Szczególnie godny uwagi szlak to wejście na Koprowy Szczyt. Cała trasa zajmuje niemalże cały dzień, a w czasie wędrówki urozmaicać krajobraz będą nam liczne potoki przecinające szlak, a pod koniec trasy zobaczymy najgłębsze i największe jezioro w słowackich Tatrach –Wielki Staw Hińczowy, który ma 53,7 m w najgłębszym miejscu. Inną ciekawą alternatywą jest wejście na Krywań, której charakterystyczny szczyt uchodzi za symbol słowackiej przyrody. Jest to wyczerpujący i długi szlak (min 4,5 godz.) i pewnym mankamentem jest konieczność powrotu tą samą trasą. Dodatkowo należy pamiętać, że podczas marszu nie ma schroniska, w którym można by było zregenerować siły. Będąc w słowackich Tatrach mamy również możliwość zdobycia najwyższego polskiego szczytu, który po stronie naszych sąsiadów w podejściu jest nieco łagodniejszy. Z Rysów możemy opcjonalnie zejść na polską stronę.

Trasy są bardzo różnorodne pod względem trudności, do niektórych schronisk można dojść nawet asfaltową drogą. Dla osób nie lubiących wysokogórskiego hikingu polecam szczególnie trasę do Popradskiego Plesa, która zajmie nam nie więcej niż godzinę. U celu mamy do dyspozycji restauracje w górskim stylu i punkt wypadowy w wyższe partie Tatr. Jedną z możliwości zobaczenia gór nie męcząc się niemalże wcale jest kolejka górska na Łomnicki Szczyt. Z samego szczytu roztacza się piękny widok, a przełęcz jest dobrym miejscem na obserwacje świstaków. Niestety jest to bardzo droga atrakcja (ponad 20 euro). Dodatkowo trzeba liczyć się z ryzkiem, że z powodu mgły lub niskiego pułapu chmur nic nie zobaczymy, a wcześniej wykupiony bilet nie podlega zwrotowi (w sezonie bilety trzeba wykupić z kilkudniowym wyprzedzeniem. Innym pomysłem jest odwiedzenie Szczyrbskiego Plesa, które miejscowi nazywają słowackim Morskim Okiem. Moim zdaniem nasz wysokogórski staw wypada w porównaniu ze swoim słowackim vis-a-vis nieco gorzej – przede wszystkim dlatego, że nie tłoczą się wokół niego tłumy ludzi i można spokojnie wsłuchać się w odgłosy natury wypoczywając na nadbrzeżnych skałkach.

Słowackie Tatry są również wspaniałym miejscem do obserwacji ptaków charakterystycznych dla różnych partii gór, m. in. rudzików czy muchołówek. Dla przeciętnego pasjonata ornitologii nietrudne będzie wypatrzenie orzechówki, a przy odrobinie szczęścia jest szansa na drozda obrożnego. W pasie kosodrzewiny warto wypatrywać ruchliwej pliszki górskiej, natomiast w wyższych partiach gór można spotkać siwerniaka. Właśnie w słowackich tatrach mamy największe szanse na zobaczenie prawdziwej rzadkości – płochacza halnego. W Polsce występuje jedynie punktowo w Karkonoszach i w Tatrach. Jest to jeden z nielicznych ptaków, który występuje na wysokościach powyżej 2000 m. n. p. m. Osobiście choć się starałem nie udało mi się go zobaczyć.

Po stronie słowackiej mamy również bogatszą faunę. Wpłynęły na to mądre ograniczenia turystyki ze strony zarządu parku narodowego – możliwość wejścia na teren chroniony istnieje jedynie w okresie letnim. Ponadto Tatry po stronie naszych południowych sąsiadów są bardziej rozległe, przez co zwierzęta mają więcej miejsc, w których mogą ukryć się przed ciekawskimi spojrzeniami turystów. W związku z tym w tamtejszej części Karpat o wiele liczniej występują kozice, świstaki, a nawet niedźwiedzie brunatne. Te ostatnie można zobaczyć nawet w pobliżu miejscowości, czego byłem świadkiem – gospodyni agroturystyki, w której nocowałem wbiegła któregoś dnia na korytarz z sensacją, że przed chwilą minęła samochodem niedźwiedzicę z małym niedźwiadkiem.

Szata roślinna Słowackich Tatr ulega obecnie bardzo głębokim przemianom. Porastające góry lasy zostały zniszczone niemal doszczętnie podczas wielkiej wichury w 2004 roku. Paradoksalnie skutki tego żywiołu nie są oceniane jako katastrofa przyrodnicza – zdmuchnięte bowiem zostały sztuczne lasy posadzone przez człowieka, a na ich miejsce wkroczyła naturalna przyroda. Władze słowackie podjęły odważną decyzję sprzeciwiającą się poglądom o potrzebie zalesiania terenów chronionych i zdecydowały się poczekać aż natura sama odbuduje roślinność. W efekcie w partiach górnego i dolnego regla utworzyły się nieznane przedtem w Tatrach krajobrazy otwartych przestrzeni i różnorodnych terenów drzewiastych.

Poza górami…

Historia Słowacji sprawiła że w kraju tym są liczne zamki, w znakomitej większości wybudowane przez Habsburgów. Są one w większości tak dobrze zachowane, że fanatycy średniowiecza z pewnością nie będą musieli zbytnio wysilać swojej wyobraźni, aby przenieść się w tamte czasy. Warownie są bardzo różnorodne – od największego w środkowej Europie Zamku Spiskiego, do niewielkiej, usytuowanej na stumetrowej skarpie Twierdzy Orawskiej. Podczas wizytowania te ostatniej można poruszać się tylko z przewodnikiem, który przypada na piętnastoosobową grupę. Na Zamku Spiskim nie ma już takiego wymogu, a dodatkowo można wykupić elektroniczny przewodnik, dzięki któremu poznamy historię i legendy związane z tym miejscem (również w języku polskim). Ceny za zwiedzenie zamku wahają się od dwóch do pięciu euro.

Słowacja oprócz gór i zamków oferuje nam również piękne jaskinie – geolodzy naliczyli ich aż 5350. Niestety dla turystów udostępniono tylko 12 z nich. Na szczególną uwagę pod względem oryginalnych form skalnych zasługuje Ochtińska Jaskinia Aragonitowa, w której możemy popatrzeć na aragonitowe formacje – niewielkie formy skalne przypominające jeżowce. Są one unikalne w skali światowej – poza Słowacją, można je jeszcze podziwiać w USA, Brazylia czy Włoszech. Dzięki aragonitowym impresjom, jaskinia została wpisana na listę UNESCO. Dla osób nie interesujących się skałami ciekawszą alternatywą będzie Jaskinia Domica, w której można przepłynąć się po podziemnej rzece Styks. Zwiedzanie jaskiń jest odrobinę droższe niż odwiedzanie zamków – ceny wahają się od czterech do siedmiu euro. Aby uwiecznić na zdjęciach ten niewątpliwie piękny podziemny świat należy dopłacić aż 10 euro.

Znaną atrakcją na Słowacji są również termy i aquaparki, z Tatralandią na czele. Większość term na Słowacji oferuje gorące baseny zawierające leczniczą wodę, jednak aquaparki takie jak Tatralandia dają możliwość skorzystania z najróżniejszych basenów i zjeżdżalni, a także atrakcji niezwiązanych z wodą. Nietrudno się domyślić, że jest ona mocno przereklamowana.

Sieć transportu publicznego jest na Słowacji bardzo dobrze rozwinięta szczególnie w sąsiedztwie Parku Narodowego Wysokie Tatry, dzięki czemu nie ma potrzeby korzystania z własnego samochodu. Najpopularniejsza jest kolejka, której liczne przystanki znajdują się we wszystkich miejscowości w sąsiedztwie Parku oraz przy szlakach wiodących w głąb Parku. Kursuje ona co pół godziny od rana aż do 22:00, a bilety na jednorazowy przejazd kosztują nie więcej niż dwa euro. Nie ma również problemu aby dostać się do Polski – z wielu miejsc regularnie kursują busy do Zakopanego.

Podróżując po Słowacji autostopem możemy przejść przez spore męczarnie. Pomimo tego, że Słowacy są bardzo otwarci i sympatyczni nie za bardzo rozumieją idee autostopu. Rzadko natkniemy się na osobę chętną do podwiezienia dodatkowego pasażera, a nawet jeśli już taka się trafi, to możemy zostać wysadzeni na kompletnym odludziu gdzie utkniemy na dobrych kilka godzin. Ponadto jest tam niezmiernie ciężko złapać stopa po zmroku. Jeżeli tylko przejeżdżamy przez ten kraj to najlepszym rozwiązaniem będzie zabrać się polskim lub rumuńskim tirem. Jednym z miejsc gdzie mamy dużą szansą złapać jakąś ciężarówkę jest Barwinek.

CouchSurferów na Słowacji jest niewielu – w samej Bratysławie lewdie ponad 800. W mniejszych miejscowościach o konapę jeszcze trudniej, ale zawsze pozostaje rozbicie namiotu na dziko. Jeżeli jednak chcemy spędzić trochę czasu w Parku Narodowym Wysokie Tatry i zaznać gościnności miejscowych, najbliższy checkpoint dla CouchSurferów znajdziemy w Popradzie (20 kilometrów od Parku), a i tam CouchSurferów jest zaledwie 75.

Na Słowacji podobnie jak CouchSurfing słabo rozwinęły się organizacje zapewniające kwaterę w zamian za pracę. Miejsc pracy zorganizowanych przez WWOOF jest w całej Słowacji zaledwie cztery: dwa w Preszowie i po jednym w Koszycach oraz Bańskiej Bystrzycy. Inny ciekawy host znajduje się w okolicach Myjavy, gdzie na zakwaterowanie zapracujemy sobie oporządzaniem zwierząt hodowlanych.

Autor: Mikołaj Szoszkiewicz

Wielki Kanion, wielkie wrażenie

Wielki Kanion wyzwala w osobach, które widzą go po raz pierwszy najbardziej prymitywne instynkty – jestem pewien, że nawet Mickiewicz zrezygnowałby z trzynastozgłoskowej inwokacji na rzecz krótkiego, treściwego „O kurwa!”. Stojąc nad krawędzią widzisz pod sobą głęboki na dwa kilometry i rozciągający się aż po horyzont kanion, z którego wyrastają góry, łuki skalne, gdzieniegdzie trochę zieleni, a gdzieś daleko w dole rzeka Kolorado intensywnie żłobi nowe kształty połyskując w pełnym słońcu. Z tej odległości wszystko to, co znajduje się wewnątrz kanionu wydaje się malutkie. Dopiero wytężając wzrok można dostrzec niewyraźne łańcuszki turystów – wówczas też zdajesz sobie sprawę z ogromu tego, na co patrzysz.

To miejsce aż prosi się o miliony turystów, stragany z breloczkami, budki z lodami i wycieczki autobusowe do najbardziej spektakularnych punktów widokowych. Amerykanie jednak po raz kolejny (po Smoky Mountains NP) pokazali, że w kwestii ochrony przyrody i eksponowania dziedzictwa przyrodniczego nie mają sobie równych. Krawędź Wielkiego Kanionu (akurat ja byłem na jej południowym krańcu – South Rim) co prawda jest zagospodarowana przez lodżie (hotele), campingi i sklepiki z pamiątkami, ale wszystko zostało zrobione z wyczuciem i wciąż przeważa tutaj przyroda, a nie turystyczny kicz. A dodajmy, że schodząc na dół tego cudu natury jest już tylko lepiej – szlaki są starannie przygotowane i komponują się z krajobrazem (w przeciwieństwie do autostrad jakie można spotkać w naszych rodzimych górach), turystów na nich niewiele (ze względu na gorący, suchy klimat i duże odległości), a na samym dnie kanionu jedyną możliwą formą noclegu jest własny namiot. Wszystko to sprzyja zachowaniu naturalnego środowiska, a po drodze można natknąć się na dzikie zwierzęta – sam spotkałem kilka kozic, watipi (gatunek jelenia), a koleżanka omal nie nadepnęła na grzechotnika. Amatorów birdwatchingu zainteresuje z pewnością kondor kalifornijski, którego populacja jest odbudowywana w ramach lokalnego programu reintrodukcji.

Wyczucie Amerykanów przejawia się również w transporcie – na terenie całego parku narodowego kursują darmowe autobusy ułatwiając dotarcie do najciekawszych miejsc. W każdym pojeździe znajdują się ekrany z informacjami o lokalnej florze i faunie, a trasy autobusów wiodą nad samą krawędzią kanionu, tak że widoki można podziwiać nawet w trakcie jazdy. Nieco gorzej wygląda transport z Flagstaff (największego miasta w okolicy) do samego parku narodowego – za kurs Arizona Shuttle Service trzeba zapłacić 31 dol. (przy rezerwacji internetowej) lub 35 dol. (przy rezerwacji telefonicznej). W cenę tę jest wliczona opłata wjazdowa do parku narodowego w wysokości 6 dol. Busiki odchodzą z Flagstaff kilka razy dziennie i są jedyną opcją dla niezmotoryzowanych. Podróżując w piątkę-szóstkę (warto pytać turystów na stacji autobusowej i zorganizować się w większą grupę) bardziej opłaca się wziąć taksówkę (ok. 150 dol. za kurs).

Wielki Kanion najlepiej eksplorować z namiotem. Po pierwsze dlatego, że pola namiotowe są bardzo tanie (ok. 15 dol./noc za miejsce campingowe, na którym ze spokojem można legalnie rozbić dwa, a nawet trzy namioty), a po drugie dlatego, że z własnymi czterema kątami można zejść na dół kanionu i spędzić noc nad rzeką Kolorado. To ostatnie wymaga jednak specjalnego zezwolenia od straży parku narodowego, którego nie uzyskamy z dnia na dzień. Według wskazówek z oficjalnej strony internetowej dyrekcji parku narodowego w szczycie sezonu należy dokonywać rezerwacji z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, jednak z podobnymi zaleceniami spotkaliśmy się w Smoky Mountains NP (najchętniej odwiedzanym parkiem narodowym w USA) i mimo że się do nich nie zastosowaliśmy, udało nam się spędzić dwie noce na szlaku. Zainteresowanych zorganizowaniem sobie pobytu w Wielkim Kanionie zachęcam do przejrzenia informatora parkowego z września 2011 r. (pozwoliłem sobie zeskanować):

Bright Angel Trail

Wielki Kanion jest jednym z tych miejsc, w których bez względu na to ile byś czasu nie spędził, zawsze będziesz miał za mało. Z pewnością warto poświęcić trochę czasu i wysiłku na zejście oraz nocleg na dole. Z racji na długość szlaku i wyczerpujące warunki (przez większość czasu jesteśmy wystawieni na słońce, które podgrzewa atmosferę do 30-35 st. C) straż parkowa zaleca rozłożyć 20-kilkukilometrowy hiking na dwa dni. Nie wiem na ile to legendy, a na ile prawda, ale na większości tablic informacyjnych można przeczytać ku przestrodze historie o zuchwalcach, którzy chcąc pokonać tę trasę w jeden dzień, kończyli w szpitalu z udarem i przegrzaniem organizmu. Sam przebyłem ok. 3/4 tego szlaku (do Plateau Point, łącznie 19 km w obie strony) i mogę powiedzieć, że osoba zaprawiona w chodzeniu po górach ze spokojem powinna pokonać całą długość wyruszając wcześnie nad ranem i wykorzystując cień, jaki spowija kanion przed wschodem słońca (zaznaczam jednak, że schodziłem na dół w połowie września – w lipcu/sierpniu, kiedy temperatury są najwyższe, całodniowy hiking jest złym pomysłem). Po drodze na dół w rozsądnych odległościach rozmieszczone są stacje z pitną wodą, niewielkie szopy do schronienia się przed słońcem, a mniej więcej w połowie drogi znajduje się niewielka oaza z kilkoma drzewkami (czyli cieniem) i płynącą rzeczką. Straż parkowa poleca wziąć ze sobą zapas słonych przekąsek, aby uzupełniać sól, którą wydalamy razem z potem.

Alternatywą dla dwudniowego hikingu jest krótsza, jednodniowa trasa Bright Angel Trail na Plateau Point (ok. 19 km w obie strony), z którego można podziwiać rzekę Kolorado. Podobnie, jak w przypadku zejścia na sam dół, warto, a nawet trzeba wyruszyć na szlak jak najwcześniej, żeby skrócić czas wędrówki w upalnym słońcu. Gdzie jak gdzie, ale w Wielkim Kanionie raczej nie mamy co liczyć na chmury czy letni deszczyk. Schodząc na Plateau Point pokonujemy wysokość 1000 m, a drugie tyle czeka nas z powrotem – tyle, że pod górę. Według przewodników czas zejścia to około 3 godzin, a powrotna wspinaczka powinna zająć maksymalnie 6 godzin, a więc łącznie około 9 godzin. Sami pokonaliśmy tę trasę w niecałe 6 godzin, ale w drodze powrotnej niemalże biegliśmy. Wersja de luxe to zejście na grzbietach osiołków, oczywiście dodatkowo płatne.

Dla wszystkich zastanawiających się czy warto tam jechać, powiem tylko tyle – jedźcie, zobaczcie, a będziecie tam chcieli powracać przez całe życie. Zresztą, spójrzcie sami.

Wielki Kanion w obiektywie

[fsg_gallery id=”1″]

WWOOFing – podróżuj z łopatą, podróżuj za darmo

Wolontariat kojarzy nam się przede wszystkim z działalnością w organizacjach pozarządowych. Jednak od 1971 r. prężnie rozwija się wolontariat ekologiczny, który dla wielu ludzi jest już nie tylko sposobem na tanie podróżowanie po świecie, ale po prostu stylem życia. Poznajcie WWOOFing.

World Wide Opportunities on Organic Farms (WWOOF) to organizacje zrzeszające farmy ekologiczne i umożliwiające wolontariuszom podejmowanie na nich pracy. W zamian za pięć godzin pracy przy pielęgnacji ogrodu, sadzeniu warzyw czy zbieraniu owoców otrzymujemy od rolnika darmowe zakwaterowanie i wyżywienie, przy okazji zbierając również cenne doświadczenie. W ramach sieci WWOOF funkcjonują organizacje krajowe (obecnie w ponad 40 państwach na wszystkich kontynentach). Wolontariusz zainteresowany pracą w danym państwie wykupuje jednorazowo dostęp do listy farm ekologicznych wraz z adresami i danymi kontaktowymi (zazwyczaj koszt ok. 50-90 zł), po czym może cieszyć się z uroków podróżowania z jednego miejsca w drugie wiedząc, że zastanie tam wygodne łóżko i smaczne jedzenie. Dokładne warunki pracy ustala się z każdym właścicielem z osobna, przy czym zazwyczaj wymagany jest pobyt na okres minimum tygodnia. Do rzadkości należą przypadki, kiedy wymagane jest wcześniejsze doświadczenie, dlatego WWOOFing staje się coraz bardziej popularny wśród backpackersów i podróżników na co dzień nie mających styczności z roślinami, zwierzętami czy ekologicznym budownictwem.

Pomysł WWOOFingu narodził się jesienią 1971 r. w londyńskiej redakcji magazynu „Resurgence”, kiedy tamtejsza sekretarka, Sue Coppard, zdała sobie sprawę, że żyjąc w metropolii jest zupełnie pozbawiona kontaktu z wsią i naturą. Chcąc to zmienić, postanowiła zorganizować weekendowy wyjazd do pracy na farmie ekologicznej Emerson College w Sussex. Szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę – do Sue zaczęli zgłaszać się kolejni wolontariusze i właściciele farm w całym kraju zainteresowani podobnymi inicjatywami. Wkrótce WWOFing upowszechnił się na całych Wyspach Brytyjskich, a z czasem sieć farm ekologicznych oplotła całą kulę ziemską.

Jak się za to zabrać?

Zaczynając swoją przygodę z ekologicznym wolontariatem, warto wiedzieć, że w ramach WWOOF funkcjonują dwa typy sieci – tzw. national WWOOF organisations oraz WWOOF Independents. Jedyna różnica jest taka, że te pierwsze są zorganizowane w ramach jednolitej narodowej struktury, natomiast w tych drugich farmy ekologiczne funkcjonują samodzielnie. Polski WWOOF skupia właśnie niezależnych rolników i oferuje dostęp do listy hostów całkowicie za darmo. W Europie bezpłatnie można uzyskać ponadto adresy do farm ekologicznych na Litwie i na Węgrzech.

Wybierając swoją pierwszą farmę, trzeba pamiętać o kilku podstawowych zasadach. Przede wszystkim należy omówić z właścicielem dokładne warunki naszego pobytu, upewnić się, czy będziemy mieli zagwarantowane wyżywienie i zakwaterowanie. Druga ważna sprawa to strój roboczy. Warto się zaopatrzyć w dobre rękawice do pracy, czapkę, która ochroni nas przed słońcem i ubranie, którego nie będzie nam żal, kiedy przyjdzie nam pracować w polu. Ubiór należy również dopasować do pory roku – podczas gdy od późnej wiosny do lipca będziemy zapewne zajmowali się sadzeniem roślin i ich ogólną pielęgnacją, w szczycie sezonu będziemy pracowali przy zbiorach.

W 2009 r. brytyjski dziennik „The Guardian” opublikował ranking dziesięciu najlepszych destynacji dla WWOOF-ersów. Jednym z najlepszych i najchętniej wybieranych przez wolontariuszy miejscem jest ośrodek turystyczny Monte da Cunca w portugalskiej Algarve. Jak deklaruje Klaus Witzman, właściciel tamtejszej farmy ekologicznej, jego ogród nazywany jest WWOOF-owym rajem. Wszystko dlatego, że miasteczko Algarve położone jest nad Oceanem Atlantyckim i w lecie, po odpracowaniu wymaganych kilku godzin, można surfować na malowniczej lagunie czy opalać się na plaży Bordeira. A praca? Polega na pielęgnacji ogrodu, zajmowaniu się małym zwierzyńcem i budowaniu biodegradowalnych domów. Wszystkich zainteresowanych pracą odsyłam na stronę MontedaCunca.com oraz na WWOOF Portugal.

Innym popularnym miejscem jest winnica i plantacja oliwek niedaleko Riparbelli we włoskiej Toskanii, zaledwie 60 km od Florencji. Doskonała lokalizacja w jednej z najbardziej malowniczych części Półwyspu Apenińskiego z oczywistych względów przyciąga wielu WWOOF-ersów. Do ich obowiązków należy przede wszystkim zajmowanie się uprawami winorośli i oliwek. Kontakt do właścicieli można uzyskać poprzez WWOOF Italy. Z kolei w Piemoncie, niedaleko Alessandrii, możemy załapać się na ekologiczną pasiekę i opiekować się pszczołami. Zgłębienie tajników pszczelarstwa umożliwia farma Apicoltura Leida Barbara.

WWOOFing jest bardzo popularny również w Skandynawii. Sam podczas podróży po Norwegii spotkałem zapalonego wolontariusza, który przez kilka miesięcy przemieszczał się z farmy na farmę i pracował m.in. przy zbieraniu muszli na Lofotach (wyjątkowo malowniczy archipelag na Atlantyku). Natomiast w Szwecji gościł w arktycznym ogrodzie, gdzie pielęgnował zioła. Jako że farma była położona ponad 100 km za kołem podbiegunowym, miał okazję zaznać uroków dnia polarnego. Zainteresowanych wolontariatem na arktycznej farmie odsyłam do WWOOF Sweden oraz www.auroraretreat.se.

Nie tylko WWOOF

Rozwój WWOOFingu i wzrost ogólnego zainteresowania alternatywnym rolnictwem wśród społeczeństwa przyczyniły się do powstania innych organizacji zrzeszających farmy ekologiczne. Jedną z najpopularniejszych alternatyw jest dzisiaj Help Exchange, gdzie można również znaleźć pracę w hostelach dla backpackersów, ranczach, a nawet na jachtach. Z kolei sieć Intentional Communities skupia eko-wioski, w których całe społeczności wykonują pracę w duchu zrównoważonego rozwoju. Największe eko-wioski, takie jak amerykańskie Earthaven, Dancing Rabbit czy Lost Valley umożliwiają pracę przy budowaniu domów, ogrodnictwie i organizowaniu życia mieszkańców. Nową możliwością na polu wolontariatu, nie tylko ekologicznego, jest także sieć Workaway.info, w której możemy znaleźć pracę przy budowaniu domu na panamskiej plaży, na ranczo w peruwiańskich Andach czy w pensjonacie w Buenos Aires. Po przepracowaniu wymaganych kilku godzin możemy cieszyć się urokami miejsc, które dotychczas znaliśmy tylko z pocztówek i telewizji.

Bardzo popularny jest wolontariat w Ameryce Środkowej (oferowany m.in. przez Global Crossroad), gdzie można wycinać szlaki w dżunglach, pomagać w edukacji miejscowej młodzieży czy zajmować się żółwiami morskimi (praca zazwyczaj polega na patrolowaniu plaż nocą i nadzorowaniu wykluwających się żółwików). Niestety programy te zazwyczaj są płatne (w cenie mamy zagwarantowane wyżywienie i zakwaterowania na czas pracy) – ceny zaczynają się od ok. 300-500 dol. za tydzień do 1500-1800 dol. za trzy miesiące pracy.

Wolontariat na farmach ekologicznych może być ciekawą alternatywą dla programów work&travel. Co prawda nie zarobimy w ten sposób żadnych pieniędzy, ale znacznie obniżymy koszty dłuższych wyjazdów i nie będziemy musieli taszczyć ze sobą ciężkiego namiotu. Obecnie WWOOF najlepiej funkcjonuje w USA, gdzie ludzie zachłysnęli się ekologią i ochroną środowiska, a także na Wyspach Brytyjskich, we Francji, Niemczech i Skandynawii. W Polsce WWOOFing na razie raczkuje – na liście potencjalnych hostów widnieje 38 farm – a najprężniej rozwija się na Dolnym Śląsku, gdzie zarejestrowanych zostało aż 12 miejsc. Wakacje tuż za pasem – najwyższa pora poznać WWOOFing!

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach „Na Tropie”

Alternatywny blog podróżniczy. Wnikliwe reportaże o Wschodzie, wyjazdy śladami legendarnych pisarzy, dużo street artu i kultury alternatywnej.