Alternatywny blog podróżniczy. Wnikliwe reportaże o Wschodzie, wyjazdy śladami legendarnych pisarzy, dużo street artu i kultury alternatywnej.

Pekin znośny i nieznośny, czyli pierwsze wrażenia z Chin

Pekin znośny i nieznośny, czyli pierwsze wrażenia z Chin

Choć Chiny wywarły na nas bardzo pozytywne wrażenie, nie obyło się bez problemów. Inna kultura, inne zwyczaje, inna pogoda – wszystko to sprawia, że pierwsze godziny spędzone tutaj mogą być dla Europejczyka nieco uciążliwe.

Nieznośna ciężkość oddechu, czyli o powietrzu w Pekinie. Pierwsze wrażenie po przylocie do Chin – dlaczego jest tutaj tak ciemno i duszno? Smog czy chmury? Miły Chińczyk, który zaczepił nas na ulicy (jeden z dwóch spotkanych w ciągu dnia, który potrafił porozumieć się w języku angielskim), utrzymywał, że to tylko chmury. Szybko jednak okazało się, że deszcz wcale nie podniósł jakości powietrza, a mgiełka spowijająca największą chińską aglomerację to po prostu zanieczyszczenia. Już wiemy dlaczego ludzie palą najtańsze papierosy. Oddychając takim powietrzem prędzej czy później człowiek nabawi się problemów zdrowotnych bez względu na to czy kopci szlugi za pięć czy piętnaście złotych. Codziennie aż u 104 Pekińczyków jest diagnozowany rak płuc.

Nieznośna lepkość potu, czyli łazienki. Pomijając już osobliwości w postaci braku kabin, dziur w ziemi zamiast zwyczajnych sedesów i innych, u naszego hosta (by the way couchsurfing w Chinach działa świetnie!) brakuje prysznica. Nie znaczy to jednak, że zrezygnowaliśmy z gruntownego mycia po kilkunastogodzinnej podróży z Europy do Azji i całodziennym hasaniu po Pekinie w temperaturze ponad 30 st. C. Mieszanką angielszczyzny i języka migowego ustaliliśmy, że nieopodal sklepu herbacianego, w którym śpimy, znajduje się toaleta publiczna. W niej oczywiście ruch jak na głównym placu w godzinach szczytu, dlatego „prysznic” w umywalce wzięliśmy późnym wieczorem poganiani jedynie przez sprzątacza, który machał nam pod nogami mopem pokrzykując coś po chińsku. Nie bardzo wiedzieliśmy o co mu chodzi, dlatego bez zbędnych ceregieli zmyliśmy z siebie wspomnienie podróży i ruszyliśmy na miasto. Niestety szorowanie ciała to w tym kraju istna syzyfowa praca. Już po sekundzie po wyjściu z toalety na czole pojawiają się kropelki potu i to pomimo godziny jedenastej w nocy. Generalnie trudno nam było rozpoznać czy po wyjściu z toalety jesteśmy jeszcze mokrzy, czy już spoceni. Niestety uczucie lepkości nie opuszcza człowieka również w czasie snu. Leżąc bowiem na skóropodobnych kanapach, przy każdej próbie zmiany pozycji słyszymy charakterystyczny dźwięk odlepiania plastra.

Ulica Qianmen w centrum Pekinu, Chiny
Nasze doświadczenia z couchsurfingiem w Chinach rozpoczęły się od szukania hosta w hutongach rozsianych niedaleko ulicy Qianmen.

Nieznośna ciężkość komunikacji, czyli dlaczego nikt tutaj nie mówi po angielsku? Wiedzieliśmy, że Chińczycy z językami obcymi są na bakier, wiedzieliśmy że lepiej zaopatrzyć się w rozmówki chińskie, ale i tak zostaliśmy zaskoczeni. Przez cały dzień próbowaliśmy rozmowy z kilkudziesięcioma Chińczykami i tylko dwóch z nich potrafiło nawiązać dialog. Reszta – bez względu na to czy młodzi, czy pracownicy banków, czy służby porządkowe, czy też obsługa środków komunikacji – nie potrafią wydukać ani słowa w żadnym innym języku niż krzaczkowy. Mało tego – nasza poznana dzięki couchsurfingowi gospodyni mówi po angielsku piąte przez dziesiąte, w wyniku czego nasze wspólne wyjście na imprezę skończyło się na tym, że zostaliśmy w sklepie herbacianym, a gospodyni pojechała na miasto sama. Miała po nas wrócić, ale nie zrozumieliśmy się i zobaczyliśmy ją dopiero kilka godzin później wracającą ukradkiem do mieszkania w podziemiach. Stan (dla tych co nie wiedzą: taką ksywkę ma Kuba) stwierdził, że jej stan wskazywał na stan wskazujący, więc najwyraźniej ominęła nas dobra impreza.

Nieznośna swawola organizacji ruchu drogowego, czyli jak prawie zostaliśmy potrąceni przy pierwszej próbie przejścia przez ulicę. Światło zielone – samochody, skutery, riksze, rowery jadą; światło czerwone – samochody, skutery, riksze, rowery jadą. Dlatego też bardzo przydatnym urządzeniem w każdym chińskim pojeździe jest klakson, używany tutaj zamiast kierunkowskazu czy hamulców. Jak przejść przez jezdnię? W ten sam sposób – nie zważać na sygnalizację świetlną tylko walić przed siebie z nadzieją, że dopadniemy krawędzi chodnika zanim jakiś Chińczyk przejedzie nam po palcach. Wolna Amerykanka Chińszczyzna.

Nieznośna uciążliwość hutongów. Czym jest hutong? Ni to osiedle, ni to dzielnica, ni to podwórko. Można powiedzieć, że hutong to skupisko kilku domów połączonych ze sobą labiryntem uliczek, skwerów i podwórek, w których odnalezienie się graniczy z cudem. Najwięcej problemów sprawia numeracja domów, której wciąż nie rozumiemy i gdyby nie pomoc dwóch Chinek, którym pomachaliśmy przed oczami adresem hościnki zapisanym na kartce, w życiu byśmy nie trafili pod właściwy adres. Chinki okazały się bardzo pomocne – zrezygnowały nawet z autobusu, żeby prowadzić nas po labiryncie hutońskich zakamarków nieopodal placu Qianmen. Żeby było śmieszniej, same się zgubiły i musiały dwukrotnie dzwonić do naszej hościnki z pytaniem jak zaprowadzić nas we właściwe miejsce.

A co jest tutaj znośne, a nawet więcej niż znośne? Pyszne jedzenie i piwo po 1,50 zł.




%d bloggers like this: