Archiwa tagu: Polecamy

Moskwa, czyli metro, metro i jeszcze raz metro. I Lenin

Co zwiedzać w Moskwie
stacja Komsomolskaja

Metro. Jedno z najstarszych funkcjonujących na świecie mieści się właśnie w stolicy Rosji – pierwsza linia została otwarta już w 1935 r. W trakcie drugiej wojny światowej system metra był wykorzystywany jako schron przeciwbombowy, o którego bezpieczeństwie Rosjanie byli bezgranicznie przekonani – na położonej 33 metry pod ziemią stacji Mayakovskaya Józef Stalin wygłosił w 1941 r. mowę upamiętniająca rocznicę Rewolucji Październikowej. Zjeżdżając po schodach ruchomych w dół jednej ze 186 stacji moskiewskiego metra nietrudno sobie wyobrazić, że kilkadziesiąt metrów nad nami toczyła się kiedyś Wielka Wojna Ojczyźniana – utrzymane w socrealistycznym stylu wnętrza, wszędobylskie popiersia Lenina i freski przedstawiające lud pracujący chyba u każdego wywołują wrażenie podróży w czasie. Do moskiewskiego metra należy kilka rekordów – mieszcząca się 84 m pod ziemią stacja Park Pobedy jest trzecią najgłębiej położoną na świecie (po stacji Arsenalna w Kijowie i Admiralteyskaya w Sankt Petersburgu), prowadzą do niej najdłuższe ruchome schody w Europie – 126 metrów, czyli 740 stopni. Metro jest oczywiście jedną z największych atrakcji turystycznych miasta i choć z pewną rezerwą podchodzimy do miejsc okrzykiwanych mianem „main tourist attraction”, moskiewskie metro możemy z czystym sumieniem polecić, bo nie tylko będzie niezapomnianym wrażeniem, ale uzmysłowi, jak głęboko w rosyjskiej świadomości jest wciąż zakorzeniony Lenin i przekonanie o jego wielkości. Wycieczka po najciekawszych stacjach metra zajmuje około dwóch godzin, a jej koszt to 28 rubli (czyli cena biletu na jeden przejazd).

Co zwiedzać w Moskwie
pstrokaty symbol Moskwy

Plac Czerwony. Centrum Moskwy wygląda zgoła odmiennie od reszty miasta – w oczy nie rzucają się popiersia Lenina (zamiast tego mamy m.in. parki, fontanny i posągi bajkowych postaci), a nad całością góruje kolorowa Cerkiew Wasyla Błogosławionego i tylko monumentalizm Kremla przypomina nam o silnej ręce, która ten kompleks wybudowała. Plac Czerwony tylko utwierdza w przekonaniu jak mocne piętno komunizm odcisnął (i wciąż odciska) na historii Rosji – mieści się tutaj mauzoleum Lenina, do którego prowadzi ścieżka obsadzona naturalnej wielkości posągami komunistycznych przywódców XX wieku.

Lenin. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, mauzoleum Włodzimierza Lenina jest jedną z głównych atrakcji turystycznych na Placu Czerwonym. Aby zobaczyć śpiącego przywódcę trzeba odstać około kwadransa w kolejce, aby następnie gęsiego za innymi turystami wejść do klockowatego budynku, zejść do podziemi i w dyskretnie oświetlonej czerwonym światłem komnacie przejść obok gabloty z ciałem wodza. Każdy zatrzymujący się jest poganiany, a rozmawiający uciszany przez strażników. Lenin trzyma się nieźle, choć bardziej przypomina manekina niżeli człowieka. Jeden z naszych hostów powiedział nam, że kilka lat temu pewien naukowiec porównał ciało z gabloty ze zdjęciami Lenina i obwieścił, że sztywniak za pancerną szybą wcale nie jest naczelnym ideologiem komunizmu – rzekomo nie zgadzał się kształt uszu, bo Lenin oryginalny miał je względnie normalne, a ten z mauzoleum nie dość, że małe to jeszcze odstające. Poza tym Lenin z mauzoleum zaczął się już rozpadać i po tym jak odkryto, że kciuk oderwał się od reszty ciała zaciśnięto wodzowi pięść i przykryto ręce starannie ubraniem, aby wyglądał na wodza w jednym kawałku.

Co zwiedzać w Moskwie
u Bułhakowa padały tu głowy, u nas padła jedynie butelka „Szumaka”

Patriarsze Prudy. Park, w którym rozpoczyna się akcja powieści „Mistrz i Małgorzata”. Co prawda nie można kupić w nim morelowego soku, ale w pobliskim sklepie dostaniemy całkiem tanie piwo. O tym, że park jest jednym z plenerów dla powieści Michaiła Bułhakowa informuje znak zakazu, na którym przekreślone są trzy postaci – Azazello, Korowiow i kot Behemot. Oczywiście oznaczenie przestrzega nas przed rozmawianiem z nieznajomymi. W parku spędziliśmy upojne (dosłownie – konsumowaliśmy butelczynę „Szumaka”) popołudnie, przez co spóźniliśmy się kilka godzin do naszego hosta. Na szczęście gospodarz okazał się na tyle wyrozumiały, że po tym jak przygotowaliśmy mu kolację, wychyliliśmy jeszcze po kilka kolejek rosyjskiego Standardu, jednej z najlepszych rosyjskich wódek.

Kitay-Gorod. Spodziewaliśmy się rosyjskiego Chinatown, a zamiast tego otrzymaliśmy dzielnicę jak każda inna. Zero Chińczyków, zero chińskiej tandety, zero chińskich zapachów – bynajmniej nas to nie rozczarowało, bo Chin mieliśmy już dość (za wyjątkiem chińskiej kuchni, która nas urzekła). Długo zastanawialiśmy się dlaczego Rosjanie określają Chiny mianem „Kitaj”, a Chińczyków „Kitajcami” i po przepytaniu wszystkich naszych hostów, z pomocą przyszła dopiero Wikipedia – nazwą Kataj średniowieczni Europejczycy określali Państwo Środka. Nazwa pochodzi od ludu Kitanów, zamieszkującego region północnych Chin w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia po Chr. [Wiemy, że mało kogo to interesuje, ale łamaliśmy sobie nad tym głowę przez kilkanaście dni, więc musiało się to tutaj znaleźć – przyp. aut.]

Co zwiedzać w Moskwie
prawdziwa skarbnica ruskiego kiczu i postsowieckiej spuścizny

Izmailovsky Market. Za radą naszego hosta wybraliśmy się z buta (tak, to już to stadium podróży, kiedy oszczędzasz na metrze) na największy moskiewski targ. Początkowo miałem obawy, że naszym oczom ukaże się rosyjski odpowiednik Silk Marketu, ale na całe szczęście główna stacja zaopatrzeniowa w turystyczne pamiątki okazał się być czymś zgoła odmiennym. W życiu nie widziałem większego targowiska, a można było na nim dostać dosłownie wszystko – od matrioszek Star Warsa, przez stare winyle, nikomu niepotrzebne starocie (np. żetony z klubów nocnych sprzed 50-ciu lat), przepięknie wykonane ikony, koszulki z nieśmiertelnym Leninem, aż po ubrania żywcem wyciągnięte z XIX wieku. Ceny znacznie przystępniejsze niż te znane z chińskich targowisk, a targowanie przebiega znacznie łatwiej i przyjemniej. O ile wizyty w zagłębiach pamiątkowych przyprawiają mnie o ból głowy, o tyle Izmailovsky Market bardzo przypadł mi do gustu.

CouchSurfing. W Moskwie funkcjonuje fantastycznie – gościliśmy u Poznaniaka (u którego spotkaliśmy mówiącego po polsku Łotysza i Polaka wracających do domu z Krasnojarska), u hinduskiego dyplomaty (u którego z kolei integrowaliśmy się z trójką Irańczyków podróżujących po Rosji), a także u Danego, podróżnika pełną gębą, który właśnie wrócił z kilkumiesięcznej wyprawy po Azji, w trakcie której zjechał autostopem m.in. Papuę-Nową Gwineę wraz z innym wielkim rosyjskim wagabundą, Antonem Krotovem.

Pogromcy mitów: Kolej Transsyberyjska

Kolej Transsyberyjska i cała otoczka z nią związana – pociąg toczący się powoli pośród bezkresu stepów, hektolitry alkoholu wlewanego do ruskich gardeł, łapówki dla maszynisty, który oświadcza, że nie ruszy dalej dopóki nie zbierze daniny – zdążyła urosnąć do rangi mitu i wciąż jako taki funkcjonuje. Przy okazji przejazdu z Zabajkalska do Moskwy szlakiem transmandżurskim postanowiliśmy zabawić się w pogromców mitów i obedrzeć Kolej Transsyberyjską z legend, w które obrosła.

Po pierwsze, Kolej Transsyberyjska wcale nie jest zajebista. Jest zwyczajnie nudna. Wielogodzinne odcinki bez przystanku bądź z krótkimi postojami, w trakcie których ledwie zdążysz zakupić mityczne pierożki „od babuszek” na dworcu, bynajmniej nie przyprawiają podróżujących o dreszczyk emocji. Zamiast tego w wagonie daje się słyszeć ziewanie i chrapanie, od czasu do czasu przerywane krzykiem dzieci, którym najwyraźniej jednostajny stukot kół wcale nie ułatwia zaśnięcia, Czasami uszu naszych dobiegną dźwięki rozmowy sąsiadów dzielących wspólne kabiny, ale daleko im do burzliwych dyskusji, jakie zwykło się toczyć po alkoholu.

Po drugie, w Kolei Transsyberyjskiej się nie pije. Owszem, pojedyncze osoby sięgają po wódkę, ale czynią to nieśmiało i z rzadka, jakby skrępowani wzrokiem pociągowych abstynentów, którzy stanowią znakomitą większość. W podróż pociągiem z Irkucka do Moskwy za radą przewodnika zaopatrzyliśmy się w butelkę wódki, aby asymilować się z tubylcami i samemu móc czymś uraczyć naszych współtowarzyszy. Nadzieje okazały się jednak płonne i zakupiony przez nas „Szumak” został spożyty już po przyjeździe do Moskwy, na Patriarszych Prudach – w miejscu, w którym zaczyna się akcja powieści „Mistrz i Małgorzata”. I nie wypiliśmy go wcale z Rosjaninem, a z poznanym przygodnie Polakiem.

Kolej Transsyberyjska
pozycja nie do końca leżąca

Po trzecie, leżenie może być męczące. Po ponad stu godzinach spędzonych na hard seatach w chińskich pociągach pierwsze godziny leżakowania na transsyberyjskiej płackarcie były balsamem dla naszego kręgosłupa, jednak do czasu. Cały dzień leżenia, noc z podkurczonymi nogami (łóżka są dość krótkie i wyciągnięcie się może być dla przeciętnego mężczyzny nieco problematyczne), kolejny dzień spędzony na wznak (pech chciał, że mieliśmy miejsca na górze, w związku z czym na łóżku niemożliwym było usiąść), noc na prawym, lewym boku, brzuchu, plecach, półleżąco, z nogą podkurczoną – najpierw prawą, później lewą – zaczęło brakować mi pozycji, a przed nami był jeszcze jeden dzień i jedna noc. Może głupio to zabrzmi, ale 80 godzin leżenia może zmęczyć.

Po czwarte, babuszki oferujące na dworcu przysmaki domowej roboty to bajka. Na każdym dłuższym postoju z nadziejami wylegaliśmy na peron wypatrując koszyków wypełnionych świeżymi pierogami i suszonymi rybami, aby ostatecznie tylko raz spotkać słynne babuszki, o których trąbił nasz przewodnik i relacje czytane w Internecie. Owszem, na każdej stacji można kupić pierogi i inne przekąski – ale zazwyczaj są one sprzedawane w kioskach, barach bądź przydworcowych sklepikach. Babuszki najwyraźniej nie wytrzymują konkurencji i odchodzą na zasłużona emeryturę, ale oddajmy królowi, co królewskie – zakupione od babuszek pierogi były wyśmienite.

Kolej Transsyberyjską celnie podsumował nasz moskiewski host Dany: – To marka wykreowana przez Lonely Planet. Wydali własny przewodnik opisujący szlak transsyberyjski i od razu namnożyło się „bakcpackersów” – tutaj zrobił gest cudzysłowu – ale nie takich prawdziwych, tylko zachodnich turystów z plecakami, którzy chcą być modni, a teraz modna jest Kolej Transsyberyjska. A to tylko pociąg; pociąg i nic więcej. Leżysz przez tydzień na łóżku po to żeby zrobić sobie kilka fotek nad Bajkałem i pochwalić się przed znajomymi na Facebooku. Nie widzisz prawdziwej Rosji, jej dzikiej przyrody i zapuszczonych wsi, tylko przestrzeń wagonu z samowarem, czystym kiblem i odkurzoną podłogą.


Koszty. Za trzy bilety (Zabajkalsk-Irkuck, Irkuck-Moskwa, Moskwa-Petersburg) zapłaciliśmy dokładnie 1237,50 zł. Poszczególne odcinki kosztowały natomiast:

  • Zabajkalsk–Irkuck (czas podróży 29:20), cena płackarty 3 097 RUB/os.
  • Irkuck-Moskwa (czas podróży 81:59), cena płackarty 5 692 RUB/os.
  • Moskwa – Petersburg (czas podróży: 08:27), cena płackarty 1 533 RUB/os.

Bilety kupowaliśmy przez pośrednika Wspólnota 2000, dlatego do każdego biletu była naliczana dodatkowa opłata w wysokości 30 zł. Koszt stosunkowo niewielki jak na bezproblemowe załatwienie wszystkiego przez Internet. Z Koleją Transsyberyjską jest taki myk, że większość biletów trafia do agencji turystycznych jeszcze przed otwartą sprzedażą i niełatwo dostać bilet ot tak, w kasie na dworcu.

798 art – Pekin inny niż zwykle

Pekin to nie tylko potoki Chińczyków przelewające się przez Zakazane Miasto czy podziemia metra, ale przede wszystkim klimatyczne hutongi rozżarzone światłami kolorowych szyldów. Dzisiaj poznaliśmy kolejne – tym razem artystyczne – oblicze tego miasta. 798 Art Zone wydaje się zupełnie nie pasować do robotniczego krajobrazu okolicy, ale nie ulega wątpliwości, że jest to jedno z najciekawszych miejsc w mieście. Czytaj dalej 798 art – Pekin inny niż zwykle

WWOOFing – podróżuj z łopatą, podróżuj za darmo

Wolontariat kojarzy nam się przede wszystkim z działalnością w organizacjach pozarządowych. Jednak od 1971 r. prężnie rozwija się wolontariat ekologiczny, który dla wielu ludzi jest już nie tylko sposobem na tanie podróżowanie po świecie, ale po prostu stylem życia. Poznajcie WWOOFing.

World Wide Opportunities on Organic Farms (WWOOF) to organizacje zrzeszające farmy ekologiczne i umożliwiające wolontariuszom podejmowanie na nich pracy. W zamian za pięć godzin pracy przy pielęgnacji ogrodu, sadzeniu warzyw czy zbieraniu owoców otrzymujemy od rolnika darmowe zakwaterowanie i wyżywienie, przy okazji zbierając również cenne doświadczenie. W ramach sieci WWOOF funkcjonują organizacje krajowe (obecnie w ponad 40 państwach na wszystkich kontynentach). Wolontariusz zainteresowany pracą w danym państwie wykupuje jednorazowo dostęp do listy farm ekologicznych wraz z adresami i danymi kontaktowymi (zazwyczaj koszt ok. 50-90 zł), po czym może cieszyć się z uroków podróżowania z jednego miejsca w drugie wiedząc, że zastanie tam wygodne łóżko i smaczne jedzenie. Dokładne warunki pracy ustala się z każdym właścicielem z osobna, przy czym zazwyczaj wymagany jest pobyt na okres minimum tygodnia. Do rzadkości należą przypadki, kiedy wymagane jest wcześniejsze doświadczenie, dlatego WWOOFing staje się coraz bardziej popularny wśród backpackersów i podróżników na co dzień nie mających styczności z roślinami, zwierzętami czy ekologicznym budownictwem.

Pomysł WWOOFingu narodził się jesienią 1971 r. w londyńskiej redakcji magazynu „Resurgence”, kiedy tamtejsza sekretarka, Sue Coppard, zdała sobie sprawę, że żyjąc w metropolii jest zupełnie pozbawiona kontaktu z wsią i naturą. Chcąc to zmienić, postanowiła zorganizować weekendowy wyjazd do pracy na farmie ekologicznej Emerson College w Sussex. Szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę – do Sue zaczęli zgłaszać się kolejni wolontariusze i właściciele farm w całym kraju zainteresowani podobnymi inicjatywami. Wkrótce WWOFing upowszechnił się na całych Wyspach Brytyjskich, a z czasem sieć farm ekologicznych oplotła całą kulę ziemską.

Jak się za to zabrać?

Zaczynając swoją przygodę z ekologicznym wolontariatem, warto wiedzieć, że w ramach WWOOF funkcjonują dwa typy sieci – tzw. national WWOOF organisations oraz WWOOF Independents. Jedyna różnica jest taka, że te pierwsze są zorganizowane w ramach jednolitej narodowej struktury, natomiast w tych drugich farmy ekologiczne funkcjonują samodzielnie. Polski WWOOF skupia właśnie niezależnych rolników i oferuje dostęp do listy hostów całkowicie za darmo. W Europie bezpłatnie można uzyskać ponadto adresy do farm ekologicznych na Litwie i na Węgrzech.

Wybierając swoją pierwszą farmę, trzeba pamiętać o kilku podstawowych zasadach. Przede wszystkim należy omówić z właścicielem dokładne warunki naszego pobytu, upewnić się, czy będziemy mieli zagwarantowane wyżywienie i zakwaterowanie. Druga ważna sprawa to strój roboczy. Warto się zaopatrzyć w dobre rękawice do pracy, czapkę, która ochroni nas przed słońcem i ubranie, którego nie będzie nam żal, kiedy przyjdzie nam pracować w polu. Ubiór należy również dopasować do pory roku – podczas gdy od późnej wiosny do lipca będziemy zapewne zajmowali się sadzeniem roślin i ich ogólną pielęgnacją, w szczycie sezonu będziemy pracowali przy zbiorach.

W 2009 r. brytyjski dziennik „The Guardian” opublikował ranking dziesięciu najlepszych destynacji dla WWOOF-ersów. Jednym z najlepszych i najchętniej wybieranych przez wolontariuszy miejscem jest ośrodek turystyczny Monte da Cunca w portugalskiej Algarve. Jak deklaruje Klaus Witzman, właściciel tamtejszej farmy ekologicznej, jego ogród nazywany jest WWOOF-owym rajem. Wszystko dlatego, że miasteczko Algarve położone jest nad Oceanem Atlantyckim i w lecie, po odpracowaniu wymaganych kilku godzin, można surfować na malowniczej lagunie czy opalać się na plaży Bordeira. A praca? Polega na pielęgnacji ogrodu, zajmowaniu się małym zwierzyńcem i budowaniu biodegradowalnych domów. Wszystkich zainteresowanych pracą odsyłam na stronę MontedaCunca.com oraz na WWOOF Portugal.

Innym popularnym miejscem jest winnica i plantacja oliwek niedaleko Riparbelli we włoskiej Toskanii, zaledwie 60 km od Florencji. Doskonała lokalizacja w jednej z najbardziej malowniczych części Półwyspu Apenińskiego z oczywistych względów przyciąga wielu WWOOF-ersów. Do ich obowiązków należy przede wszystkim zajmowanie się uprawami winorośli i oliwek. Kontakt do właścicieli można uzyskać poprzez WWOOF Italy. Z kolei w Piemoncie, niedaleko Alessandrii, możemy załapać się na ekologiczną pasiekę i opiekować się pszczołami. Zgłębienie tajników pszczelarstwa umożliwia farma Apicoltura Leida Barbara.

WWOOFing jest bardzo popularny również w Skandynawii. Sam podczas podróży po Norwegii spotkałem zapalonego wolontariusza, który przez kilka miesięcy przemieszczał się z farmy na farmę i pracował m.in. przy zbieraniu muszli na Lofotach (wyjątkowo malowniczy archipelag na Atlantyku). Natomiast w Szwecji gościł w arktycznym ogrodzie, gdzie pielęgnował zioła. Jako że farma była położona ponad 100 km za kołem podbiegunowym, miał okazję zaznać uroków dnia polarnego. Zainteresowanych wolontariatem na arktycznej farmie odsyłam do WWOOF Sweden oraz www.auroraretreat.se.

Nie tylko WWOOF

Rozwój WWOOFingu i wzrost ogólnego zainteresowania alternatywnym rolnictwem wśród społeczeństwa przyczyniły się do powstania innych organizacji zrzeszających farmy ekologiczne. Jedną z najpopularniejszych alternatyw jest dzisiaj Help Exchange, gdzie można również znaleźć pracę w hostelach dla backpackersów, ranczach, a nawet na jachtach. Z kolei sieć Intentional Communities skupia eko-wioski, w których całe społeczności wykonują pracę w duchu zrównoważonego rozwoju. Największe eko-wioski, takie jak amerykańskie Earthaven, Dancing Rabbit czy Lost Valley umożliwiają pracę przy budowaniu domów, ogrodnictwie i organizowaniu życia mieszkańców. Nową możliwością na polu wolontariatu, nie tylko ekologicznego, jest także sieć Workaway.info, w której możemy znaleźć pracę przy budowaniu domu na panamskiej plaży, na ranczo w peruwiańskich Andach czy w pensjonacie w Buenos Aires. Po przepracowaniu wymaganych kilku godzin możemy cieszyć się urokami miejsc, które dotychczas znaliśmy tylko z pocztówek i telewizji.

Bardzo popularny jest wolontariat w Ameryce Środkowej (oferowany m.in. przez Global Crossroad), gdzie można wycinać szlaki w dżunglach, pomagać w edukacji miejscowej młodzieży czy zajmować się żółwiami morskimi (praca zazwyczaj polega na patrolowaniu plaż nocą i nadzorowaniu wykluwających się żółwików). Niestety programy te zazwyczaj są płatne (w cenie mamy zagwarantowane wyżywienie i zakwaterowania na czas pracy) – ceny zaczynają się od ok. 300-500 dol. za tydzień do 1500-1800 dol. za trzy miesiące pracy.

Wolontariat na farmach ekologicznych może być ciekawą alternatywą dla programów work&travel. Co prawda nie zarobimy w ten sposób żadnych pieniędzy, ale znacznie obniżymy koszty dłuższych wyjazdów i nie będziemy musieli taszczyć ze sobą ciężkiego namiotu. Obecnie WWOOF najlepiej funkcjonuje w USA, gdzie ludzie zachłysnęli się ekologią i ochroną środowiska, a także na Wyspach Brytyjskich, we Francji, Niemczech i Skandynawii. W Polsce WWOOFing na razie raczkuje – na liście potencjalnych hostów widnieje 38 farm – a najprężniej rozwija się na Dolnym Śląsku, gdzie zarejestrowanych zostało aż 12 miejsc. Wakacje tuż za pasem – najwyższa pora poznać WWOOFing!

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach „Na Tropie”

Boston: Podróż to tylko strumień, w którym łowię ryby

Wielu włóczęgów mówi, że podróż albo droga są celem samym w sobie. Trudno się z tym jednak zgodzić – to nie sam fakt podróży, bycia w drodze, decyduje o tym, że człowiek staje się bogatszy w nowe doświadczenia, mądrzejszy życiowo i silniejszy mentalnie. Podroż jest tylko środkiem do poznawania ludzi i odkrywania miejsc, które poruszają cząstkę naszej duszy i zmieniają nas. To właśnie oni i one skłaniają nas do przemyśleń, przewartościowań, zatrzymania się na chwilę i zastanowienia nad własnym życiem czy zmiany spojrzenia na rzeczy, które od zawsze postrzegaliśmy w tych samych barwach. Henry David Thoreau porównał kiedyś czas do strumienia, w którym łowi ryby. To samo można powiedzieć o podróży – wikłamy się w nią po to, aby utrwalać pojedyncze chwile radości i smutku, aby łapać to, czego brakuje nam na co dzień. Cierpliwie czekamy na to co i kto pojawi się na naszej drodze tak jak rybak czeka na ruch spławika. Kiedy już poczujemy szarpnięcie, wiemy, że przygoda nas znalazła i nie możemy jej teraz puścić. Później odkładamy ją na półkę, oznaczamy etykietką i wracamy do niej za każdym razem, kiedy mamy ochotę przeżyć ją jeszcze raz. Czytaj dalej Boston: Podróż to tylko strumień, w którym łowię ryby

Seattle: Podróżowanie samemu, czyli jak otworzyć się na ludzi?

Podróżowanie samemu otwiera na ludzi. Kiedy nie masz się do kogo odezwać, poszukujesz kontaktu bardziej niż zwykle – chętniej pytasz nieznajomych o drogę, przedłużasz rozmowy z ulicznymi naciągaczami, zadając im pytania, których normalnie byś nie zadał, wyczekujesz każdego spotkania zwoływanego przez CouchSurfing. Nawet kiedy samotność na co dzień tobie nie przeszkadza. Ludzie mogą działać jak narkotyk, wciągać ciebie w swój świat, porywać własnymi historiami, pokazywać rzeczy, o których nigdy wcześniej nie słyszałeś. Poznawanie kolejnych ludzi tylko wzmaga ciekawość, kogo spotkasz następnym razem. To naprawdę działa jak narkotyk.
Czytaj dalej Seattle: Podróżowanie samemu, czyli jak otworzyć się na ludzi?

Get your motor runnin’. Autostopem przez Kalifornię

Przed wyjazdem rozprawiałem trochę o teorii autostopu w USA. No właśnie – teoria to jedno, praktyka drugie. Tak jak zapowiadałem, podczas pobytu w Ameryce sprawdziłem jak funkcjonuje ten środek komunikacji po drugiej stronie globu – przejechałem 480 mil z Flagstaff w Arizonie do Los Angeles.

Lookin’ for adventure

Na wstępie muszę zaznaczyć, że w podróż autostopem wybrałem się z kolegą, dlatego już na początku potencjalny krąg kierowców był nieco ograniczony. Nie będąc pewni, czy machanie ręką z wyciągniętym kciukiem jest legalne w Arizonie, postanowiliśmy udać się na pobliski truckstop. Zawitaliśmy tam dość późno, bo o 23:00, jednak widok imponujących rozmiarów parkingu dla ciężarówek wlał w nasze serca nadzieję, że jeszcze dzisiaj uda nam się wyruszyć na zachód. Naszym celem początkowo było San Francisco, ale jak się później okazało nie była to najpopularniejsza destynacja wśród truckmanów i musieliśmy zmienić swoje plany.

Na największym truckstopie, jaki w życiu widziałem (mieścił się po dwóch stronach drogi na obrzeżach miasta) znajdowało się kilkadziesiąt, może nawet w okolicach stu, ciężarówek. Co kilka minut pojawiał się nowy pojazd, który albo tankował benzynę, albo udawał się na spoczynek. Zaczęliśmy więc podchodzić do ciężarówek i pytać kierowców o możliwość podwózki. Niestety najczęstszą odpowiedzią było „sorry, no-riding policy”, która oznaczała ni mniej, ni więcej, że firma przewozowa kategorycznie zakazuje podwożenia autostopowiczów.

Po przepytaniu w ciągu godziny kilkudziesięciu kierowców (do jednego przez przypadek podszedłem dwa razy) nasz początkowy entuzjazm nieco opadł, ale ciągle mieliśmy nadzieję, że ktoś się zlituje nad turystami z Europy. Około północy zaczepiliśmy Meksykanina, który wygramolił się ze swojej ciężarówki, żeby zakupić na stacji benzynowej kawę. Porozmawialiśmy chwilę, dowiedzieliśmy się od niego, że „hitchhiking doesn’t work anymore” w USA, ale jeżeli do rana nie uda nam się opuścić Flagstaff, Meksykanin spróbuje nas umówić ze swoim znajomym truckmanem przez CB radio. Sam niestety nie mógł nad podwieźć, ponieważ miał na lawecie kilka samochodów i był to transport „podwyższonego ryzyka” (być może przypominaliśmy Jacka T.).

Nieco podniesieni na duchu zaczepialiśmy kierowców jeszcze przez następną godzinę, ale w końcu zmęczenie wzięło górę i na samiutkim końcu truckstopu rozbiliśmy namiot. Po pięciu godzinach i zmaganiach ze złożeniem tegoż (nad ranem okazało się, że rozbiliśmy się na wyjątkowo grząskim gruncie, którego grząskość spotęgował padający w nocy deszcz) wróciliśmy na truckstop i kontynuowaliśmy nasze starania.

Po dwóch godzinach bezskutecznych prób jedynym pożytkiem ze sterczenia na parkingu dla ciężarówek było 5$, które jeden z kierowców wręczył nam na bilet autobusowy do centrum miasta, żebyśmy dali sobie spokój z koczowaniem na truckstopie. Przez cały ten czas zerkaliśmy w stronę lawety Meksykanina licząc na jego CB radio. W końcu kolega zauważył ruch firanki w kokpicie i podbiegł do naszego nowego znajomego przywitać się. Po chwili pomachał mi żebym podszedł. „Powiedział, że nas podwiezie! – Serio?! Fuck yeah!”. Wrzuciliśmy plecaki do bagażnika Chevroleta zamykającego sznurek samochodów na lawecie, ulokowaliśmy się wygodnie w kokpicie na łóżku i po chwili sunęliśmy autostradą I-40 na zachód.

Head out on the highway

Meksykanin miał na imię Payam i w rzeczywistości był Irańczykiem. Transport, który miał na lawecie wiózł do Los Angeles, dlatego zamiast wprost do San Francisco postanowiliśmy zawitać wcześniej do Miasta Aniołów. Czekał nas cały dzień drogi przez pół Arizony i całą Kalifornię.

Kokpit kierowcy miał obwieszony chrześcijańskimi krzyżami, a zamiast fotela pasażera urządził sobie centrum multimedialne z piętnastocalowym laptopem na czele. Całą drogę spędziliśmy więc na kuszetce ulokowanej w głębi kabiny. Pierwsze pytanie, jaki nam zadał dotyczyło religii, co automatycznie skierowało resztę naszej kilkugodzinnej rozmowy na tory mistyczno-duchowe. Okazało się, że jest bahaitą – wyznawcą perskiej religii, której główne założenie opiera się na istnieniu jednego Boga. Według bahaitów chrześcijański, islamski czy hinduski bóg to jedna i ta sama istota. Co kilkaset lat na ziemię zstępowali kolejni głosiciele słowa bożego (Jezus, Budda, Kryszna, Mahomet), którzy co prawda krzewili tą samą wiarę, ale w różnych kręgach kulturowych i stąd dzisiaj możemy zaobserwować różnice między katolikami, muzułmanami, hindusami i resztą bogobojnych ludków zamieszkujących naszą planetę. Ostatni z boskich posłanników – urodzony w XIX-wiecznej Persji Báb – pokazał garstce swoich wyznawców, że oto nadchodzi czas religijnego zespolenia. Perski mesjasz zdradził kulisy boskiego planu i wytłumaczył, że wszyscy poprzedni głosiciele słowa bożego byli tylko jego poprzednikami przygotowującymi ludzkość na poznanie prawdy, że we wszechświecie jest tylko jeden Pan i jest on bogiem wszystkich ludzi. Według szacunków Payama dzisiaj na świecie egzystuje około siedmiu milionów bahaitów, a największa ich świątynia znajduje się w Chicago.

Wywody Payama o bahaizmie i jego bezskuteczne próby nawrócenia nieco nas znużyły, a kiedy nasz nowy znajomy odtworzył na YouTubie playlistę złożoną z perskich modlitw, najpierw mój kolega, a później i ja smacznie zasnęliśmy na łóżku w głębi kabiny. Przez sen dobiegł mnie jeszcze głos pytający, czy chcę posłuchać pacierza w angielskiej wersji językowej, ale nie pamiętam co i czy w ogóle odpowiedziałem.

Obudziłem się, kiedy Payam zaczął nas szturchać. – Obudźcie się, zbliżamy się do granicy – usłyszałem w jego głosie nutkę zaniepokojenia. – Kontrola drogowa nie może was zobaczyć, schowajcie się i zasłońcie firankę – zaczął szukać po omacku firan, które oddzielały kokpit od sypialni. Faktycznie – po chwili, wyglądając ukradkiem przez szparę między firanami, zauważyliśmy znak drogowy informujący o możliwości kontroli przejeżdżających pojazdów. Gdyby policja znalazła nas w trucku Payama, wszyscy mielibyśmy problemy i zmuszeni bylibyśmy zapłacić niemały mandat. Na szczęście udało nam się uniknąć kłopotów – widocznie rozbrajający uśmiech Payama wystarczył, aby przekonać policjantów, że kto jak kto, ale on nie mógłby złamać prawa.

Po przejechaniu prawie 500 mil, Payam wysadził nas koło stacji autobusowej Greyhounda. Mówiliśmy mu, że wysiądziemy gdzieś na obrzeżach miasta, żeby nie musiał wjeżdżać do centrum, ale uparł się, że odstawi nas pod samą kasę, gdzie będziemy mogli kupić bilet na ostatni etap podróży do San Francisco. Na odchodnym wręczył nam jeszcze dwadzieścia dolarów, a w kasie autobusowej utargował 10% zniżki dla kierowców ciężarówek. Kiedy machaliśmy mu na pożegnanie, a on próbował wyjechać z parkingu, zahaczył lawetą o słupek oddzielający chodnik od jezdni, ale nawet nie zwrócił na to uwagi. Zapewne kontemplował kolejne kazanie Bába.

And whatever comes our way

Jak widać, autostop w USA funkcjonuje zgoła inaczej niż w Europie. Sam próbowałem łapać okazję tylko na truckstopie (za radą niejakiego Hikecrazy’ego, użytkownika CouchSurfingu, który w ten sposób zjechał cały kraj), jednak z tego co zdążyłem się zorientować, możliwe jest również zaczepienia kierowców w osobówkach. Niestety ten drugi sposób zwiększa prawdopodobieństwo bliskiego spotkania z copsami, co zazwyczaj wiąże się z mandatem w wysokości 100$. Z kolei Payam doradził mi, aby koczując na truckstopach w pierwszej kolejności pytać o podwózkę kierowców ciężarówek z naczepami bez logo firm. Zazwyczaj są to prywatni przewoźnicy, którzy prędzej nagną zasadę „no-riding policy” niż ich koledzy pracujący dla Coca-Coli czy Walmartu.

Bitnicy: Krótka historia złotego pokolenia Ameryki

Gdybym mógł wybrać miejsce i czas na ziemi, w którym przyszłoby mi żyć, wskazałbym lata 50. w San Francisco. Nie ominąłby mnie odczyt „Skowytu” Allena Ginsberga w Six Gallery, podróże Jacka Kerouaca czy narkotykowe tripy Williama S. Burroughsa. Czas wolny spędzałbym w księgarni City Lights Bookstore, gdzie spotykali się bitnicy i artystyczna bohema. Wsłuchiwałbym się w muzykę Charliego „Birda” Parkera pijąc wino i paląc jointy z największymi nonkonformistami ówczesnego światka literackiego.

Czytaj dalej Bitnicy: Krótka historia złotego pokolenia Ameryki

W USA wszystko jest możliwe: Praca na farmie marihuany w Kalifornii

Praca na plantacji marihuany w USA? W kraju, w którym Sąd Federalny utrzymywał do niedawna, że za posiadanie weedu grozi kara śmierci? W tym samym kraju, w którym co roku ponad pół miliona osób zostaje aresztowanych z powodu trawki? Choć brzmi to niewiarygodnie – jest to możliwe. W końcu w stanach, gdzie dopuszczono spożywanie konopi indyjskich w celach leczniczych, ktoś musi zaopatrywać miejscowe apteki. Inna sprawa, że znakomita większość spożywanej Mary Jane pochodzi z szarej strefy, a praca w tym biznesie to ciągłe balansowanie na granicy prawa. Czytaj dalej W USA wszystko jest możliwe: Praca na farmie marihuany w Kalifornii

Rainbow Gathering, czyli hipisi ciągle żyją

Jeżeli myślicie, że era hipisów bezpowrotnie odeszła w zapomnienie, jesteście w błędzie. Aby przekonać się o tym na własne oczy najlepiej wybrać się na Rainbow Gathering. Na czym to polega? Gdzie się odbywa? Kto może wziąć w tym udział? Przeczytaj i przekonaj się, czy pasujesz do tęczowego towarzystwa. Czytaj dalej Rainbow Gathering, czyli hipisi ciągle żyją