Wszystkie wpisy, których autorem jest Łukasz Szoszkiewicz

Wielki Kanion, wielkie wrażenie

Wielki Kanion wyzwala w osobach, które widzą go po raz pierwszy najbardziej prymitywne instynkty – jestem pewien, że nawet Mickiewicz zrezygnowałby z trzynastozgłoskowej inwokacji na rzecz krótkiego, treściwego „O kurwa!”. Stojąc nad krawędzią widzisz pod sobą głęboki na dwa kilometry i rozciągający się aż po horyzont kanion, z którego wyrastają góry, łuki skalne, gdzieniegdzie trochę zieleni, a gdzieś daleko w dole rzeka Kolorado intensywnie żłobi nowe kształty połyskując w pełnym słońcu. Z tej odległości wszystko to, co znajduje się wewnątrz kanionu wydaje się malutkie. Dopiero wytężając wzrok można dostrzec niewyraźne łańcuszki turystów – wówczas też zdajesz sobie sprawę z ogromu tego, na co patrzysz.

To miejsce aż prosi się o miliony turystów, stragany z breloczkami, budki z lodami i wycieczki autobusowe do najbardziej spektakularnych punktów widokowych. Amerykanie jednak po raz kolejny (po Smoky Mountains NP) pokazali, że w kwestii ochrony przyrody i eksponowania dziedzictwa przyrodniczego nie mają sobie równych. Krawędź Wielkiego Kanionu (akurat ja byłem na jej południowym krańcu – South Rim) co prawda jest zagospodarowana przez lodżie (hotele), campingi i sklepiki z pamiątkami, ale wszystko zostało zrobione z wyczuciem i wciąż przeważa tutaj przyroda, a nie turystyczny kicz. A dodajmy, że schodząc na dół tego cudu natury jest już tylko lepiej – szlaki są starannie przygotowane i komponują się z krajobrazem (w przeciwieństwie do autostrad jakie można spotkać w naszych rodzimych górach), turystów na nich niewiele (ze względu na gorący, suchy klimat i duże odległości), a na samym dnie kanionu jedyną możliwą formą noclegu jest własny namiot. Wszystko to sprzyja zachowaniu naturalnego środowiska, a po drodze można natknąć się na dzikie zwierzęta – sam spotkałem kilka kozic, watipi (gatunek jelenia), a koleżanka omal nie nadepnęła na grzechotnika. Amatorów birdwatchingu zainteresuje z pewnością kondor kalifornijski, którego populacja jest odbudowywana w ramach lokalnego programu reintrodukcji.

Wyczucie Amerykanów przejawia się również w transporcie – na terenie całego parku narodowego kursują darmowe autobusy ułatwiając dotarcie do najciekawszych miejsc. W każdym pojeździe znajdują się ekrany z informacjami o lokalnej florze i faunie, a trasy autobusów wiodą nad samą krawędzią kanionu, tak że widoki można podziwiać nawet w trakcie jazdy. Nieco gorzej wygląda transport z Flagstaff (największego miasta w okolicy) do samego parku narodowego – za kurs Arizona Shuttle Service trzeba zapłacić 31 dol. (przy rezerwacji internetowej) lub 35 dol. (przy rezerwacji telefonicznej). W cenę tę jest wliczona opłata wjazdowa do parku narodowego w wysokości 6 dol. Busiki odchodzą z Flagstaff kilka razy dziennie i są jedyną opcją dla niezmotoryzowanych. Podróżując w piątkę-szóstkę (warto pytać turystów na stacji autobusowej i zorganizować się w większą grupę) bardziej opłaca się wziąć taksówkę (ok. 150 dol. za kurs).

Wielki Kanion najlepiej eksplorować z namiotem. Po pierwsze dlatego, że pola namiotowe są bardzo tanie (ok. 15 dol./noc za miejsce campingowe, na którym ze spokojem można legalnie rozbić dwa, a nawet trzy namioty), a po drugie dlatego, że z własnymi czterema kątami można zejść na dół kanionu i spędzić noc nad rzeką Kolorado. To ostatnie wymaga jednak specjalnego zezwolenia od straży parku narodowego, którego nie uzyskamy z dnia na dzień. Według wskazówek z oficjalnej strony internetowej dyrekcji parku narodowego w szczycie sezonu należy dokonywać rezerwacji z kilkutygodniowym wyprzedzeniem, jednak z podobnymi zaleceniami spotkaliśmy się w Smoky Mountains NP (najchętniej odwiedzanym parkiem narodowym w USA) i mimo że się do nich nie zastosowaliśmy, udało nam się spędzić dwie noce na szlaku. Zainteresowanych zorganizowaniem sobie pobytu w Wielkim Kanionie zachęcam do przejrzenia informatora parkowego z września 2011 r. (pozwoliłem sobie zeskanować):

Bright Angel Trail

Wielki Kanion jest jednym z tych miejsc, w których bez względu na to ile byś czasu nie spędził, zawsze będziesz miał za mało. Z pewnością warto poświęcić trochę czasu i wysiłku na zejście oraz nocleg na dole. Z racji na długość szlaku i wyczerpujące warunki (przez większość czasu jesteśmy wystawieni na słońce, które podgrzewa atmosferę do 30-35 st. C) straż parkowa zaleca rozłożyć 20-kilkukilometrowy hiking na dwa dni. Nie wiem na ile to legendy, a na ile prawda, ale na większości tablic informacyjnych można przeczytać ku przestrodze historie o zuchwalcach, którzy chcąc pokonać tę trasę w jeden dzień, kończyli w szpitalu z udarem i przegrzaniem organizmu. Sam przebyłem ok. 3/4 tego szlaku (do Plateau Point, łącznie 19 km w obie strony) i mogę powiedzieć, że osoba zaprawiona w chodzeniu po górach ze spokojem powinna pokonać całą długość wyruszając wcześnie nad ranem i wykorzystując cień, jaki spowija kanion przed wschodem słońca (zaznaczam jednak, że schodziłem na dół w połowie września – w lipcu/sierpniu, kiedy temperatury są najwyższe, całodniowy hiking jest złym pomysłem). Po drodze na dół w rozsądnych odległościach rozmieszczone są stacje z pitną wodą, niewielkie szopy do schronienia się przed słońcem, a mniej więcej w połowie drogi znajduje się niewielka oaza z kilkoma drzewkami (czyli cieniem) i płynącą rzeczką. Straż parkowa poleca wziąć ze sobą zapas słonych przekąsek, aby uzupełniać sól, którą wydalamy razem z potem.

Alternatywą dla dwudniowego hikingu jest krótsza, jednodniowa trasa Bright Angel Trail na Plateau Point (ok. 19 km w obie strony), z którego można podziwiać rzekę Kolorado. Podobnie, jak w przypadku zejścia na sam dół, warto, a nawet trzeba wyruszyć na szlak jak najwcześniej, żeby skrócić czas wędrówki w upalnym słońcu. Gdzie jak gdzie, ale w Wielkim Kanionie raczej nie mamy co liczyć na chmury czy letni deszczyk. Schodząc na Plateau Point pokonujemy wysokość 1000 m, a drugie tyle czeka nas z powrotem – tyle, że pod górę. Według przewodników czas zejścia to około 3 godzin, a powrotna wspinaczka powinna zająć maksymalnie 6 godzin, a więc łącznie około 9 godzin. Sami pokonaliśmy tę trasę w niecałe 6 godzin, ale w drodze powrotnej niemalże biegliśmy. Wersja de luxe to zejście na grzbietach osiołków, oczywiście dodatkowo płatne.

Dla wszystkich zastanawiających się czy warto tam jechać, powiem tylko tyle – jedźcie, zobaczcie, a będziecie tam chcieli powracać przez całe życie. Zresztą, spójrzcie sami.

Wielki Kanion w obiektywie

[fsg_gallery id=”1″]

WWOOFing – podróżuj z łopatą, podróżuj za darmo

Wolontariat kojarzy nam się przede wszystkim z działalnością w organizacjach pozarządowych. Jednak od 1971 r. prężnie rozwija się wolontariat ekologiczny, który dla wielu ludzi jest już nie tylko sposobem na tanie podróżowanie po świecie, ale po prostu stylem życia. Poznajcie WWOOFing.

World Wide Opportunities on Organic Farms (WWOOF) to organizacje zrzeszające farmy ekologiczne i umożliwiające wolontariuszom podejmowanie na nich pracy. W zamian za pięć godzin pracy przy pielęgnacji ogrodu, sadzeniu warzyw czy zbieraniu owoców otrzymujemy od rolnika darmowe zakwaterowanie i wyżywienie, przy okazji zbierając również cenne doświadczenie. W ramach sieci WWOOF funkcjonują organizacje krajowe (obecnie w ponad 40 państwach na wszystkich kontynentach). Wolontariusz zainteresowany pracą w danym państwie wykupuje jednorazowo dostęp do listy farm ekologicznych wraz z adresami i danymi kontaktowymi (zazwyczaj koszt ok. 50-90 zł), po czym może cieszyć się z uroków podróżowania z jednego miejsca w drugie wiedząc, że zastanie tam wygodne łóżko i smaczne jedzenie. Dokładne warunki pracy ustala się z każdym właścicielem z osobna, przy czym zazwyczaj wymagany jest pobyt na okres minimum tygodnia. Do rzadkości należą przypadki, kiedy wymagane jest wcześniejsze doświadczenie, dlatego WWOOFing staje się coraz bardziej popularny wśród backpackersów i podróżników na co dzień nie mających styczności z roślinami, zwierzętami czy ekologicznym budownictwem.

Pomysł WWOOFingu narodził się jesienią 1971 r. w londyńskiej redakcji magazynu „Resurgence”, kiedy tamtejsza sekretarka, Sue Coppard, zdała sobie sprawę, że żyjąc w metropolii jest zupełnie pozbawiona kontaktu z wsią i naturą. Chcąc to zmienić, postanowiła zorganizować weekendowy wyjazd do pracy na farmie ekologicznej Emerson College w Sussex. Szybko okazało się, że był to strzał w dziesiątkę – do Sue zaczęli zgłaszać się kolejni wolontariusze i właściciele farm w całym kraju zainteresowani podobnymi inicjatywami. Wkrótce WWOFing upowszechnił się na całych Wyspach Brytyjskich, a z czasem sieć farm ekologicznych oplotła całą kulę ziemską.

Jak się za to zabrać?

Zaczynając swoją przygodę z ekologicznym wolontariatem, warto wiedzieć, że w ramach WWOOF funkcjonują dwa typy sieci – tzw. national WWOOF organisations oraz WWOOF Independents. Jedyna różnica jest taka, że te pierwsze są zorganizowane w ramach jednolitej narodowej struktury, natomiast w tych drugich farmy ekologiczne funkcjonują samodzielnie. Polski WWOOF skupia właśnie niezależnych rolników i oferuje dostęp do listy hostów całkowicie za darmo. W Europie bezpłatnie można uzyskać ponadto adresy do farm ekologicznych na Litwie i na Węgrzech.

Wybierając swoją pierwszą farmę, trzeba pamiętać o kilku podstawowych zasadach. Przede wszystkim należy omówić z właścicielem dokładne warunki naszego pobytu, upewnić się, czy będziemy mieli zagwarantowane wyżywienie i zakwaterowanie. Druga ważna sprawa to strój roboczy. Warto się zaopatrzyć w dobre rękawice do pracy, czapkę, która ochroni nas przed słońcem i ubranie, którego nie będzie nam żal, kiedy przyjdzie nam pracować w polu. Ubiór należy również dopasować do pory roku – podczas gdy od późnej wiosny do lipca będziemy zapewne zajmowali się sadzeniem roślin i ich ogólną pielęgnacją, w szczycie sezonu będziemy pracowali przy zbiorach.

W 2009 r. brytyjski dziennik „The Guardian” opublikował ranking dziesięciu najlepszych destynacji dla WWOOF-ersów. Jednym z najlepszych i najchętniej wybieranych przez wolontariuszy miejscem jest ośrodek turystyczny Monte da Cunca w portugalskiej Algarve. Jak deklaruje Klaus Witzman, właściciel tamtejszej farmy ekologicznej, jego ogród nazywany jest WWOOF-owym rajem. Wszystko dlatego, że miasteczko Algarve położone jest nad Oceanem Atlantyckim i w lecie, po odpracowaniu wymaganych kilku godzin, można surfować na malowniczej lagunie czy opalać się na plaży Bordeira. A praca? Polega na pielęgnacji ogrodu, zajmowaniu się małym zwierzyńcem i budowaniu biodegradowalnych domów. Wszystkich zainteresowanych pracą odsyłam na stronę MontedaCunca.com oraz na WWOOF Portugal.

Innym popularnym miejscem jest winnica i plantacja oliwek niedaleko Riparbelli we włoskiej Toskanii, zaledwie 60 km od Florencji. Doskonała lokalizacja w jednej z najbardziej malowniczych części Półwyspu Apenińskiego z oczywistych względów przyciąga wielu WWOOF-ersów. Do ich obowiązków należy przede wszystkim zajmowanie się uprawami winorośli i oliwek. Kontakt do właścicieli można uzyskać poprzez WWOOF Italy. Z kolei w Piemoncie, niedaleko Alessandrii, możemy załapać się na ekologiczną pasiekę i opiekować się pszczołami. Zgłębienie tajników pszczelarstwa umożliwia farma Apicoltura Leida Barbara.

WWOOFing jest bardzo popularny również w Skandynawii. Sam podczas podróży po Norwegii spotkałem zapalonego wolontariusza, który przez kilka miesięcy przemieszczał się z farmy na farmę i pracował m.in. przy zbieraniu muszli na Lofotach (wyjątkowo malowniczy archipelag na Atlantyku). Natomiast w Szwecji gościł w arktycznym ogrodzie, gdzie pielęgnował zioła. Jako że farma była położona ponad 100 km za kołem podbiegunowym, miał okazję zaznać uroków dnia polarnego. Zainteresowanych wolontariatem na arktycznej farmie odsyłam do WWOOF Sweden oraz www.auroraretreat.se.

Nie tylko WWOOF

Rozwój WWOOFingu i wzrost ogólnego zainteresowania alternatywnym rolnictwem wśród społeczeństwa przyczyniły się do powstania innych organizacji zrzeszających farmy ekologiczne. Jedną z najpopularniejszych alternatyw jest dzisiaj Help Exchange, gdzie można również znaleźć pracę w hostelach dla backpackersów, ranczach, a nawet na jachtach. Z kolei sieć Intentional Communities skupia eko-wioski, w których całe społeczności wykonują pracę w duchu zrównoważonego rozwoju. Największe eko-wioski, takie jak amerykańskie Earthaven, Dancing Rabbit czy Lost Valley umożliwiają pracę przy budowaniu domów, ogrodnictwie i organizowaniu życia mieszkańców. Nową możliwością na polu wolontariatu, nie tylko ekologicznego, jest także sieć Workaway.info, w której możemy znaleźć pracę przy budowaniu domu na panamskiej plaży, na ranczo w peruwiańskich Andach czy w pensjonacie w Buenos Aires. Po przepracowaniu wymaganych kilku godzin możemy cieszyć się urokami miejsc, które dotychczas znaliśmy tylko z pocztówek i telewizji.

Bardzo popularny jest wolontariat w Ameryce Środkowej (oferowany m.in. przez Global Crossroad), gdzie można wycinać szlaki w dżunglach, pomagać w edukacji miejscowej młodzieży czy zajmować się żółwiami morskimi (praca zazwyczaj polega na patrolowaniu plaż nocą i nadzorowaniu wykluwających się żółwików). Niestety programy te zazwyczaj są płatne (w cenie mamy zagwarantowane wyżywienie i zakwaterowania na czas pracy) – ceny zaczynają się od ok. 300-500 dol. za tydzień do 1500-1800 dol. za trzy miesiące pracy.

Wolontariat na farmach ekologicznych może być ciekawą alternatywą dla programów work&travel. Co prawda nie zarobimy w ten sposób żadnych pieniędzy, ale znacznie obniżymy koszty dłuższych wyjazdów i nie będziemy musieli taszczyć ze sobą ciężkiego namiotu. Obecnie WWOOF najlepiej funkcjonuje w USA, gdzie ludzie zachłysnęli się ekologią i ochroną środowiska, a także na Wyspach Brytyjskich, we Francji, Niemczech i Skandynawii. W Polsce WWOOFing na razie raczkuje – na liście potencjalnych hostów widnieje 38 farm – a najprężniej rozwija się na Dolnym Śląsku, gdzie zarejestrowanych zostało aż 12 miejsc. Wakacje tuż za pasem – najwyższa pora poznać WWOOFing!

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach „Na Tropie”

Życie na cesarskim dworze

Kończąc szkołę średnią i zastanawiając się co chcę w życiu robić, natknąłem się na ofertę Wolontariatu Europejskiego (EVS). Pomyślałem – dlaczego by nie skorzystać? Malownicze wybrzeże, ciepłe morze, piaszczyste plaże… Zakotwiczyłem w Splicie, jednym z najważniejszych chorwackich portów.

Split to dwa tysiące lat burzliwej historii bałkańskiego tygla, narodowych waśni i religijnych wojen, z których Chorwaci summa summarum wyszli zwycięsko i dziś są przodującym państwem w regionie pukając do drzwi Unii Europejskiej. Ale wróćmy do samego Splitu. To niespełna dwustutysięczne miasto położone na południu kraju powstało około II w. przed Chr. Z inicjatywy greckich osadników. Szybko zostało jednak przejęte przez Rzymian, a swój największy rozkwit przeżywało za czasów panowania rzymskiego cesarza Dioklecjana w IV w. po Chr. (jedną z ofiar krewkiego Rzymianina był  św. Duje, który jest dzisiaj Splitu). Władca wzniósł w mieście olbrzymi pałac, w którym zamierzał spędzić swoje ostatnie lata życia. Po upadku Cesarstwa kilkaset lat później pałac ów został rozebrany przez miejscową ludność, a otrzymany w ten sposób budulec  wykorzystano przy wznoszeniu domów dla mieszkańców. Dzisiaj kamienice, w których ścianach zaklęto historię Splitu, należą do najdroższych w mieście, a pozostałości po pałacu Dioklecjana (m.in. Złota Brama) tworzą lokalną starówkę.

Czytaj dalej Życie na cesarskim dworze

NYX, czyli wygodnie do kwadratu

Karimata jest niewygodna, materac ciężki, krzesło turystyczne za dużo miejsca… Backpackersom trudno dogodzić w kwestii doboru ekwipunku, dlatego firmy turystyczne prześcigają się w wymyślaniu kolejnych innowacji. Amerykański start-up Terra Strenua zaprojektował właśnie NYX, czyli wielofunkcyjne urządzenie łączące w sobie zalety karimaty, łóżka polowego i krzesełka campingowego. Wszystkich amatorów wygodnego sypiania zapraszam do zapoznania się z nowym rozwiązaniem – może to coś akurat dla ciebie?

Główną ideą przyświecającą twórcom było stworzenie sprzętu o jak najniższej wadze i możliwie dużej funkcjonalności. Dlatego stelaż łóżka został zrobiony z aluminium, a powierzchnię do spania utkano z włókna Cuben, wykorzystywanego m.in. do szycia żagli (jego wytrzymałość jest porównywalna z kevlarem, który stosuje się w kamizelkach kuloodpornych). Łóżko ma udźwignąć nawet 175 kg. Co więcej, materiał ten nie wchłania wody, a także ma właściwości ripstopowe. Producenci zapewniają, że turystyczna innowacja będzie zbawieniem dla ludzi, którzy z przyczyn zdrowotnych musieli zrezygnować z wyjazdów outdoorowych, górskiego trekkingu czy wakacyjnego campingu pod namiotem.

Jest jednak jeden kruczek. Aby amerykańskie łóżko-krzesła trafiły na sklepowe półki, niezbędna jest pomoc sponsorów – każdy zainteresowany internauta za pośrednictwem serwisu Kickstarter może zakupić cegiełki, z których dochód zostanie przekazany na udoskonalanie technologii i produkcję urządzenia. Cegiełki można nabywać już od jednego dolara. Dotychczas firma uzbierała 14% potrzebnej kwoty (40 tys. dolarów). Osoby, które wpłacą co najmniej 500 dolarów otrzymają możliwość dołączenia do zespołu konstruktorów i wzięcia udziału w testach urządzenia.

Prototyp urządzenia został zaprezentowany przy okazji styczniowych targów Outdoor Retailer Winter Market 2012 w Salt Lake City. Specyfikację, zdjęcia i instrukcję obsługi można znaleźć na stronie internetowej projektu.

Nowy Jork. Wyciśnięta pomarańcza

Manhattan. Betonowy las. Jak to określił Albert Camus w swoich dziennikach – pustynia z żelaza i cementu. Mimo, że od wizyty Francuza w Nowym Amsterdamie minęło ponad pół wieku, niewiele się tutaj nie zmieniło. Nowy Jork wcale nie przytłacza przepychem i milionem rozedrganych świateł, ale przede wszystkim jakimś nienazwanym ciężarem amerykańskiego snu, który przerodził się w amerykański koszmar. Tysiące osób protestujących przy Wall Street, kolejne tyle blokujących Brooklyn Bridge, zroszona krwią Ground Zero, nieprzebrane tłumy imigrantów próbujących wyśnić swój amerykański sen. Chodząc ulicami miasta cały czas znajdujesz się w cieniu kilkusetmetrowych skyscrapers, a wokół siebie słyszysz tylko huk ruchu ulicznego i urywane rozmowy, które ludzie prowadzą przez telefony komórkowe. Z apatii w jaką wpadasz idąc prostymi jak strzała ulicami, wyrywa raz po raz nagabywanie ulicznych naciągaczy i meneli. Czytaj dalej Nowy Jork. Wyciśnięta pomarańcza

Boston: Podróż to tylko strumień, w którym łowię ryby

Wielu włóczęgów mówi, że podróż albo droga są celem samym w sobie. Trudno się z tym jednak zgodzić – to nie sam fakt podróży, bycia w drodze, decyduje o tym, że człowiek staje się bogatszy w nowe doświadczenia, mądrzejszy życiowo i silniejszy mentalnie. Podroż jest tylko środkiem do poznawania ludzi i odkrywania miejsc, które poruszają cząstkę naszej duszy i zmieniają nas. To właśnie oni i one skłaniają nas do przemyśleń, przewartościowań, zatrzymania się na chwilę i zastanowienia nad własnym życiem czy zmiany spojrzenia na rzeczy, które od zawsze postrzegaliśmy w tych samych barwach. Henry David Thoreau porównał kiedyś czas do strumienia, w którym łowi ryby. To samo można powiedzieć o podróży – wikłamy się w nią po to, aby utrwalać pojedyncze chwile radości i smutku, aby łapać to, czego brakuje nam na co dzień. Cierpliwie czekamy na to co i kto pojawi się na naszej drodze tak jak rybak czeka na ruch spławika. Kiedy już poczujemy szarpnięcie, wiemy, że przygoda nas znalazła i nie możemy jej teraz puścić. Później odkładamy ją na półkę, oznaczamy etykietką i wracamy do niej za każdym razem, kiedy mamy ochotę przeżyć ją jeszcze raz. Czytaj dalej Boston: Podróż to tylko strumień, w którym łowię ryby

Patton w podróży: Arabowie

George Patton spędził w Afryce Północnej kilka miesięcy, w trakcie których miał okazję zaobserwować zupełnie obcą kulturę. Znany z ciętego języka i bezkompromisowości wojskowy opisywał swoje doświadczenia najpierw w regularnie prowadzonym dzienniku, a po wojnie wydał książkę  „Wojna, jak ją poznałem”. Jak już wspomniałem w poprzednim wpisie z cyklu „Patton w podróży”, książka jest niedostępna w księgarniach, dlatego pozwoliłem sobie umieścić jej fragmenty na łamach bloga. Być może zainteresują kogoś na tyle, że zdecyduje się poszukać tego wojskowego białego kruka na Allegro. Na pewno warto – zarówno dla fanów militariów, podróży, jak i samego Pattona. Czytaj dalej Patton w podróży: Arabowie

USA: Zawsze może być wygodniej

W najchętniej odwiedzanym parku narodowym w USA, czyli Great Smoky Mountains z 9 mln turystów rocznie, droga z parkingu na najwyższy szczyt zajmuje niespełna pół godziny. Ale Amerykanie postanowili jeszcze skrócić zdobycie Clingmans Dome – aplikacja Nature Valley Trail View pozwala wejść na górę nie ruszając się sprzed komputera. Prawda, że wygodne? Czytaj dalej USA: Zawsze może być wygodniej

Seattle: Podróżowanie samemu, czyli jak otworzyć się na ludzi?

Podróżowanie samemu otwiera na ludzi. Kiedy nie masz się do kogo odezwać, poszukujesz kontaktu bardziej niż zwykle – chętniej pytasz nieznajomych o drogę, przedłużasz rozmowy z ulicznymi naciągaczami, zadając im pytania, których normalnie byś nie zadał, wyczekujesz każdego spotkania zwoływanego przez CouchSurfing. Nawet kiedy samotność na co dzień tobie nie przeszkadza. Ludzie mogą działać jak narkotyk, wciągać ciebie w swój świat, porywać własnymi historiami, pokazywać rzeczy, o których nigdy wcześniej nie słyszałeś. Poznawanie kolejnych ludzi tylko wzmaga ciekawość, kogo spotkasz następnym razem. To naprawdę działa jak narkotyk.
Czytaj dalej Seattle: Podróżowanie samemu, czyli jak otworzyć się na ludzi?

USA: co jeść, żeby zaoszczędzić?

Na podróżowanie składa się wiele aspektów – do takich należy niewątpliwie aspekt kulinarny. Dla jednych bardziej, dla drugich mniej istotny, zawsze jednak zaprzątający głowę backpackera. Studencka kieszeń często nie pozwala na nadmierne łechtanie podniebienia, w związku z czym głód zaspokajamy czymkolwiek – byle było tanio i nie powodowało większych problemów żołądkowych. A jak to zrobić w USA? Czytaj dalej USA: co jeść, żeby zaoszczędzić?