Zmęczeni nieco wielkomiejskim zgiełkiem Pekinu, szukaliśmy tylko okazji, żeby na chwilę wyrwać się z miasta i zobaczyć chińską prowincję. Do ostatniej chwili wahaliśmy się czy wybrać wycieczkę do świątyni Tanzshe Shi czy wioski Chuandixia. Ostatecznie wybór padł na tę drugą i jak się później okazało był to wybór trafiony.
Wszystkie wpisy, których autorem jest Łukasz Szoszkiewicz
798 art – Pekin inny niż zwykle
Pekin to nie tylko potoki Chińczyków przelewające się przez Zakazane Miasto czy podziemia metra, ale przede wszystkim klimatyczne hutongi rozżarzone światłami kolorowych szyldów. Dzisiaj poznaliśmy kolejne – tym razem artystyczne – oblicze tego miasta. 798 Art Zone wydaje się zupełnie nie pasować do robotniczego krajobrazu okolicy, ale nie ulega wątpliwości, że jest to jedno z najciekawszych miejsc w mieście. Czytaj dalej 798 art – Pekin inny niż zwykle
Duża ściana dla Banksy’ego, czyli Wielki Mur
Po tygodniu spędzonym w stolicy Państwa Środka przyszedł czas na wychylenie się poza znane nam hutongi, stacje metra i uliczne bary. Gdzie można się wybrać przy okazji wizyty w Pekinie? Oczywiście na Wielki Mur! Czytaj dalej Duża ściana dla Banksy’ego, czyli Wielki Mur
Potop chiński
Kolejny dzień w Chinach po raz kolejny utwierdził nas w przekonaniu, że jest to państwo zgoła odmienne, niespodzianki trafiają się na każdym kroku, a my w dziwny sposób przyciągamy niecodzienne sytuacje. Tym razem poznaliśmy chiński zwyczaj odmawiania backapckersom miejsca w hostelu, brodziliśmy po zalanych wodą ulicach Pekinu, a także spróbowaliśmy zrobić zakupy w chińskim supermarkecie. Czytaj dalej Potop chiński
Forbidden Day, czyli całe Chiny zwiedzają Zakazane Miasto
Drugi dzień w Chinach był esencją podróżowania – na początek śniadanie z ulicy, później wizyta w głównej atrakcji turystycznej, czyli Zakazanym Mieście, zamawianie obiadu na chybił trafił, a pod wieczór interwencja ochrony u naszego hosta i na sam koniec- poszukiwanie prysznica, które zakończyło się wizytą u chińskiej rodziny w pekińskich slumsach. Czytaj dalej Forbidden Day, czyli całe Chiny zwiedzają Zakazane Miasto
Pekin znośny i nieznośny, czyli pierwsze wrażenia z Chin
Choć Chiny wywarły na nas bardzo pozytywne wrażenie, nie obyło się bez problemów. Inna kultura, inne zwyczaje, inna pogoda – wszystko to sprawia, że pierwsze godziny spędzone tutaj mogą być dla Europejczyka nieco uciążliwe. Czytaj dalej Pekin znośny i nieznośny, czyli pierwsze wrażenia z Chin
Ryga, czyli przeżyć i nie zwariować
Ryga i Wilno, choć pozornie do siebie podobne – z zabytkową starówką z jednej, a komunistycznymi przedmieściami z drugiej strony – okazały się dwoma różnymi światami, A wszystko to za sprawą hostów – na Litwie mieszkaliśmy u 50-letniego bibliofila tylko z przymusu opuszczającego swoje cztery kąty, zaś na Łotwie rozbijaliśmy się po najmodniejszych lokalach z 21-letnim menedżerem, który tylko z rzadka oddawał się temu, co nasz poprzedni host. Aby nie być gołosłownym – biografię Hitlera, którą miał wystawioną na półce, jak sam przyznał, trzyma tylko ze względów estetyczno-efekciarskich (choć fakt braku zainteresowania nią należy jednak postrzegać w kategoriach zalety).
Starówka. Na szczególną uwagę zasługuje ryska starówka – pełna ciasnych przesmyków, bram i alejek. Niestety tak jak w większości miasta i tu obok odnowionych ze smakiem kamienic znajdują się rudery w stanie rozkładu. Poza tym starówkę odradzamy modnym paniom, które nie wyobrażają sobie dnia bez szpilek. Stare miasto usiane średniowiecznymi „kocimi łbami” w połączeniu z wysokimi obcasami stają się śmiertelnie niebezpieczne. Koneserom mocnych wrażeń polecamy natomiast kluby „Pussy Lounge” i „Blow Well”. Z kolei, tym którzy tradycyjnie w najstarszych częściach miasta upatrują źródeł ciekawych historii, polecamy legendy o „szklance” i „wypiętym kocie”, który z wieży budynku przypatruje się okolicy.
Jurmala. Plażowy kurort, gdzie sferom wyższym po prostu nie wypada nie bywać. Jedyne miejsce na Łotwie, do którego wjazd jest płatny, jednak system poboru opłat jest bardzo dziurawy i niezwykle łatwo go oszukać. Miejscowość ta jest o tyle nietypowa, że jeszcze chyba nigdzie na świecie nie widzieliśmy takiego rozwarstwienia społecznego. Z zaprojektowanymi według najnowszych trendów willami rosyjskich oligarchów, sąsiadują drewniane, na pół rozpadające się chałupy, powstrzymywane przed totalnym rozkładem jedynie przez owijającą je siatkę. Sama plaża to nic nadzwyczajnego – woda zimna (sprawdzone na własnej skórze), piasek żółty, a plażowicze pijani – ot typowe bałtyckie wybrzeże. Co ciekawe, o wiele lepiej prezentowała się bezpłatna plaża w samej Rydze, którą odwiedziliśmy następnego dnia.

Host. A jaki był nasz host? „Postać ta stanowiła ucieleśnienie korporacyjnego ducha postkomunistycznej generacji” – stwierdził Stan po przebudzeniu na moskiewskim lotnisku. Przechodząc do konkretów. Ma numery telefonów do pięciu ministrów i prezydenta, prowadzi dwie firmy (zajmujące się doradztwem finansowym) i jedną organizację pozarządową (z obszaru zrównoważonego rozwoju), zarabiając kwoty, o których przeciętny student w jego wieku może tylko pomarzyć. Samochody zmienia jak rękawiczki (choć prawo jazdy ma od pięciu lat, miał ich już sześć), a po kradzieży kołpaków ze swojego Volkswagena Golfa postanowił „pożyczyć” brakującą część z samochodu stojącego na ulicy. Pije tylko najdroższe piwo, naszej polskiej wódki nie chce tknąć, a drinki bierze na kredyt tylko po to, aby następnego dnia jeździć po barach, spłacać długi i witać się z kelnerami i kelnerkami, których zdążył poznać przy okazji podobnych wizyt w nieodległej przeszłości. Z drugiej strony od trzech lat omija bramkę płatniczą prowadzącą na plażę, na którą wjazd kosztuje horrendalną kwotę jednego łata (ok. 6 zł). Na nasze pytanie, jakim autobusem możemy dojechać do centrum, odpowiedział że nie jeździ publicznym transportem, gdyż ten jest tylko dla najbiedniejszej części społeczeństwa i meneli. Wszędzie jeździ samochodem, a na imprezy wozi go 17-letni Tom, który wprawy jako kierowca nabiera od dziesiątego roku życia.
Kraje bałtyckie – pierwsze wrażenie
Pierwszy rozdział podróży, czyli crawl po krajach bałtyckich dobiegł końca. Wrażeń nie brakowało, a autostop i CouchSurfing jak zwykle okazały się bezcenny przy redukcji kosztów wyprawy. Ostatecznie zamknęliśmy się w 75 litach i 15 łatach, a spróbowaliśmy zarówno litewskiej kuchni, jak i absyntu w najbardziej hipsterskiej miejscówce w Rydze. Oto zapis naszych pierwszych wrażeń, powstający dosłownie w podróży.

Godzina 5:21 (GMT +2), Sybir-trip dzień drugi, nie dalej jak kilkanaście minut temu opuściliśmy na pokładzie autobusu Simple Express nasz piękny kraj, Litwinom (i co gorsza Litwinkom) strasznie śmierdzą stopy, nad okolicznymi stawami unosi się Tolkienowska mgiełka niczym mroczna poświata nad Trupimi Bagnami i generalnie jest już widno. Pokładowe komputerki, które nawiasem mówiąc są genialną opcją, wciąż odmawiają nam dostępu do sieci, mimo że w menu głównym zapraszają do wrzucenia krótkiego posta na Facebooka. My zaś odmówiliśmy sobie filmów, a do wyboru mieliśmy m.in. Tin Tina i Incepcję), nie zabierając z dolnego bagażu słuchawek (podobnie zresztą jak jedzenia). Mimo to piszemy. Litwa, jak dotychczas kraj zaskakująco uporządkowany i … pusty, aczkolwiek to drugie zrzucić można na karb pogranicza. Jedyne czego pod dostatkiem to stacje benzynowe. Mijaliśmy też kilka wiatraków i wież GSM.
Droga trzyma standard polski, choć usilnie rozjeżdżana jest przez tiry. Ogólnie ruch spory. Mijamy kolejne stawki, które przypominają nam, że jeszcze godzinę temu pruliśmy przez Mazury. Spotykamy pierwszych imigrantów z Polski – parę bocianów. Za chwilę wjedziemy do Kalwariji – pierwszego większego miasta na naszej trasie, o czym wiemy dzięki GPS-owi dostępnemu na naszych niezastąpionych komputerkach. Oby były one również na pokładzie wiozących nas wkrótce samolotów. A jednak, niestety miasto miało obwodnicę. Dobrym podsumowaniem dla otaczającej nas przestrzeni może być mickiewiczowska pałająca dzięcieliną. Bez odbioru.
Godzina 18:07 (GMT +2), Sybir-trip dzień czwarty. Siedzimy właśnie w łotewskim odpowiedniku PKS, „pędząc” w kierunku Rygi, ok. godziny 16 przekroczyliśmy granicę łotewsko-litewską na pokładzie marszrutki złapanej przez nas na stopa. Niestety fakt ten (przekroczenia granicy) nie umknął uwadze łotewskich celników i ich psa. Pomimo negatywnego wyniku kontroli (brak narkotyków), musimy zapytać: Strefo Schengen, gdzieś ty? Kolejna negatywna niespodzianka to moja znajomość języka rosyjskiego, która okazała się być jedynie ogólnym pojęciem. Mimo to udało nam się nawiązać dialog z podwożącym nas kierowcą. A wszystko to dzięki Artjomowi Rudnevsowi.
Pierwsze wrażenia z Łotwy, są bardzo podobne do tych litewskich – pusto. Choć pozytywnie na tle sąsiadów z południa wyróżniają się łotewskie przystanki PKS – schludne i wszystkie wykonane w tym samym stylu. Drogi niestety jakości podobnej, czyli słabej. Co do zwiedzonego przez nas miasta – Bauska – to zdecydowanie zaskoczenie in plus. Choć nie wszystko było najnowsze, miasto okazało się zadbane i bardzo dobrze utrzymane. Stąd również pochodził kierowca, który nas podwoził, więc nie wypada nam o tym miejscu pisać źle. Nie mieliśmy tu również problemu z wymienieniem złotówek, nawet pomimo dość późnej godziny przybycia. Tylko kurs okazał się być nieco zaniżony. Mało tego, na dworcu PKS zaznaliśmy również dobrodziejstwa wi-fi – w Polsce rzecz raczej niespotykana.
Sami Łotysze sprawiają wrażenie raczej nieciekawe – gdyby zaopatrzyć ich w kij bejsbolowy i ubrać w podkoszulek, ze spokojem wtopiliby się w tłum dresów patrolujących najbardziej zapuszczone dzielnice polskich miast. Złego słowa nie możemy natomiast powiedzieć o Łotyszkach, które w naszym rankingu urody wyprzedziły już Litwinki (ocena subiektywna jednego z redaktorów) i gonią Polki. Stojąc w centrum miasta z tabliczką „Riga” mieliśmy na czym oko zawiesić i choć ostatecznie musieliśmy zrezygnować z autostopu nas rzecz autobusu, nie żałujemy ani minuty spędzonej na zjeździe przy głównej drodze.
Język rosyjski. Na razie wszystko wskazuje na to, że przy okazji podróży na wschód nie warto liczyć na znajomość innych języków, tylko zaopatrzyć się w rozmówki i gawarit pa ruski. Co prawda łotewski celnik, który zatrzymał nas na granicy błysnął znajomością angielskiego „Hołidej, he?”, jednak resztę dialogu przeprowadził w swoim drugim ojczystym języku.
Wilno, czyli w drogę
Menele pod ratuszem. Jak każdy szanujący się backapacker śniadanie postanowiliśmy skonsumować na ławce w parku. W miejscowym markecie zaopatrzyliśmy się w butelkę kwasu chlebowego (Stan degustował po raz pierwszy i stwierdził, że całkiem, całkiem) i rozsiedliśmy pod ratuszem. Szybko otoczyła nas grupka miejscowych meneli, którzy pierwsze o co zapytali nas w kilku językach, to czy nie poratowali byśmy ich paroma litasami (tamtejsza waluta). Mówili po rosyjsku, angielsku, niemiecku, litewsku, ale z polskim byli najwyraźniej na bakier – ostatecznie zamiast litasów odpaliliśmy im po dębowym kabanosie. Radości nie było końca.
Deszcz. Podobno nazwa państwa pochodzi od słowa „padać” (lit. lietus). I rzeczywiście – deszcz leje tu często i gęsto, choć nie przeszkadza to polskim wycieczkom przechadzać się po zakamarkach zabytkowej starówki.

Wilno. Co nas najbardziej zdziwiło to stopień niedokończenia tego miasta. Z jednej strony mija się tu odnowione z ogromnym rozmachem kamieniczki z drugiej zaś 30 metrową wieżę rozpadającego się kościoła. Powiecie pewnie, że w Polsce mamy to samo. Cóż, może i tak, ale za granicą to zawsze razi bardziej, zwłaszcza w środku starego miasta. Host zapytany o tę sytuację dał odpowiedź najprostszą z możliwych – pieniądze. I ponoć również środki UE niewiele pomagają. Poza tym trafiliśmy akurat na jakieś uroczystości na Uniwersytecie Wileńskim. Grono profesorskie zebrało się w odświętnych strojach przed wejściem do budynku głównego, pośrodku nich stanął rektor, orkiestra odegrała hymn i rozpoczęło się przemówienie dla… samochodów, gdyż bezpośrednio na placu pod uczelnią znajdował się parking. Jakieś grupki ludzi stały tylko po drugiej stronie ulicy i przy wjeździe na plac. Co kraj to obyczaj. Co my tam robiliśmy spytacie? Oczywiście szukaliśmy wi-fi.
Ceny. Cóż niestety wyższe, ale nieznacznie. Generalnie są one identyczne jak w Polsce, tyle że w litach, a te z kolei stoją po ok. 1,2 zł.
Litwini. Według statystyk jest ich ponad 3 miliony, jednak nasz wileński host (50-letni poliglota władający sześcioma językami, posiadający w domu kolekcję kilku tysięcy płyt i jeszcze większej ilości książek, z których wszystkie przeczytał!) ma własną teorię opartą na relacjach… piekarzy. Na podstawie danych dotyczących wypiekanego chleba, przekonywał nas, że ten niewielki kraj zamieszkuje niewiele ponad 2 miliony mieszkańców.
Historia. Jeden z głównych tematów rozmowy z naszym hostem, a zarazem kwestia niezwykle drażliwa na Litwie. W Muzeum Narodowym makieta bitwy pod Grunwaldem opatrzona została opisem „Decydujący moment walki, kiedy na pole bitwy przybywają wojska litewskie”, a nazwę głównej ulicy Wilna zmieniono z ul. Mickiewicza na ul. Giedymina. Mało tego, niegdysiejszy budynek rozgłośni polskiego radia został przemianowany na szpital psychiatryczny dla dzieci, a w przewodnikach dla turystów rozdawanych w informacjach turystycznych Litwini chwalą się, że ich państwo zostało po raz pierwszy wspomniane w źródłach historycznych w 1009 r. Szkoda tylko, że nigdzie nie dodali, że pierwsze wspomnienie dotyczy mordu św. Wojciecha, który wybrał się w te rejony nawracać pogan.

Užupis. Dzielnica Wilna, która szczyci się własną konstytucją. Miejsce spotkań artystycznej bohemy, które jednak zamiast przyciągać ciekawą architekturą i intelektualno-… atmosferą, odstrasza zrujnowanymi budynkami. Bardziej niż dzielnicę artystyczną przypomina to zalążek komuny hippisowskiej, która właśnie dostała pozwolenie na zagospodarowanie rozpadającego się osiedla. Kto wie, może w przyszłości będzie to coś na miarę duńskiej Christianii?
-as. Niemalże wszystkie słowa po litewsku kończą się na tę końcówkę: Internetas, klubas, skveras, kavas. Niestety dowiadujemy się tego z szyldów i reklam, gdyż większość napotaknych Litwinów rozmawia w języku… rosyjskim. Przechadzając się ulicami Wilna wszystko litwinizujemy (CouchSurferas, hostas), co sprawia nam niemałą radochę. A zgadnijcie jak po litewsku jest whisky?
Mrówki. Nasz host, choć wyjątkowo gościnny, miał małe problemy z opanowaniem porządku w mieszkaniu pod nieobecność matki. Sytuacja ta na rękę była mrówkom, które przez noc zdążyły założyć gniazdo pod naszymi butami. Wszystko wskazuje na to, że kilka z nich zabraliśmy także w podróż do Rygi, bo podczas łapania autostopu zauważyłem jak wylegają z plecaka. Na szczęście po pierwszej fali mrówczej ekspansji, w plecaku panuje cisza i spokój.
CS Report: Dzisiaj znaleźliśmy hosta kilka godzin przed zapadnięciem zmierzchu. Po wysłaniu kilku prywatnych wiadomości do Wileńczyków, nie otrzymaliśmy żadnej pozytywnej odpowiedzi, dlatego wrzuciliśmy ogłoszenie na grupę „Vilnius: last minute request”. Efekt? Po pół godzinie mieliśmy umówiony nocleg u dziennikarza na Zwierzyńcu. 17 zaproszeń, 4 zaakceptowane, najgościnniejsza okazała się Ryga.
Wi-fi Report: Przechadzając się główną ulicą czy po starówce niezabezpieczone hotspoty można znaleźć co rusz. Niestety nie zawsze jest Internet w McDonaldach. Polecamy za to sieć kawiarni Coffee Inn, w których można cieszyć się szybkim, stabilnym Internetem.
Północna Słowacja – Tatry, zamki, jaskinie
Każdego roku na majówkę do Zakopanego wybierają się rzesze turystów. W efekcie zakopianka stoi w wielogodzinnym korku, na Krupówkach tłoczą się setki ludzi, a do Doliny Kościeliskiej nie sposób się dostać. Niewiele osób wie, że zaledwie 40 km dalej rozciągają się wyższe, piękniejsze Tatry pośród nich zaś puste i panoramiczne szlaki.
Park Narodowy Wysokie Tatry jest zdecydowanie największą atrakcją, którą trzeba „zaliczyć” będąc na Słowacji. Obszar ten jest bardzo urozmaicony – od pięknych dolin po postrzępione turnie najwyższych szczytów Tatr. Turyści nastawiający się na całodniowe trasy z pewnością nie będą zawiedzeni. Szczególnie godny uwagi szlak to wejście na Koprowy Szczyt. Cała trasa zajmuje niemalże cały dzień, a w czasie wędrówki urozmaicać krajobraz będą nam liczne potoki przecinające szlak, a pod koniec trasy zobaczymy najgłębsze i największe jezioro w słowackich Tatrach –Wielki Staw Hińczowy, który ma 53,7 m w najgłębszym miejscu. Inną ciekawą alternatywą jest wejście na Krywań, której charakterystyczny szczyt uchodzi za symbol słowackiej przyrody. Jest to wyczerpujący i długi szlak (min 4,5 godz.) i pewnym mankamentem jest konieczność powrotu tą samą trasą. Dodatkowo należy pamiętać, że podczas marszu nie ma schroniska, w którym można by było zregenerować siły. Będąc w słowackich Tatrach mamy również możliwość zdobycia najwyższego polskiego szczytu, który po stronie naszych sąsiadów w podejściu jest nieco łagodniejszy. Z Rysów możemy opcjonalnie zejść na polską stronę.
Trasy są bardzo różnorodne pod względem trudności, do niektórych schronisk można dojść nawet asfaltową drogą. Dla osób nie lubiących wysokogórskiego hikingu polecam szczególnie trasę do Popradskiego Plesa, która zajmie nam nie więcej niż godzinę. U celu mamy do dyspozycji restauracje w górskim stylu i punkt wypadowy w wyższe partie Tatr. Jedną z możliwości zobaczenia gór nie męcząc się niemalże wcale jest kolejka górska na Łomnicki Szczyt. Z samego szczytu roztacza się piękny widok, a przełęcz jest dobrym miejscem na obserwacje świstaków. Niestety jest to bardzo droga atrakcja (ponad 20 euro). Dodatkowo trzeba liczyć się z ryzkiem, że z powodu mgły lub niskiego pułapu chmur nic nie zobaczymy, a wcześniej wykupiony bilet nie podlega zwrotowi (w sezonie bilety trzeba wykupić z kilkudniowym wyprzedzeniem. Innym pomysłem jest odwiedzenie Szczyrbskiego Plesa, które miejscowi nazywają słowackim Morskim Okiem. Moim zdaniem nasz wysokogórski staw wypada w porównaniu ze swoim słowackim vis-a-vis nieco gorzej – przede wszystkim dlatego, że nie tłoczą się wokół niego tłumy ludzi i można spokojnie wsłuchać się w odgłosy natury wypoczywając na nadbrzeżnych skałkach.
Słowackie Tatry są również wspaniałym miejscem do obserwacji ptaków charakterystycznych dla różnych partii gór, m. in. rudzików czy muchołówek. Dla przeciętnego pasjonata ornitologii nietrudne będzie wypatrzenie orzechówki, a przy odrobinie szczęścia jest szansa na drozda obrożnego. W pasie kosodrzewiny warto wypatrywać ruchliwej pliszki górskiej, natomiast w wyższych partiach gór można spotkać siwerniaka. Właśnie w słowackich tatrach mamy największe szanse na zobaczenie prawdziwej rzadkości – płochacza halnego. W Polsce występuje jedynie punktowo w Karkonoszach i w Tatrach. Jest to jeden z nielicznych ptaków, który występuje na wysokościach powyżej 2000 m. n. p. m. Osobiście choć się starałem nie udało mi się go zobaczyć.
Po stronie słowackiej mamy również bogatszą faunę. Wpłynęły na to mądre ograniczenia turystyki ze strony zarządu parku narodowego – możliwość wejścia na teren chroniony istnieje jedynie w okresie letnim. Ponadto Tatry po stronie naszych południowych sąsiadów są bardziej rozległe, przez co zwierzęta mają więcej miejsc, w których mogą ukryć się przed ciekawskimi spojrzeniami turystów. W związku z tym w tamtejszej części Karpat o wiele liczniej występują kozice, świstaki, a nawet niedźwiedzie brunatne. Te ostatnie można zobaczyć nawet w pobliżu miejscowości, czego byłem świadkiem – gospodyni agroturystyki, w której nocowałem wbiegła któregoś dnia na korytarz z sensacją, że przed chwilą minęła samochodem niedźwiedzicę z małym niedźwiadkiem.
Szata roślinna Słowackich Tatr ulega obecnie bardzo głębokim przemianom. Porastające góry lasy zostały zniszczone niemal doszczętnie podczas wielkiej wichury w 2004 roku. Paradoksalnie skutki tego żywiołu nie są oceniane jako katastrofa przyrodnicza – zdmuchnięte bowiem zostały sztuczne lasy posadzone przez człowieka, a na ich miejsce wkroczyła naturalna przyroda. Władze słowackie podjęły odważną decyzję sprzeciwiającą się poglądom o potrzebie zalesiania terenów chronionych i zdecydowały się poczekać aż natura sama odbuduje roślinność. W efekcie w partiach górnego i dolnego regla utworzyły się nieznane przedtem w Tatrach krajobrazy otwartych przestrzeni i różnorodnych terenów drzewiastych.
Poza górami…
Historia Słowacji sprawiła że w kraju tym są liczne zamki, w znakomitej większości wybudowane przez Habsburgów. Są one w większości tak dobrze zachowane, że fanatycy średniowiecza z pewnością nie będą musieli zbytnio wysilać swojej wyobraźni, aby przenieść się w tamte czasy. Warownie są bardzo różnorodne – od największego w środkowej Europie Zamku Spiskiego, do niewielkiej, usytuowanej na stumetrowej skarpie Twierdzy Orawskiej. Podczas wizytowania te ostatniej można poruszać się tylko z przewodnikiem, który przypada na piętnastoosobową grupę. Na Zamku Spiskim nie ma już takiego wymogu, a dodatkowo można wykupić elektroniczny przewodnik, dzięki któremu poznamy historię i legendy związane z tym miejscem (również w języku polskim). Ceny za zwiedzenie zamku wahają się od dwóch do pięciu euro.
Słowacja oprócz gór i zamków oferuje nam również piękne jaskinie – geolodzy naliczyli ich aż 5350. Niestety dla turystów udostępniono tylko 12 z nich. Na szczególną uwagę pod względem oryginalnych form skalnych zasługuje Ochtińska Jaskinia Aragonitowa, w której możemy popatrzeć na aragonitowe formacje – niewielkie formy skalne przypominające jeżowce. Są one unikalne w skali światowej – poza Słowacją, można je jeszcze podziwiać w USA, Brazylia czy Włoszech. Dzięki aragonitowym impresjom, jaskinia została wpisana na listę UNESCO. Dla osób nie interesujących się skałami ciekawszą alternatywą będzie Jaskinia Domica, w której można przepłynąć się po podziemnej rzece Styks. Zwiedzanie jaskiń jest odrobinę droższe niż odwiedzanie zamków – ceny wahają się od czterech do siedmiu euro. Aby uwiecznić na zdjęciach ten niewątpliwie piękny podziemny świat należy dopłacić aż 10 euro.
Znaną atrakcją na Słowacji są również termy i aquaparki, z Tatralandią na czele. Większość term na Słowacji oferuje gorące baseny zawierające leczniczą wodę, jednak aquaparki takie jak Tatralandia dają możliwość skorzystania z najróżniejszych basenów i zjeżdżalni, a także atrakcji niezwiązanych z wodą. Nietrudno się domyślić, że jest ona mocno przereklamowana.
Sieć transportu publicznego jest na Słowacji bardzo dobrze rozwinięta szczególnie w sąsiedztwie Parku Narodowego Wysokie Tatry, dzięki czemu nie ma potrzeby korzystania z własnego samochodu. Najpopularniejsza jest kolejka, której liczne przystanki znajdują się we wszystkich miejscowości w sąsiedztwie Parku oraz przy szlakach wiodących w głąb Parku. Kursuje ona co pół godziny od rana aż do 22:00, a bilety na jednorazowy przejazd kosztują nie więcej niż dwa euro. Nie ma również problemu aby dostać się do Polski – z wielu miejsc regularnie kursują busy do Zakopanego.
Podróżując po Słowacji autostopem możemy przejść przez spore męczarnie. Pomimo tego, że Słowacy są bardzo otwarci i sympatyczni nie za bardzo rozumieją idee autostopu. Rzadko natkniemy się na osobę chętną do podwiezienia dodatkowego pasażera, a nawet jeśli już taka się trafi, to możemy zostać wysadzeni na kompletnym odludziu gdzie utkniemy na dobrych kilka godzin. Ponadto jest tam niezmiernie ciężko złapać stopa po zmroku. Jeżeli tylko przejeżdżamy przez ten kraj to najlepszym rozwiązaniem będzie zabrać się polskim lub rumuńskim tirem. Jednym z miejsc gdzie mamy dużą szansą złapać jakąś ciężarówkę jest Barwinek.
CouchSurferów na Słowacji jest niewielu – w samej Bratysławie lewdie ponad 800. W mniejszych miejscowościach o konapę jeszcze trudniej, ale zawsze pozostaje rozbicie namiotu na dziko. Jeżeli jednak chcemy spędzić trochę czasu w Parku Narodowym Wysokie Tatry i zaznać gościnności miejscowych, najbliższy checkpoint dla CouchSurferów znajdziemy w Popradzie (20 kilometrów od Parku), a i tam CouchSurferów jest zaledwie 75.
Na Słowacji podobnie jak CouchSurfing słabo rozwinęły się organizacje zapewniające kwaterę w zamian za pracę. Miejsc pracy zorganizowanych przez WWOOF jest w całej Słowacji zaledwie cztery: dwa w Preszowie i po jednym w Koszycach oraz Bańskiej Bystrzycy. Inny ciekawy host znajduje się w okolicach Myjavy, gdzie na zakwaterowanie zapracujemy sobie oporządzaniem zwierząt hodowlanych.
Autor: Mikołaj Szoszkiewicz


