Wszystkie wpisy, których autorem jest Łukasz Szoszkiewicz

Gdzie spać w podróży?

Noclegi są jednym z najbardziej kosztownych elementów podróży, dlatego przed wyjazdem warto zorientować się, gdzie i w czym najlepiej spać. W czasach kryzysu, kiedy każdą złotówkę oglądamy dwa razy, popularność zdobywają sieci zrzeszające podróżników, którzy wymieniają się mieszkaniami, wynajmują je innym członkom społeczności, bądź zapraszają do siebie całkowicie za darmo.

CouchSurfing. Z czym to się je? Użytkownicy udostępniają swoje kanapy (ang. couch; stąd nazwa portalu) innym członkom społeczności, a w zamian mogą skorzystać z gościnności innych osób w różnych zakątkach globu. Wszystko odbywa się nieodpłatnie i opiera na zasadzie wzajemnej pomocy bądź zwykłej serdeczności. Z czasem wokół portalu wykształciła się towarzyska otoczka, dlatego dzisiaj możemy mówić już o subkulturze CouchSurferów – obok noclegów można znaleźć tutaj pomysły na spędzenie weekendu, ogłoszenia o imprezach, propozycje wyjazdów na wakacje, oferty wynajmu mieszkania czy informacje o cenach, pogodzie bądź sytuacji politycznej w każdym miejscu na ziemi, w jakim tylko można postawić stopę. Obecnie platforma zrzesza ponad 4 miliony amatorów podróży z 86 tysięcy miast na całym świecie, a Polacy są jedną z jej najaktywniejszych nacji. Sam podróżowałem z wykorzystaniem CouchSurfingu po Europie, Ameryce i Azji i wszędzie – bez względu na różnice kulturowe czy sytuację polityczną – spotykałem się z życzliwością i otwartością innych CouchSurferów. Po pewnym czasie można jednak zauważyć pewne mankamenty pomysłu, a największym z nich jest ciągła niepewność, na kogo trafi się następnym razem. Niektórym przeszkadza także zależność od hosta w kwestii powrotów do domu czy opuszczania mieszkania (czasem problem rozwiązuje się sam, kiedy gospodarz wręcza nam komplet kluczy).

Prywatne apartamenty. Coraz większą popularność zdobywają takie portale jak Wimdu, który notabene reklamuje się nawet hasłem: „Travel like a local”. Korzystając z tego typu platform co prawda płacimy za nocleg, jednak zamiast mieszkać w hotelu, mamy możliwość zasmakować życia mieszkańca Nowego Jorku, Pekinu czy Paryża mieszkając w jego apartamencie. Poza tym, wyjeżdżając na wakacje do innego miasta, nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy udostępnili swoje mieszkanie innemu członkowi społeczności i tym samym zasilili nasze portfele. O ile zaletą CouchSurfingu jest styczność z ludźmi, z którymi mieszkamy – możliwość rozmowy czy wspólnych wyjść na miasto – o tyle wynajmując prywatne apartamenty można przebierać w niecodziennych ofertach, np. cygańskim wozie, mieszkaniu w pociągu czy ekologicznej chatce. Poza tym wynajmując apartament otrzymujemy klucze i zyskujemy prywatną przestrzeń, której brakuje zazwyczaj u CouchSurferów. Również ceny – w porównaniu z hotelami, a nawet hostelami – są atrakcyjne i elastyczne.

Wolontariat. Tydzień pracy na farmie w Niemczech, przeprowadzka na dwa tygodnie do Paryża, do jednego z hosteli w centrum miasta, a następnie podróż do Hiszpanii, gdzie już mamy zaklepane miejsce w niewielkim gospodarstwie agroturystycznym nad morzem. W każdym z tych miejsc w zamian za kilka godzin pracy (zazwyczaj około 5 godz. przez 5 dni w tygodniu) otrzymujemy zakwaterowanie i wyżywienie. Podczas podróży po Norwegii spotkałem hippisa z Niemiec, który właśnie w ten sposób zjeździł całą Skandynawię. Korzystał z sieci WWOOF (World Wide Opportunities on Organic Farms) zrzeszającej farmy ekologiczne. Do jego zajęć należały m.in. prace ogrodnicze, czasem odmalowanie szklarni czy zbieranie owoców. Za jego przykładem sam zacząłem szukać możliwości podróżowania w ten sposób i znalazłem dziesiątki podobnych platform. Ostatecznie zdecydowałem się zarejestrować na Workaway.info, która w bazie miała oferty z wielu egzotycznych miejsc, m.in. Panamy, Amazonii, peruwiańskich Andów czy Kambodży. Przy okazji tegorocznej podróży do Rosji skontaktowałem się z jednym z moskiewskich hosteli, ale ostatecznie plany pokrzyżowały ograniczenia wizowe. Na szczęście abonament w wysokości 15 euro gwarantuje dwuletni dostęp do bazy pracodawców.

Sposobów na podróżowanie tanie, ciekawe i z dala od biur podróży jest wiele. Niektórych może dziwić, że nie wymieniłem hosteli czy namiotu, ale o nich chyba już wszystko zostało powiedziane. Natomiast popularność wszystkich wyżej wymienionych platform szybko rośnie, ale wciąż nie są one obecne w turystycznym mainstreamie. Jeżeli chcesz spędzić wakacje inaczej niż reszta, spróbuj czegoś nowego!

Erasmus w Stambule

Kilka miesięcy temu otrzymałem z sekretariatu mojej uczelni wiadomość, że wciąż są wolne miejsca w ramach programu wymiany studenckiej Erasmus. Przebiegłem wzrokiem po liście destynacji: Bratysława? Zbyt blisko, zbyt zwyczajnie. Ryga? Nie ujęła mnie. Szeged? Wolałbym coś większego. Turku? Nie na semestr zimowy, spędzę Erasmusa w ciemnościach. Stambuł? Miejsce, gdzie pięćset lat temu starło się Bizancjum z Imperium Osmańskim, a dzisiaj ściera się Europa z Azją. Jadę!

Erasmus. Jako jeden z nielicznych programów Unii Europejskiej jest oceniany jednoznacznie pozytywnie wśród braci studenckiej. Pieniądze z unijnego budżetu nie są bowiem przeznaczane na projekt rozbudowy sieci teatrów kukiełkowych czy podniesienia innowacyjności przedsiębiorstwa poprzez zakup wózka widłowego, a na stypendium, które pozwala wyfrunąć z Polski nawet na 10 miesięcy. Wymogi uczestnictwa w programie są różne, w zależności od uczelni, ale zazwyczaj nie są one zbyt wygórowane. Na Wydziale Prawa i Administracji poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza wystarczała średnia min. 3,25 i pozytywne wyniki w testach językowych (pisemnym oraz ustnym). W ramach drugiego naboru, w którym rozpocząłem walkę o miejsce w Stambule, odbył się tylko etap ustny, gdyż jak zwykle było więcej miejsc niż chętnych. W rezultacie po pięciu minutach rozmowy o USA, Michigan i zeszłorocznym work&travel za Oceanem, zostałem oficjalnie stypendystą Erasmusa.

Pewność siebie. Dla wielu studentów barierą w wyjeździe jest nie tyle nieznajomość języka, a brak pewności siebie związany z wyjazdem do obcego kraju, a nierzadko również zetknięcia się z obcą kulturą: „Jak się dogadam?”, „Czy poradzę sobie?”, „Poza tym, skoro na egzaminie brakuje mi czasem języka, aby powiedzieć coś po polsku, jak zdam egzaminy w języku obcym?”. Na wszystkie te pytania jest jedna odpowiedź: „Nie przejmuj się, jedź!”. Na miejscu spotkasz od kilkudziesięciu do kilkuset studentów, takich jak ty – dla niektórych będzie to pierwszy wyjazd za granicę, dla innych nie, niektórzy z nich będą mówili w języku obcym lepiej od ciebie, inni nie będą mówili w nim niemalże wcale itp. Dwóch Hiszpanów z Andaluzji, z którymi studiuję, nie mówi po angielsku niemalże w ogóle, a na pierwsze zajęcia dotarli dopiero po miesiącu. Kiedy ich zapytałem, dlaczego tak późno, odpowiedzieli, że wcześniej nigdy nie mogli znaleźć sali. Z kolei William, sympatyczny, ale nieco zakręcony Włoch, do dzisiaj nie załatwił wszystkich formalności związanych z przyjęciem na uniwersytet, ba, nawet nie odebrał legitymacji studenckiej z dziekanatu, ale jak na Włocha przystało, nie zawraca sobie tym głowy.

Organizacja. Zazwyczaj istnieje ona tylko po jednej stronie – uczelni wysyłającej. Ze strony uczelni przyjmującej można spodziewać się bałaganu, a jeżeli jesteś w Stambule – kompletnego chaosu. W Biurze Erasmusa działającym przy Istanbul Universitesi na pięciu pracowników tylko jeden umie porozumieć się w języku innym niż turecki, a każdy z nich na słowa „Learning Agreement” (porozumienie w ramach zaliczanych za granicą przedmiotów) robi wielkie oczy i tylko rozkłada bezradnie ręce. Do tego dochodzą ciągłe zmiany planu lekcji, o których nikt nie jest informowany, brak informacji odnośnie egzaminów czy terminów ferii zimowych. Wczoraj próbowałem dowiedzieć się, kiedy rozpocznie się przedmiot International Business Law – niestety bezskutecznie. Dodam, że zajęcia miały rozpocząć się półtora miesiąca temu.

Życie. Co tu dużo mówić – rytm życia Erasmusowicza wyznaczają zajęcia pozalekcyjne. W zależności od upodobań: imprezy, podróże, spotkania ze znajomymi, haratanie w gałę czy granie na gitarze. Sam byłem już na wycieczce w Kapadocji, pod koniec tygodnia ruszam do Gruzji, a w planach mam jeszcze Izmir i Bułgarię. Nauka ogranicza się do sporadycznego uczestnictwa w zajęciach, które paradoksalnie nie jest sporadyczne ze względu na moje lenistwo, a kompletny brak organizacji ze strony uniwersytetu. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że na razie uczestniczyłem we wszystkich zajęciach, które mam wpisane w swój Learning Agreement;-)

Petersburg, czyli Wenecja Północy

System kanałów wzorowano na Wenecji, rozkład ulic podpatrzono w Amsterdamie, a przy budowie Pałacu Zimowego architekci za wzór postawili sobie pałac wersalski. Najpierw perła w koronie Piotra Wielkiego, później gwiazda w uszance Lenina, a dla nas wisienka na torcie i zwieńczenie dwumiesięcznej podróży przez całą Azję. Petersburg.

Zabudowa. Petersburg jest jedną z nielicznych kilkumilionowych metropolii na świecie, w której nie uświadczymy wysokich biurowców. Co prawda w 2006 r. Gazprom planował wznieść tutaj 400-metrowy wieżowiec i uczynić ją jedną ze swoich wizytówek, ale zarówno mieszkańcy, jak i ówczesny prezydent Dmitrij Miedwiediew zaprotestowali – skutecznie. W gąszczu stylowych budynków i budyneczków mieści się aż 80 teatrów i ponad 200 muzeów – piwoszom polecamy Muzeum Piwa ulokowane w najstarszym browarze w Rosji, filozofom zmagającym się ze swoim id muzeum „Marzenie Zygmunta Freuda”, a upierdliwym i ciekawskim sąsiadkom olbrzymią makietę Petersburga wraz z pokojem z obrazami z monitoringu miejskiego. Podobno podczas wizyty w tym pokoju jeden z turystów zaobserwował kiedyś napad na staruszkę i przyczynił się do ujęcia przestępcy. Aha, jest jeszcze Muzeum Rasputina, w którym rzekomo znajduje się jego członek. Ile w tym prawdy – nie wiem, ale eksponat to absolutne must-see dla wszystkich, którzy myślą, że to oni mają największego. Podobno Rasputin przebija(ł) każdego.

co zwiedzać w petersburguErmitaż. Jedno z największych muzeów na świecie, w którym pobieżne zapoznanie się z co ważniejszymi dziełami zajmuje bagatela kilka godzin. Oczywiście nie omieszkaliśmy go ominąć, tym bardziej, że wstęp dla studentów był bezpłatny. Jedynym mankamentem było półtoragodzinne wyczekiwanie w kolejce do wejścia. W samym muzeum tłumów już się nie odczuwa – jak na rosyjskie standardy przystało, wszystko zrobiono z rozmachem: sale są olbrzymie, sufity wysokie, żyrandole ciężkie, a ściany mienią się złotem. Sekcja poświęcona artystom rosyjskim jest w porównaniu z resztą muzeum mikroskopijna, a najbardziej znane nazwiska, jakie możemy podziwiać to Monet, Rembrandt, van Gogh i Picasso. Zaczątek kolekcji skompletował na zlecenie carycy Katarzyny Wielkiej sam Denis Diderot, czołowy jajcarz i demaskator XVIII-wiecznej Francji. My najbardziej z wizyty w Ermitażu zapamiętamy spotkanie z Michałem, który usłyszawszy naszą rozmowę w języku polskim i rozpoznając moją fryzurę (a właściwie jej tradycyjny brak) przerwał nam kontemplowania sztuki dyskusję czy zmieniamy hosta czy dalej testujemy jego cierpliwość: -Ej, to Wy, co prowadzicie bloga o podróży do Chin?

Parki. Petersburg to jedna z najbardziej zielonych metropolii, jakie widziałem. Olbrzymi ośrodek parkowy w centrum miasta (m.in. Marsowe Pola, Letniy Sad) z górującym malowniczym Soborem Zmartwychwstania Pańskiego, który moim zdaniem na głowę bije słynną Cerkiew Wasyla Błogosławionego w Moskwie. Poza tym na północy miasta, nad samym morzem, na wyspie Elagin, mieści się petersburski Central Park – miejsce schadzek i niedzielnych spacerów.

co zwiedzać w petersburguPrawosławna msza. Zaciekawiony wybrałem się do jednej z cerkwi i dzielnie stałem przez dwie godziny słuchając monologu popa w języku rosyjskim. Z różnic widocznym gołym, niepraktykującym katolicyzmu okiem, rzuca się przede wszystkim brak ławek oprócz dwóch-trzech niewygodnych desek zainstalowanych z myślą o starszych wiernych. Msza jest znacznie dłuższa (ok. dwóch godzin), a panująca atmosfera znacznie bardziej mistyczna i poważna. Prawosławni zrezygnowali z dziecięcych chórków na rzecz Pussy Riot chóru dostojnych męskich barytonów, którym akompaniował równie dostojny organista. Poza tym trzeba uważać, aby nie przeżegnać się po katolicku, a po prawosławnemu – czyli czoło-klatka piersiowa-prawe ramię-lewe ramię (na znak tego, iż Jezusowi przybito najpierw do krzyża prawą rękę). Znajoma katoliczka, która nieopatrznie przeżegnała się „po naszemu” spotkała się z dość niemiłą reakcją ze strony jednego z wiernych. Z ciekawych historii związanych luźno z cerkwią, to po wyjściu z mszy omal nie oberwałem metalowym prętem od Cygana. Kiedy pręt zadzwonił na wysokości mojej głowy o płot, o który się opierałem, zrobiło się groźnie, ale kiedy wytłumaczyłem próbującemu wysłowić się Cyganowi, że ja nie panimaju szto ty gawarisz, ja Poljak, okazało się, że Cygan umie co nieco po polsku, lubi Polaków i dlatego daruje mi życie portfel.

Wiza rosyjska. Warto wiedzieć, że wizyta w Petersburgu wcale nie musi wiązać się z koniecznością uzyskania wizy. Przybijając do miasta ze zorganizowaną wycieczką od strony Morza Bałtyckiego wystarczy, że wylegitymujemy się ważnym paszportem. Jest jednak jeden warunek – nie możemy zwiedzać miasta na własną rękę, tylko podążać za wcześniej opłaconym przewodnikiem. Samodzielna wizyta wiąże się już z koniecznością wyrobienia wizy turystycznej w rosyjskiej ambasadzie. Koszt wizy wraz z opłatą dla pośrednika i voucherem turystycznym (zastępującym zaproszenie) to koszt ok. 250 zł. Wizy można wyrabiać w Poznaniu i w Warszawie.

Jak wybrać właściwy hostel?

Noclegi za granicą można znaleźć bez większych problemów (korzystając ze specjalnych wyszukiwarek, jak np. HRS), jednak hotel hotelowi i hostel hostelowi nierówny. Hostele to dzisiaj nie tylko sposób na ekonomiczne podróżowanie, ale podróżnicza subkultura – osób, które przemieszczają się od jednego miejsca do drugiego i spotykają razem właśnie w hostelach sącząc wieczorami piwo, słuchając opowieści innych obieżyświatów i opowiadając o tym, co ich spotkało w drodze. Nie każdy jednak hostel znajduje się w łaskach podróżników i nie każdy zauroczy nas atmosferą w nim panującą. Jak więc wybrać ten właściwy?

Przede wszystkim – wybierając hostel warto spojrzeć na jego lokalizację. Niekoniecznie musi być on położony w centrum (aczkolwiek im bliżej, tym lepiej), ale być dobrze skomunikowany z dworcem kolejowym, autobusowym, lotniskiem (zależnie jakim środkiem transportu podróżujemy) czy atrakcjami turystycznymi, które zamierzamy odwiedzić. Serio, oszczędność tych kilku złotych prędzej czy później odbije nam się czkawką – a to okaże się, że bilet na metro podrożał dwukrotnie w porównaniu z tym, co czytaliśmy w przewodniku, albo metro zostanie zalane i zostaniemy uwięzieni na jakichś antypodach, albo będziemy spieszyli się na spotkanie ze znajomymi i przez korki zmarnujemy wieczór i im, i sobie. Wszystkie przykłady wzięte z życia.

Po drugie – czytajcie recenzje, jakie użytkownicy zostawiają w wyszukiwarkach hosteli i zwracajcie uwagę na podpunkt „atmosfera”. Nie ma nic gorszego niż stypa w hostelu. Zwracajcie uwagę, czy hostel oferuje salon towarzyski z bilardem i piłkarzykami, bar albo chociaż ogródek, gdzie można poznać innych podróżników i spędzić wieczór w miły sposób.

Po trzecie – udogodnienia. Rzućcie okiem, czy hostel oferuje wi-fi, pralnię, kuchnię, organizuje wieczorki tematyczne, wycieczki, a może proponuje zniżki na wstępy do różnych miejsc? Często w parze z hostelami idą niewielkie biura podróży, które dla klientów mają dużo przystępniejsze ceny niż dla reszty turystów. Poza tym, bardzo zmyślnym dodatkiem są jednorazowe laczki, które zajmują tyle miejsca co paczka chusteczek higienicznych, w związku z czym nadają się idealnie do zabrania w dalszą podróż.

Cena – w dobie CouchSurfingu płacenie za nocleg może wydawać się niepotrzebne, ale nie pamiętajmy, że hostel to nie tylko wydatek, a inna subkultura, którą również współtworzą ciekawi świata ludzie. Podczas podróży autostopem na Nordkapp dwukrotnie zatrzymywałem się w hostelach i za każdym razem spotykałem tę samą ekipę motocyklistów podróżujących w tym samym kierunku. Na Lofotach wspólnie oglądaliśmy Pulp Fiction pokładając się ze śmiechu i odgrywając scenki z filmu. Innym razem spotkałem ekipę Francuzów podróżujących dookoła świata, a kiedy indziej Holendra jeżdżącego po Chinach autostopem.

Moskwa, czyli metro, metro i jeszcze raz metro. I Lenin

Co zwiedzać w Moskwie
stacja Komsomolskaja

Metro. Jedno z najstarszych funkcjonujących na świecie mieści się właśnie w stolicy Rosji – pierwsza linia została otwarta już w 1935 r. W trakcie drugiej wojny światowej system metra był wykorzystywany jako schron przeciwbombowy, o którego bezpieczeństwie Rosjanie byli bezgranicznie przekonani – na położonej 33 metry pod ziemią stacji Mayakovskaya Józef Stalin wygłosił w 1941 r. mowę upamiętniająca rocznicę Rewolucji Październikowej. Zjeżdżając po schodach ruchomych w dół jednej ze 186 stacji moskiewskiego metra nietrudno sobie wyobrazić, że kilkadziesiąt metrów nad nami toczyła się kiedyś Wielka Wojna Ojczyźniana – utrzymane w socrealistycznym stylu wnętrza, wszędobylskie popiersia Lenina i freski przedstawiające lud pracujący chyba u każdego wywołują wrażenie podróży w czasie. Do moskiewskiego metra należy kilka rekordów – mieszcząca się 84 m pod ziemią stacja Park Pobedy jest trzecią najgłębiej położoną na świecie (po stacji Arsenalna w Kijowie i Admiralteyskaya w Sankt Petersburgu), prowadzą do niej najdłuższe ruchome schody w Europie – 126 metrów, czyli 740 stopni. Metro jest oczywiście jedną z największych atrakcji turystycznych miasta i choć z pewną rezerwą podchodzimy do miejsc okrzykiwanych mianem „main tourist attraction”, moskiewskie metro możemy z czystym sumieniem polecić, bo nie tylko będzie niezapomnianym wrażeniem, ale uzmysłowi, jak głęboko w rosyjskiej świadomości jest wciąż zakorzeniony Lenin i przekonanie o jego wielkości. Wycieczka po najciekawszych stacjach metra zajmuje około dwóch godzin, a jej koszt to 28 rubli (czyli cena biletu na jeden przejazd).

Co zwiedzać w Moskwie
pstrokaty symbol Moskwy

Plac Czerwony. Centrum Moskwy wygląda zgoła odmiennie od reszty miasta – w oczy nie rzucają się popiersia Lenina (zamiast tego mamy m.in. parki, fontanny i posągi bajkowych postaci), a nad całością góruje kolorowa Cerkiew Wasyla Błogosławionego i tylko monumentalizm Kremla przypomina nam o silnej ręce, która ten kompleks wybudowała. Plac Czerwony tylko utwierdza w przekonaniu jak mocne piętno komunizm odcisnął (i wciąż odciska) na historii Rosji – mieści się tutaj mauzoleum Lenina, do którego prowadzi ścieżka obsadzona naturalnej wielkości posągami komunistycznych przywódców XX wieku.

Lenin. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, mauzoleum Włodzimierza Lenina jest jedną z głównych atrakcji turystycznych na Placu Czerwonym. Aby zobaczyć śpiącego przywódcę trzeba odstać około kwadransa w kolejce, aby następnie gęsiego za innymi turystami wejść do klockowatego budynku, zejść do podziemi i w dyskretnie oświetlonej czerwonym światłem komnacie przejść obok gabloty z ciałem wodza. Każdy zatrzymujący się jest poganiany, a rozmawiający uciszany przez strażników. Lenin trzyma się nieźle, choć bardziej przypomina manekina niżeli człowieka. Jeden z naszych hostów powiedział nam, że kilka lat temu pewien naukowiec porównał ciało z gabloty ze zdjęciami Lenina i obwieścił, że sztywniak za pancerną szybą wcale nie jest naczelnym ideologiem komunizmu – rzekomo nie zgadzał się kształt uszu, bo Lenin oryginalny miał je względnie normalne, a ten z mauzoleum nie dość, że małe to jeszcze odstające. Poza tym Lenin z mauzoleum zaczął się już rozpadać i po tym jak odkryto, że kciuk oderwał się od reszty ciała zaciśnięto wodzowi pięść i przykryto ręce starannie ubraniem, aby wyglądał na wodza w jednym kawałku.

Co zwiedzać w Moskwie
u Bułhakowa padały tu głowy, u nas padła jedynie butelka „Szumaka”

Patriarsze Prudy. Park, w którym rozpoczyna się akcja powieści „Mistrz i Małgorzata”. Co prawda nie można kupić w nim morelowego soku, ale w pobliskim sklepie dostaniemy całkiem tanie piwo. O tym, że park jest jednym z plenerów dla powieści Michaiła Bułhakowa informuje znak zakazu, na którym przekreślone są trzy postaci – Azazello, Korowiow i kot Behemot. Oczywiście oznaczenie przestrzega nas przed rozmawianiem z nieznajomymi. W parku spędziliśmy upojne (dosłownie – konsumowaliśmy butelczynę „Szumaka”) popołudnie, przez co spóźniliśmy się kilka godzin do naszego hosta. Na szczęście gospodarz okazał się na tyle wyrozumiały, że po tym jak przygotowaliśmy mu kolację, wychyliliśmy jeszcze po kilka kolejek rosyjskiego Standardu, jednej z najlepszych rosyjskich wódek.

Kitay-Gorod. Spodziewaliśmy się rosyjskiego Chinatown, a zamiast tego otrzymaliśmy dzielnicę jak każda inna. Zero Chińczyków, zero chińskiej tandety, zero chińskich zapachów – bynajmniej nas to nie rozczarowało, bo Chin mieliśmy już dość (za wyjątkiem chińskiej kuchni, która nas urzekła). Długo zastanawialiśmy się dlaczego Rosjanie określają Chiny mianem „Kitaj”, a Chińczyków „Kitajcami” i po przepytaniu wszystkich naszych hostów, z pomocą przyszła dopiero Wikipedia – nazwą Kataj średniowieczni Europejczycy określali Państwo Środka. Nazwa pochodzi od ludu Kitanów, zamieszkującego region północnych Chin w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia po Chr. [Wiemy, że mało kogo to interesuje, ale łamaliśmy sobie nad tym głowę przez kilkanaście dni, więc musiało się to tutaj znaleźć – przyp. aut.]

Co zwiedzać w Moskwie
prawdziwa skarbnica ruskiego kiczu i postsowieckiej spuścizny

Izmailovsky Market. Za radą naszego hosta wybraliśmy się z buta (tak, to już to stadium podróży, kiedy oszczędzasz na metrze) na największy moskiewski targ. Początkowo miałem obawy, że naszym oczom ukaże się rosyjski odpowiednik Silk Marketu, ale na całe szczęście główna stacja zaopatrzeniowa w turystyczne pamiątki okazał się być czymś zgoła odmiennym. W życiu nie widziałem większego targowiska, a można było na nim dostać dosłownie wszystko – od matrioszek Star Warsa, przez stare winyle, nikomu niepotrzebne starocie (np. żetony z klubów nocnych sprzed 50-ciu lat), przepięknie wykonane ikony, koszulki z nieśmiertelnym Leninem, aż po ubrania żywcem wyciągnięte z XIX wieku. Ceny znacznie przystępniejsze niż te znane z chińskich targowisk, a targowanie przebiega znacznie łatwiej i przyjemniej. O ile wizyty w zagłębiach pamiątkowych przyprawiają mnie o ból głowy, o tyle Izmailovsky Market bardzo przypadł mi do gustu.

CouchSurfing. W Moskwie funkcjonuje fantastycznie – gościliśmy u Poznaniaka (u którego spotkaliśmy mówiącego po polsku Łotysza i Polaka wracających do domu z Krasnojarska), u hinduskiego dyplomaty (u którego z kolei integrowaliśmy się z trójką Irańczyków podróżujących po Rosji), a także u Danego, podróżnika pełną gębą, który właśnie wrócił z kilkumiesięcznej wyprawy po Azji, w trakcie której zjechał autostopem m.in. Papuę-Nową Gwineę wraz z innym wielkim rosyjskim wagabundą, Antonem Krotovem.

Pogromcy mitów: Kolej Transsyberyjska

Kolej Transsyberyjska i cała otoczka z nią związana – pociąg toczący się powoli pośród bezkresu stepów, hektolitry alkoholu wlewanego do ruskich gardeł, łapówki dla maszynisty, który oświadcza, że nie ruszy dalej dopóki nie zbierze daniny – zdążyła urosnąć do rangi mitu i wciąż jako taki funkcjonuje. Przy okazji przejazdu z Zabajkalska do Moskwy szlakiem transmandżurskim postanowiliśmy zabawić się w pogromców mitów i obedrzeć Kolej Transsyberyjską z legend, w które obrosła.

Po pierwsze, Kolej Transsyberyjska wcale nie jest zajebista. Jest zwyczajnie nudna. Wielogodzinne odcinki bez przystanku bądź z krótkimi postojami, w trakcie których ledwie zdążysz zakupić mityczne pierożki „od babuszek” na dworcu, bynajmniej nie przyprawiają podróżujących o dreszczyk emocji. Zamiast tego w wagonie daje się słyszeć ziewanie i chrapanie, od czasu do czasu przerywane krzykiem dzieci, którym najwyraźniej jednostajny stukot kół wcale nie ułatwia zaśnięcia, Czasami uszu naszych dobiegną dźwięki rozmowy sąsiadów dzielących wspólne kabiny, ale daleko im do burzliwych dyskusji, jakie zwykło się toczyć po alkoholu.

Po drugie, w Kolei Transsyberyjskiej się nie pije. Owszem, pojedyncze osoby sięgają po wódkę, ale czynią to nieśmiało i z rzadka, jakby skrępowani wzrokiem pociągowych abstynentów, którzy stanowią znakomitą większość. W podróż pociągiem z Irkucka do Moskwy za radą przewodnika zaopatrzyliśmy się w butelkę wódki, aby asymilować się z tubylcami i samemu móc czymś uraczyć naszych współtowarzyszy. Nadzieje okazały się jednak płonne i zakupiony przez nas „Szumak” został spożyty już po przyjeździe do Moskwy, na Patriarszych Prudach – w miejscu, w którym zaczyna się akcja powieści „Mistrz i Małgorzata”. I nie wypiliśmy go wcale z Rosjaninem, a z poznanym przygodnie Polakiem.

Kolej Transsyberyjska
pozycja nie do końca leżąca

Po trzecie, leżenie może być męczące. Po ponad stu godzinach spędzonych na hard seatach w chińskich pociągach pierwsze godziny leżakowania na transsyberyjskiej płackarcie były balsamem dla naszego kręgosłupa, jednak do czasu. Cały dzień leżenia, noc z podkurczonymi nogami (łóżka są dość krótkie i wyciągnięcie się może być dla przeciętnego mężczyzny nieco problematyczne), kolejny dzień spędzony na wznak (pech chciał, że mieliśmy miejsca na górze, w związku z czym na łóżku niemożliwym było usiąść), noc na prawym, lewym boku, brzuchu, plecach, półleżąco, z nogą podkurczoną – najpierw prawą, później lewą – zaczęło brakować mi pozycji, a przed nami był jeszcze jeden dzień i jedna noc. Może głupio to zabrzmi, ale 80 godzin leżenia może zmęczyć.

Po czwarte, babuszki oferujące na dworcu przysmaki domowej roboty to bajka. Na każdym dłuższym postoju z nadziejami wylegaliśmy na peron wypatrując koszyków wypełnionych świeżymi pierogami i suszonymi rybami, aby ostatecznie tylko raz spotkać słynne babuszki, o których trąbił nasz przewodnik i relacje czytane w Internecie. Owszem, na każdej stacji można kupić pierogi i inne przekąski – ale zazwyczaj są one sprzedawane w kioskach, barach bądź przydworcowych sklepikach. Babuszki najwyraźniej nie wytrzymują konkurencji i odchodzą na zasłużona emeryturę, ale oddajmy królowi, co królewskie – zakupione od babuszek pierogi były wyśmienite.

Kolej Transsyberyjską celnie podsumował nasz moskiewski host Dany: – To marka wykreowana przez Lonely Planet. Wydali własny przewodnik opisujący szlak transsyberyjski i od razu namnożyło się „bakcpackersów” – tutaj zrobił gest cudzysłowu – ale nie takich prawdziwych, tylko zachodnich turystów z plecakami, którzy chcą być modni, a teraz modna jest Kolej Transsyberyjska. A to tylko pociąg; pociąg i nic więcej. Leżysz przez tydzień na łóżku po to żeby zrobić sobie kilka fotek nad Bajkałem i pochwalić się przed znajomymi na Facebooku. Nie widzisz prawdziwej Rosji, jej dzikiej przyrody i zapuszczonych wsi, tylko przestrzeń wagonu z samowarem, czystym kiblem i odkurzoną podłogą.


Koszty. Za trzy bilety (Zabajkalsk-Irkuck, Irkuck-Moskwa, Moskwa-Petersburg) zapłaciliśmy dokładnie 1237,50 zł. Poszczególne odcinki kosztowały natomiast:

  • Zabajkalsk–Irkuck (czas podróży 29:20), cena płackarty 3 097 RUB/os.
  • Irkuck-Moskwa (czas podróży 81:59), cena płackarty 5 692 RUB/os.
  • Moskwa – Petersburg (czas podróży: 08:27), cena płackarty 1 533 RUB/os.

Bilety kupowaliśmy przez pośrednika Wspólnota 2000, dlatego do każdego biletu była naliczana dodatkowa opłata w wysokości 30 zł. Koszt stosunkowo niewielki jak na bezproblemowe załatwienie wszystkiego przez Internet. Z Koleją Transsyberyjską jest taki myk, że większość biletów trafia do agencji turystycznych jeszcze przed otwartą sprzedażą i niełatwo dostać bilet ot tak, w kasie na dworcu.

Chengdu – w samym sercu Syczuanu

Po krótkim, aczkolwiek treściwym pobycie w Xi’an udaliśmy się jeszcze bardziej na południe – do Syczuanu. Zachęceni opiniami na temat tego miejsca, a także żądni smaków słynnej syczuańskiej kuchni i widoku zamieszkujących te tereny pand, po 19 godzinach spędzonych w pociągu wysiedliśmy na dworcu w Chengdu.

Czytaj dalej Chengdu – w samym sercu Syczuanu

Mt. Emei – święta góra

W trakcie dotychczasowej podróży ograniczaliśmy się do miast i ich najbliższych okolic. W końcu przyszedł czas wychylić się nieco bardziej i zaznać uroków chińskiej przyrody. Wybór padł na Mt. Emei, miejsce pielgrzymek wyznawców buddyzmu, a zarazem jeden z największych w okolicy rezerwatów przyrody. Po 150 km jazdy autobusem wysiedliśmy pod bramą świątyni Baguo Temple i ruszyliśmy na trzy dni w góry.

Nocleg w buddyjskim klasztorze po drodze na Mt. Emei
Nocleg w buddyjskim klasztorze po drodze na Mt. Emei

Mt. Emei (3099 m n.p.m.). Najwyższa z czterech świętych gór buddyzmu, miejsce pieszych pielgrzymek tysięcy Chińczyków i jedno z najpopularniejszych miejsc turystycznych w Syczuanie (oczywiście wpisane na listę UNESCO). Dojazd z Chengdu kosztował nas 50 juanów (ok. 25 zł), a wejście do parku narodowego, w którym znajduje się szczyt – 80 juanów (bilet studencki, normalny to koszt 150 juanów). Szlak inaczej niż w Europie składa się w całości ze schodów (oczywiście poza nielicznymi płaskimi odcinkami), dlatego wspinaczka jest nieco prostsza, a więcej wysiłku wymaga za to schodzenie. Na szczyt prowadzi 52-kilometrowa trasa, na której można przenocować w jednej z buddyjskich świątyń bądź prywatnych kwater oferowanych przez miejscową ludność. Szczególnie polecamy odcinek rozpoczynający się od świątyni Wannian Temple, gdzie ruch jest niewielki, a świątynie wyjątkowo malownicze. Problem zaopatrzenia w jedzenie i wodę rozwiązują snack bary i straganiki rozstawione co około pół kilometra. Oczywiście ceny rosną wraz z wysokością i w okolicach szczytu półlitrowa butelka wody dobija do bariery 10 juanów (5 złotych). Warto również pamiętać, że Chińczycy nie znają naszego europejskiego chleba, praktycznie nie jadają czekolady, więc w górach kupimy co najwyżej nudle, tofu i mięsne przekąski. Tylko w jednym miejscu udało mi się znaleźć chiński chleb (nieco większa pyza/kluska na parze), który jest smaczny, pożywny i do tego tani (3 juany za jeden chlebek).

Morze chmur i buddyjskie halo. Dwa zjawiska atmosferyczne, których wypatrują wszyscy wspinający się na Mt. Emei. Szczególnie spektakularne jest pierwsze z nich – po przedarciu się przez kilkusetmetrową warstwę chmur na szczycie aż po horyzont roztacza się widok na tzw. „morze chmur”. Nam niestety nie dane było to zaobserwować, gdyż chmury spowijały również sam wierzchołek Mt. Emei. Według lokalnych przewodników najlepszymi porami na zaobserwowanie tych zjawisk są godz. 9-10 oraz 15-16.

Świątynie. Obok religijnych, spełniają również wiele bardziej przyziemnych funkcji – począwszy od zakwaterowania, przez wyżywienie, na toalecie kończąc. Na szlaku znajduje się kilkanaście takich świątyń i w większości z nich możliwy jest nocleg za ok. 20-30 juanów (10-15 zł), a z dostępnością miejsc nie ma najmniejszych problemów. Co prawda odźwierny może nam początkowo oferować nocleg o wyższym standardzie i cenie, ale po krótkim migowym dialogu można wyprosić miejsce na podłodze bądź w 20-osobowym pokoju dla najmniej wymagających pielgrzymów. Nie ma problemów z ciepłą wodą czy toaletą (choć zdarzają się urządzenia sanitarne niesknalizowane typu „dziura w ziemi”), a przy odrobinie szczęścia można liczyć na posiłek z mnichami. Gdzieniegdzie można również spróbować napoju z rozgotowanego ryżu, którym posilają się pielgrzymi wspinający się na szczyt. Ja spróbowałem – w smaku był w porządku, ale już jego przechowywanie (olbrzymia micha bez żadnego przykrycia) było później przyczyną pierwszej rewolucji gastrycznej.

Makaki tybetańskie, czyli wizytówka Mt. Emei i samego Syczuanu
Makaki tybetańskie, czyli wizytówka Mt. Emei i samego Syczuanu

Makaki tybetańskie. W Parku Narodowym Mt. Emei znajduje się małpi rezerwat, w którym dzielą i rządzą makaki tybetańskie. Wiele z nich jest na tyle oswojonych z ludźmi, że pozuje do zdjęć, wchodzi na ręce, oczekując w zamian zapłaty w postaci przekąski z ziaren kukurydzy. Wydaje się, że makaki są niegroźne i pokojowo nastawione, ale w miejscach, gdzie parkowi strażnicy nie dyżurują, małpy rabują nieświadomych turystów z wszystkiego, co tylko znajdą. Wspinając się na górę od czasu do czasu można natknąć się na miejsca, w których porozrzucane są papierki, plastikowe torebki, butelki, szczoteczki do zębów czy strzępki ubrań – można rzec małpie czarne punkty. W jednym z takich miejsc makak o wyjątkowo czerwonej twarzy uparł się, że nie przepuści nas bez żadnego haraczu – wyciągnął z mojego plecaka butelkę z wodą, zdjął zakrętkę i wypił całą zawartość. Stan próbował ją przy tym bohatersko przegonić kilkumetrowym kijem, ale makak tylko obnażył w złości zęby i speszeni oddaliśmy butelkę bez dalszej walki, po czym przemknęliśmy się bokiem. Na dalszą część podróży wypełniliśmy kieszenie zaczepno-obronną amunicją w postaci fistaszków.

Widok na góry Syczuanu
Widok na góry Syczuanu

Autostop. Zejście z Mt. Emei oznaczało 50 km marszu ulicą do najbliższej stacji autobusowej. Jako że ostatni autobus do Chengdu odchodził o godz. 15:00, nastawiliśmy budzik na 5:00 i ruszyliśmy na szlak z samego rana. Szybko stało się jasne, że mimo wyśrubowanego tempa możemy nie zdążyć, dlatego zaczęliśmy łapać autostop. Początkowe próby w europejskim stylu – z wyciągniętym kciukiem – spełzły na niczym, gdyż kierowcy odpowiadali nam takim samym gestem życząc powodzenia. W końcu zaczęliśmy machać rękoma w taki sposób, w jaki na ulicach chińskich miast zatrzymuje się taksówkę i po czterech godzinach (w trakcie których przeszliśmy ok. 16 km) w końcu ktoś się zatrzymał. Okazało się, że życzliwy Chińczyk nie umie ani słowa po angielsku, nie rozumie tego, co my mówimy do niego po chińsku (wymowa chińskich zwrotów jest skomplikowana choćby ze względu na intonację), ale chętnie nas podrzuci. W rezultacie przejechaliśmy z nim 50 km, a dzięki rozmówkom polsko-chińskim dogadaliśmy się, żeby wysadził nas na dworcu autobusowym. Tego samego dnia, przechadzając się nocą po Chengdu, spotkaliśmy Holendra, który przejechał autostopem trasę Pekin-Chengdu (1800 km) i z jego relacji wynikało, że ten sposób podróżowania jest całkiem sprawny pod jednym warunkiem – znajomości języka chińskiego. Sam podróżował z Czechem, który studiował sinologię, w związku z czym dogadanie się z przygodnymi kierowcami nie było dla niego większym problemem.

Xi’an: W poszukiwaniu nieodkrytych skarbów

Drugie chińskie miasto, które mieliśmy okazję poznać – Xi’an, stolica prowincji Shaanxi – od razu przypadło nam do gustu. Nie było tutaj tego, czego w Pekinie było w nadmiarze, czyli nieprzebranych tłumów Chińczyków i ulicznych naciągaczy polujących na białych turystów. Czytaj dalej Xi’an: W poszukiwaniu nieodkrytych skarbów

Goodbye Beijing

I oto po dziesięciu dniach nadszedł czas rozstania ze stolicą Chin. I skłamałbym pisząc, że będziemy za nią tęsknić. Tłok, wysokie ceny i sprzedawcy czyhający na każdym kroku, by oszukać białego turystę. Ale to wszystko już za nami. Przed nami natomiast Terakotowa Armia i zapierające dech w piersiach widoki Syczuanu. Zanim jednak opuściliśmy Pekin, postanowiliśmy odwiedzić Silk Market – najpopularniejsze miejsce zakupu pamiątek. Tego dnia zetknęliśmy się również po raz pierwszy z chińskimi pociągami. Czytaj dalej Goodbye Beijing