Wszystkie wpisy, których autorem jest Łukasz Szoszkiewicz

Armenia: Samotna włóczęga jest spoko, ale z kimś – bardziej spoko

W Erywaniu CouchSurfing działa wyjątkowo ułomnie – większość potencjalnych hostów okazuje się być podstawionymi agentami, którzy kierują ciebie do hostelu, proponując w pakiecie wycieczki do okolicznych atrakcji po zniżkowej cenie. Po części dlatego, a po części ze zmęczenia autostopowaniem do późnej nocy po przyjeździe do stolicy uruchomiłem w telefonie aplikację Hostelworld i wyszukałem miejsce o najwyższym ratingu. Jak się później okazało – był to strzał w dziesiątkę. Czytaj dalej Armenia: Samotna włóczęga jest spoko, ale z kimś – bardziej spoko

Armenia po raz pierwszy

Miałem lecieć do Australii, a wylądowałem w Armenii. Jedyne co łączy te dwa kraje, to fakt, że ich nazwy zaczynają się na tę samą literę. Pod wszystkimi innymi względami dzieli je przepaść – geopolityczna, gospodarcza, społeczna i przyrodnicza. Podczas gdy Australijczycy spokojnie sobie egzystują na antypodach, Ormianie w przeciągu ostatnich stu lat doświadczyli ludobójstwa ze strony Turków, drugiej wojny światowej (walczyli w szeregach armii radzieckiej, z czego notabene są bardzo dumni), czasów komunizmu, a w latach 90. wojny z Azerbejdżanem o Górski Karabach. W efekcie granice między Armenią, a Turcją i Azerbejdżanem są zamknięte, a ta w Górskim Karabachu zaminowana i obstawiona snajperami. Czytaj dalej Armenia po raz pierwszy

Charków na kocią łapę (cz. 2)

Centralnym punktem Charkowa jest Plac Swobody, czyli po polsku Plac Wolności. Nazwa dość ironiczna, zważywszy na fakt, że największy obecnie plac w Europie został zbudowany rękami więźniów i przez długi czas nosił imię Feliksa Dzierżyńskiego. Swoją drogą, w mieście znajduje się również dzielnica nazwana imieniem Krwawego Feliksa i nikt nie widzi w tym nic niestosownego. Ludzie skupiają swoją uwagę albo na sprawach doczesnych jak przeżycie od pierwszego do pierwszego (średnia pensja w 2012 roku na Ukrainie wynosiła 1200 złotych, a dodajmy, że statystykę tę zawyżają zarobki najbogatszych) albo narzekają na obecny rząd i wszechobecną korupcję. Ten ostatni element tak dogłębnie przesiąknął ukraińską rzeczywistość, że traktuje się to jako oczywistą oczywistość. Kiedy podczas zakrapianej rozmowy w akademiku powiedziałem moim rozmówcom, że nie mogę „po prostu zapłacić profesorowi” nie kryli swojego zdziwienia. Jeden z nich stwierdził, że „Nie ma ludzi, których nie da się kupić. Trzeba mieć tylko wystarczająco dengów”. Czytaj dalej Charków na kocią łapę (cz. 2)

Charków na kocią łapę (cz. 1)

Od października WizzAir uruchomił połączenie Warszawa-Charków. Po niespełna dwóch godzinach lotu kiedy samolot kołuje nad miastem, a w prostokątnym okienku można dostrzec długi pas startowy i niewielki, ale nowoczesny terminal, nie wiemy czego się spodziewać – Ukrainy nowobogackiej, budowanej przez oligarchów, czy może Ukrainy biednej, wciąż nie mogącej zdecydować się, czy przybić piątkę z Europą, czy też zasalutować Putinowi. Czytaj dalej Charków na kocią łapę (cz. 1)

Impreza po bałkańsku czyli wakacje w Budvie

Pora nadrobić zaległości. Dwa lata temu w wakacje odwiedziliśmy Bałkany. Podróżowałem wspólnie z moją Agatą – wymarzoną towarzyską podróży;-) W regionie Bałkanów w zasadzie, gdzie człowiek się ruszy, tam czekają na niego niespodzianki i przygody. My zdecydowaliśmy się odwiedzić Czarnogórę. Kraj, który nie tak dawno zyskał niepodległość i mocno postawił na turystykę, czego efekty widać na każdym kroku. Ale po kolei.

Nasza bazą wypadową była Budva – jedno z większych miast nadmorskich w tym młodym kraju. Mieszkańcy chętnie przypominają, że historia tego miejsca sięga aż 2500 lat wstecz. Legenda głosi, że została ona założona przez Kadmosa, fenickiego herosa wydalonego z Teb. Następnie miasto przez stulecia przechodziło z rąk do rąk by ostatecznie, po rozpadzie Jugosławii i odłączeniu od Serbii, zostać częścią Czarnogóry. Pozostałości bogatej historii znajdziemy głównie w obrębie starówki, która mimo odbudowy po tragicznym w skutkach trzęsieniu ziemi z 1979 roku zachowała swój dawny klimat. Od południowej strony miasto jest otoczone górami, które skutecznie chronią od kaprysów pogodowych (średnia temperatura we wrześniu wynosi 34 st. C). Z kolei przed siłą morskich fal miasto ochrania wyspa św. Mikołaja.

Co warto wiedzieć na początek?

Walutą obowiązującą w Czarnogórze jest euro i w związku z tym ceny są mniej korzystne niż np. w pobliskiej Chorwacji. Ponadto kraj jest zorientowany na turystykę. Jeden z przewodników powiedział nam, że w trakcie sezonu letniego w w Budvie się pracuje i zarabia pieniądze, a zimą wyjeżdża do Serbii i wydaje to, co udało się zaoszczędzić. Oferta turystyczna jest skierowana przede wszystkim do Rosjan, dlatego często będziecie nagabywani w języku rosyjskim. Standardowa formułka: My studjenty jak zwykle działa. Musimy zmartwić amatorów plażowania. I bynajmniej nie chodzi ani o brak dogodnych miejsc do zażywania kąpieli, ani o brak leżaków, baldachimów czy parasoli, ale o koszty się z tym wiążące. Na plaży w pobliżu wyspy św. Stefana dwa leżaki pod parasolką kosztowały bagatela 75 euro za dzień. Poza tym, jako że Budva jest położona nad Morzem Adriatyckim, możecie być pewni dwóch rzeczy: plaże będą kamieniste, a przybrzeżne wody pełne jeżowców. Warto zawczasu zaopatrzyć się w specjalne obuwie do pływania (takie za 15 złotych zakupione w markecie z owadem w logo daje radę!), a do leżenia polecamy wziąć coś grubszego niż zwyczajny ręcznik. Oczywiście nie musimy wspominać, że sprzęt do snorkellingu to absolutny must-have!

Gdzie się zatrzymać?

W mieście znajdziecie mnóstwo prywatnych apartamentów w całkiem przystępnych cenach. Nie zdziwcie się, kiedy wasz przybytek będzie znajdował się wciąż w budowie (zauważycie np. wystające pręty zbrojeniowe na dachu) – jest to związane z podatkami, których nie trzeba płacić od nieruchomości, która jest „w budowie”. Można powiedzieć, że Czarnogórcy właśnie budują swój mit wozu Drzymały.

Co jeść?

Przede wszystkim – zaufajcie miejscowym. Idźcie tam gdzie zbierają się grupki lokalsów, pytajcie, pokazujcie na migi, próbujcie nieznanego. Sami mieliśmy okazję zjeść m.in. pyszny makaron z owocami morza czy ogromnego, smażonego na ruszcie hamburgera za raptem 2 euro.

Co zobaczyć?

Koniecznie musicie wybrać się na Starówkę. Jest naprawdę piękna i urokliwa. Istnieje także możliwość przechadzki po murach otaczających cytadelę (o której to możliwości wie chyba mało osób, prócz mieszkańców). Wystarczy tylko znaleźć na nie wejście (nie zdradzimy Wam gdzie jest – sami pobawcie się w odkrywców;-), a rosnące na wyciągnięcie ręki dojrzałe limonki i niecodzienne widoki wynagrodzą wam panujący upał. Polecamy także wycieczkę na wyspę św. Mikołaja, na której znajdziecie urokliwe plaże i bogate życie podwodne. Dostaniecie się na nią wodnymi taksówkami o różnych ciekawych nazwach np. Hakunamatata. Nie przejmujcie się zupełnie wielkim napisem o zakazie wnoszenia swoich produktów spożywczych na wyspę. Nikt nie robi kontroli. Kolejnym obowiązkowym punktem jest niesamowita plaża pod klifami niedaleko starówki. Już samo dotarcie do niej sprawiło nam mnóstwo radości. Inną ciekawą wyprawą może być spacer brzegiem morza do Wyspy św. Stefana. Celowo użyłem słowa „do”, ponieważ na samą wyspę wejść nie można, gdyż znajduję się na niej ekskluzywny hotel przypominający klasztor, w którym gościły takie sławy jak Sophia Loren czy Sylvester Stallone. Na deser do zobaczenia pozostają plaże znajdujące się na zachód od miasta, do których dotrzemy autobusem odjeżdżającym z głównej ulicy Budvy, czyli drogi E65/E80. Odpoczywając na jednej z takich plaż (najlepiej na tej najdalszej – Ploce, która zachwyca niesamowitymi półkami skalnymi) zrozumiecie, jak duży wpływ ma wyspa św. Mikołaja na spokojne morze na miejskich kąpieliskach.

Gdzie się bawić?

Przy głównej promenadzie znajdziemy mnóstwo najróżniejszych klubów. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. My szczególnie polecamy mały klub z charakterystycznymi posągami mrówek przed wejściem, wiszącymi krzesłami oraz rosnącym drzewem w środku. Znajduje się on blisko starówki w małym parku. Warto go szukać, bo można trafić na rewelacyjne kubańskie rytmy grane na żywo przez zespół Cubalcanica. Na amatorów mocnych wrażeń czekają skoki na bungee, skutery wodne, loty na ciągniętym przez motorówkę spadochronie i inne. Nie ma problemu także z wypożyczeniem kajaków czy rowerów wodnych. Dodatkowo co roku pod koniec czerwca w Budvie odbywa się festiwal muzyczny Music Festival Budva, w którym udział biorą wykonawcy z krajów byłej Jugosławii. Można także trafić na koncerty Gorana Bregovicia bez Kayah (jeden z ulubionych dowcipów Czarnogórzan).

200 pesos

Chciałem uciec stąd jak najszybciej. Czasem już tak masz, ze wszystko idzie świetnie, pogoda dopisuje, wczoraj na imprezie wyrwałeś pierwszorzędną dziewczynę, na konto wpłynęły pieniądze za jakieś zlecenie, ale jednak czujesz, że coś jest nie tak. I wiesz, że jedynym sposobem na wyprostowanie wszystkiego, a w pierwszej kolejności siebie, jest powrót do domu. Po prostu – wracasz do kraju, stawiasz stopę w swoim pokoju i możesz powiedzieć: „Okej. Wszystko okej. No to mogę wracać”. Czasem odłożysz jeszcze na swoje miejsce książkę, którą ktoś tobie przełożył. Ale to wszystko, nic więcej.

Na lotnisko przyjechałem dwie godziny przed czasem. Wciąż odliczałem: dwie godziny do check-inu, cztery godziny do odlotu, około dziesięciu minut do końca rozdziału w audiobooku, którego akurat słuchałem, jakieś dwadzieścia kroków do sklepu, w którym zabiję trochę czasu rozglądając się tu i ówdzie. Nie zabawiłem w nim jednak zbyt długo, gdyż przewróciłem najpierw jednego manekina, a próbując go łapać, potrąciłem drugiego. Sztywne sylwetki kobiety i mężczyzny ubranych w tradycyjne tureckie stroje upadły na podłogę rozsypując po sklepie cekiny, którymi były przyozdobione ich ubrania. Chciałem podnieść kobietę, ale kiedy chwyciłem za jej rękę, ta oderwała się od korpusu. Mężczyźnie odpadła z kolei głowa i pokulała się pod kosz z przecenionymi chustami.

No problem – usłyszałem od tureckiego sprzedawcy, który wyrósł obok mnie jak spod ziemi. Wyczułem w jego głosie hamowaną irytację, jak gdyby chciał powiedzieć „weź pan spadaj stąd, zanim zdemolujesz mi resztę sklepu”. Ulotniłem się szybko nie wystawiając więcej na próbę jego cierpliwości.

Check-in rozpoczął się wcześniej i po przejściu dwóch kontroli (przy obu zapomniałem ściągnąć paska do spodni i zapiszczałem przechodząc przez bramki) usadowiłem się w fotelu w poczekalni przed bramką 201A. Byłem pierwszy. Słuchając audiobooka najpierw wpatrywałem się w zegar na ścianie, ale kiedy każda sekunda zdawała się wydłużać, a wskazówka sekundnika przesuwała się z coraz większym ociąganiem, odchyliłem głowę do tyłu i zamknąłem oczy.

Entschuldigung – usłyszałem przez słuchawki. Otworzyłem oczy i rzuciłem okiem na zegar – minął kwadrans. Przede mną stał około czterdziestoletni Niemiec, typ byłego sportowca, któremu niedawno zaczął rosnąć brzuszek. Sądząc po karnacji, był zapewne tureckiego pochodzenia jak co drugi pasażer podróżujący na trasie Stambuł-Berlin. Ubrany był w wytarty dres, a przez ramię przewieszony miał śpiwór Tesco. W podobnym spałem przy okazji podróży autostopem na Nordkapp i przeklinałem każdej nocy kiedy temperatura zbliżała się w okolice 0 stopni Celsjusza. Na Turcję taki śpiwór był jednak wystarczający.
I don’t speak German – wygłosiłem standardową formułę w takich sytuacjach.
Are you waiting for a flight to Berlin? – nieznajomy przeszedł na angielski. Mówił płynnie I z wcale niezłym akcentem.
Yes – odpowiedziałem krótko.
Could you give me a favour and wake me up when boarding will start? I need to sleep.
Sure. No problem.
Thank you, bro – nieznajomy klepnął mnie po przyjacielsku w ramię i oddalił się. Chodził przez chwilę wokół poczekalni, aż w końcu znalazł sobie miejsce pod filarem. Położył się kładąc zwinięty śpiwór pod głowę i zaczął robić brzuszki skośne. Po kilku razach rozłożył szeroko ręce, westchnął głęboko i przymknął oczy.

Na chwilę zapomniałem o odliczaniu. Przypatrywałem się nieznajomemu i zastanawiałem się kim jest. Pasował mi na byłego komandosa, ewentualnie żołnierza. Spotkałem niedawno takiego w Rosji i pomijając okazały brzuch prezentował się podobnie – włosy ścięte krótko, po żołniersku, umięśniony i ubrany w dres – jednym słowem typ, którego nie chciałbyś spotkać nocą w ciemnym zaułku. Ale na lotnisku – czemu nie? Po kilku minutach nieznajomy wstał gwałtownie, jakby ktoś wzywał go do szeregu i udał się w stronę toalety zostawiając na ziemi śpiwór i pas biodrowy z kieszenią, którego wcześniej nie zauważyłem. Wrócił po chwili, znowu zrobił kilka brzuszków i przymknął oczy. Spojrzałem ponownie na zegar (od ostatniego razu minęło dziesięć minut) i przymknąłem oczy pogrążając się w lekturze.
I can’t sleep – głos nieznajomego znowu przebił się przez słuchawkę i lektora czytającego „Hard-Boiled Wonderland” Harukiego Murakamiego. Stał obok mnie z irytacją wypisaną na twarzy i rozprostowywał palce strzelając chrząstkami w dłoniach. – Chciałbym już być w Berlinie. Nie spałem od kilku dni, tutaj też nie mogę zasnąć.

Okazało się, że nieznajomy ma na imię Yousuf i choć sam mieszka w Berlinie, w dzielnicy imigrantów, jego rodzice urodzili się na terenie Palestyny. Pracował w jednej z niemieckich gazet, a w Turcji przebywał w charakterze reportera zbierając informacje z pogranicza syryjsko-tureckiego. Zanim podjął pracę w gazecie kursował między Niemcami a Ameryką Południową – opowiedział mi o bogatych turystach w Belize płacących tysiące dolarów za możliwość nurkowania z delfinami, przestępcach z Gwatemali, McDonald’sach w Panamie, europejskich metropoliach Brazylii i Argentyny, a także o kolumbijskich dziewczynach.
– Nie ma nic lepszego ponad kolumbijskie dziewczyny. Szczególnie, jeżeli jesteś biały, tak jak ty – uśmiechnął się dwuznacznie. – Kiedy jeździłem metrem z białym kumplem, zawsze opuszczaliśmy metro otoczeni grupką napalonych dziewczyn. Zresztą jeżdżę tam trzy-cztery razy do roku, więc wiem co mówię.

Yousuf nie chciał mi powiedzieć, dlaczego tak często odwiedza Kolumbię, ale fakt iż dzielił historię tego kraju na epokę przed Escobarem i po Escobarze, sprawił że kiedy udał się po raz kolejny do łazienki sprawdziłem, czy czasem w moim bagażu podręcznym nie znajdę tajemniczego woreczka z białym proszkiem. Nic nie znalazłem, ale w miarę jak poznawałem historię Yousufa dowiadując się między innymi, że ma zakaz wstępu do USA, wyobrażałem sobie, jak bierze mnie za zakładnika i przystawiając nóż do gardła rozkazuje kapitanowi samolotu lecieć do Kolumbii, gdzie ma odebrać transport kokainy.
– Cholera, lot do Berlina będzie trwał ponad dwie godziny – zmienił temat widząc stewardessę chodzącą między pasażerami i sprawdzającą bilety. – Gdybym mógł porwać samolot bylibyśmy tam w półtorej!
Nagle chciałem, żeby czas płynął wolniej. Nie żebym brał jego słowa na poważnie, ale kiedy słyszysz coś takiego z ust faceta, dla którego życie dzieli się na epokę przed i po Escobarze, żołądek zaczyna się mimowolnie skręcać, a kolana miękną. A już na pewno nie masz ochoty uśmiechnąć się i skwitować całej sytuacji słowami: „Good joke”.
– Wiesz, jestem Palestyńczykiem. W końcu to my wynaleźliśmy porywanie samolotów – uśmiechnął się od ucha do ucha, jakby mówił o wynalezieniu zupek błyskawicznych czy szynki konserwowej. – Dwadzieścia, trzydzieści lat temu kiedy potrzebowaliśmy samolotu, po prostu sobie go braliśmy. Po 9/11 z tych latających puszek zrobili pierdolone Fort Knox i już nie ma tak łatwo.

Stewardessa wywołała nasz lot, a w oczach Yousufa dostrzegłem przemykający cień. A może tylko mi się wydawało?
– Wiesz co, podobasz mi się. Mam dla ciebie prezent – Yousuf sięgnął do swojego pasa biodrowego, odgarnął opadający na niego brzuch i otworzył kieszeń. – Trzymaj – wręczył mi monetę. – Dwieście kolumbijskich pesos.

Wziąłem ją w dłoń i obejrzałem ze wszystkich stron. Pierwszy raz widziałem kolumbijskie pesos. Moneta była duża, ciężka i miała w sobie coś magicznego – jakby ktoś zaklął w niej historię mafijnych porachunków, jakby kiedyś leżała w bagażniku pickupa, którym kumple Yousufa wozili broń i kokainę, a może nawet trzymali zakładników. Kiedy podniosłem wzrok, Yousufa już nie było. Wstałem z siedzenia, sięgnąłem po swoją torbę i ustawiłem się w kolejce na pokład.

200 pesos dzisiaj. Teraz czai się na nie mój pies.

Spotkaj się z nami w Poznaniu!

Jak złapać stopa w Chinach? Czym jest Great Firewall? Jak przenocować w herbaciarni i buddyjskim klasztorze? Czym jest parytet alkoholowy? Ile schodów zajmuje wejście na Emei Shan? Kim jest chiński dr House? Jak wygląda chińska agroturystyka? Ile trwa przygotowanie stuletniego jaja? Jak daleko pluje Chińczyk? Ile kosztuje pięć litrów chińskiej wódki? Jak się najlepiej wyczillować i przestać zamartwiać trudami podróży?

Jeżeli chcecie poznać odpowiedź na te i inne pytania zapraszamy na naszą prezentację, która odbędzie się w czwartek, 28 lutego, o godz. 19:30 na Politechnice Poznańskiej. Spotkanie odbędzie się w ramach cyklu slajdowisk Akademickiego Klubu Górskiego „Halny”. Wskazówki odnośnie dojazdu można znaleźć na stronie internetowej klubu „Halny”.

Ten właściwy moment

– Kiedy odejść? Wtedy, kiedy serce podpowiada nam, że już najwyższy czas – radzi 81-letni Harry Lee McGinnis. Po przejściu na emeryturę postanowił zrealizować swoje marzenie z dzieciństwa i wyruszył w podróż dookoła świata. Pieszo.

McGinnis nigdy nie dał się wtłoczyć w ramy codziennego, stabilnego życia – rozwodził się pięciokrotnie, parał się różnymi zajęciami – od żołnierza (służył jako snajper podczas II wojny światowej), przez menedżera klubu z muzyką country, aż po kapłana w kościele metodystów. Pomysł obejścia świata dookoła nie był jednak tylko kaprysem społecznego outsidera. – Wiele razy mówiłem, że moje marzenie zakiełkowało gdzieś w głowie, jeszcze kiedy dziadek otwierał przede mną National Geographic i uczył mnie czytać. Nie miałem wtedy nawet sześciu lat. Nauczyłem sie czytać właśnie dzięki tym magazynom. Wszystkie te zdjęcia i odległe miejsca z ich dziwnie brzmiącymi nazwami zapadły mi głęboko w pamięć i powracały.

Historię dwudziestoletniego spaceru McGinnisa należałoby jednak rozpocząć znacznie wcześniej – w 1983 roku, po kolejnym nieudanym małżeństwie zdecydował się wyruszyć w pieszą wyprawę przez Stany Zjednoczone. Udało mu się przejść cały kontynent w cztery lata i po powrocie do domu spróbował jeszcze raz uwić rodzinne gniazdko – niestety kolejny związek również zakończył się rozwodem i wtedy Hawk uświadomił sobie, że nie jest mu pisana starość w bujanym fotelu na drewnianej werandzie domku jednorodzinnego. W ogóle nie jest mu pisana starość. Pisane jest mu drugie życie. W podróż dookoła świata postanowił wyruszyć w 1992 roku. Przeszedł ponad 80 tys. mil odwiedzając w tym czasie 70 państw na wszystkich kontynentach. Podróż zajęła mu dwadzieścia lat – do rodzinnego Arlington w Teksasie powrócił w styczniu tego roku. Przez cały ten czas jego jedynymi towarzyszami podróży były 45-kilogramowy plecak i potężny kostur. I ludzie, których spotykał na swojej drodze. Z wieloma z nich do dziś utrzymuje kontakt – jedną z takich osób jest Bob Ehrenheim, nauczyciel języka angielskiego w jednej z etiopskich szkół. Hawk trafił do niego przypadkiem w 1996 roku, idąc przez Afrykę. Opisując McGinnisa, używa przede wszystkim dwóch słów: „najbardziej” i „zwariowany”.

Przy okazji dwudziestoletniej tułaczki nie brakowało również niebezpiecznych epizodów – w państwach Afryki Północnej Hawk trzykrotnie zajrzał śmierci w oczy, stykając się z islamskimi bojownikami. O ile w Algierii poradził sobie z napastnikami używając jednego z kilku noży, które nosił przy sobie „na wszelki wypadek”, o tyle w Egipcie uratowała go tylko interwencja egipskich żołnierzy. Równie kłopotliwy okazał się odcinek wiodący przez Sudan, gdzie władze nie chciały go wypuścić z Wadi Halfy, miasta położonego blisko granicy z Egiptem. McGinnis jednak nie żałuje spaceru przez tamte rejony, a zachęca żeby ruszyć się z fotela i zobaczyć świat. – Chcesz odejść z tego świata nie wiedząc, co było za rogiem? – pyta. – Kiedy przechodzisz na emeryturę nie siadaj przed telewizorem, nie przybieraj na wadze 10-20 kg, nie pij piwa i nie jedz kanapek. Podnieś się z fotela i idź zobaczyć świat.

The Longest Way

Na zupełnie innym etapie swojego życia, w kilkutysiąckilometrową pieszą podróż, zdecydował się wybrać Christoph Rehage. W wieku dwudziestu sześciu lat, po dwóch latach studiowania sinologii i kinematografii na uczelniach w Pekinie, postanowił wrócić pieszo do swojego domu w Niemczech. Podobnie jak wspomniany Hawk, tak i on pomysł powziął po lekturze artykułu w „National Geographic”, w którym wyczytał, że żołnierze w Starożytnym Rzymie potrafili pokonywać dziennie nawet 50 km w pełnym ekwipunku. – Lubię chodzić, ponieważ jestem wtedy panem własnego losu. Kiedy wybieram się gdzieś, nie chcę tylko zapamiętywać drogi, która prowadzi mnie do celu, ale chcę również poczuć, że zasłużyłem na to, aby być tu i teraz – dodaje.

Jak zaplanował, tak zrobił. Christoph wyruszył w 2008 roku i przeszedł ponad 4,5 tys. km dokumentując swoją wędrówkę na stronie internetowej i w filmiku, który na Youtubie obejrzało już przeszło półtora miliona internautów. Podczas spaceru przez pustynię, Niemiec natknął się na chińskiego wędrownika Xie Jianguanga, który od 1982 roku wędruje pieszo po Chinach. Ochrzcił go mianem Nauczyciela Xie i zadedykował mu kręcony przez siebie film.

Po roku podróży i przebyciu dokładnie 4646 km Christoph zdecydował o przerwaniu wędrówki i powrocie do kraju. Na pytanie dlaczego zdecydował się zarzucić swoje początkowe plany, odpowiada: – Chciałem wrócić do swojego życia. Musiałem odzyskać kontrolę nad sobą i wyeliminować tę wewnętrzną siłę, która dyktowała mi co mam robić. Wielu ludzi po obejrzeniu filmiku, który nakręciłem podczas wędrówki, myśli sobie „Chcę być wolny, tak jak ten facet!” – ale nie rozumieją, że coś mnie popychało, żeby robić to co robiłem i momentami nie miałem nad tym kontroli.

Pod koniec filmiku z podróży pada pytanie: – Was it really me? – „czy to naprawdę byłem ja?” Christoph odpowiada, że gdy podejmował decyzję o wyruszeniu w drogę, liczyła się dla niego tylko podróż i mimo, że cała rodzina próbowała mu wybić ją z głowy, był gotów poświęcić wszystko dla realizacji swojego pomysłu. Jak sam przyznaje, oglądając zdjęcia z początku drogi, widzi w swoich oczach dziwny błysk. – Pod koniec zdałem sobie sprawę, że moje priorytety się pozmieniały, a może nigdy nie były tym czym wydawały się być? W każdym razie, wiedziałem, że muszę dokonać w swoim życiu kilku zmian. I jestem za to wdzięczny.

Ten sam błysk pojawił się w jego oczach w tym roku. Christoph postanowił wrócić tam, gdzie przerwał swoją wędrówkę i dokończyć podróż. Licznik bije: 5318 km.

A Ty? Jesteś gotowy wyruszyć przed siebie?

Gruzja: Tu na razie jest ściernisko, ale będzie…

W ostatnich latach Gruzja jest jedną z najchętniej wybieranych przez Polaków wakacyjnych destynacji. Nic dziwnego – przyjaźń polsko-gruzińska zacieśniona przez Lecha Kaczyńskiego i Micheila Saakaszwiliego, brak ograniczeń wizowych (polscy obywatele mogą przebywać na terenie Gruzji bez wizy do 360 dni) i zapierające dech w piersiach widoki z przekraczających pięć tysięcy metrów Kazbegi czy Shkhara to wystarczające powody, aby odwiedzić ten niewielki kraj wciśnięty między Kaukaz a Morze Czarne.

O ile jednak przez ostatnie lata pięknem Gruzji zachwycali się Polacy i Izraelczycy (Żydzi od zawsze żyli w symbiozie z prawosławnymi Gruzinami, a w czasach średniowiecza Gruzja była obok Polski jedynym królestwem, w którym panowała tolerancja religijna), o tyle dzisiaj zainteresowanych przybywa – na nadmorskie plaże przyjeżdżają Rosjanie, Ukraińcy, Francuzi, Włosi, Niemcy, a nawet Amerykanie czy Australijczycy. Najwięcej pieniędzy zostawiają jednak Turcy, dla których Gruzja jest krainą rozpusty – alkohol i papierosy kosztują tutaj dwu-, trzykrotnie mniej, a pogranicze usiane jest kasynami, których funkcjonowanie w Turcji jest zakazane.

Jednym z kierowców, który podwiózł mnie przy okazji łapania autostopu na południe kraju był gruziński ex-ambasador, a dzisiaj jedna z głów decyzyjnych w dużej firmie hotelarskiej, Erosi Kicmariszwili. Gruzin pokazał mi Batumi, które jego zdaniem w przeciągu trzech-czterech lat zmieni się w Las Vegas nad Morzem Czarnym. Choć początkowo wydawało mi się to mrzonką i pobożnym życzeniem, po przejażdżce ulicami miasta zmieniłem zdanie. W mieście królują luksusowe cztero- i pięciogwiazdkowe hotele, których wnętrza wyłożone są czerwonymi dywanami, klamki mienią się złotem, a nad głowami ciążą rozłożyste kryształowe żyrandole. Na wybrzeżu spomiędzy hotelowych kompleksów wyrastają biurowce, które widziane z oddali zapewne mają przywodzić na myśl nowojorski Manhattan. Nadmorska promenada obsadzona jest palmami, a na plażach znajdują się bary stylizowane na hawajskie baraki budowane z trzciny. Trudno jednak porównywać Batumi z Las Vegas, Nowym Jorkiem czy Hawajami, skoro miasto wciąż otaczają wsie, w których co drugi mieszkaniec rozwiesza mokre kalesony na sznurkach zawieszonych między blokami, a po ulicach chodzą krowy i biegają kury.

Obok Batumi równie prężnie rozwija się inny nadmorski kurort – Poti. Również tutaj firmy hotelarskie inwestują miliony w najbardziej luksusową infrastrukturę, która ma przyciągnąć rosyjskich i ukraińskich oligarchów, bogatych Europejczyków, a także Turków zamierzających dać upust swojemu id. Jak powiedział mi gruziński ex-ambasador, tego lata do kraju udało się ściągnąć wszystkie największe rosyjskie gwiazdy pop, a rok wcześniej koncert dał Enrique Iglesias. A kojarzycie Natalię Lesz, naszą rodzimą gwiazdkę pop? Po premierze piosenki „Batumi” rząd Gruzji zaprosił ją nad Morze Czarne, sfinansował produkcję teledysku, a także przyznał honorowe obywatelstwo.

Batumi i Poti zmieniają się w centra rozpusty, natomiast pobliska Swanetia upodabnia się do alpejskich kurortów narciarskich rodem z Austrii czy północnych Włoch. W stolicy regionu, ledwie kilkutysięcznej Mestii, wciąż razi dysproporcja między nowowybudowanym stylowym rynkiem a rozpadającymi się chałupami i sunącymi po ulicach Uazami, Komazami czy Ładami, jednak kierunek zmian jest został wytyczony – w przeciągu kilku lat ma powstać tutaj kompleksowa turystyczna infrastruktura, z której odwiedzający będą mogli korzystać zarówno latem, jak i w zimie. Mieszkańcy Swanetii wyprzedzili fakty i już teraz podnieśli ceny za proponowane usługi – przeciętny koszt noclegu z posiłkiem w pensjonacie to 40 lari (ok. 80 zł), który można obniżyć dwukrotnie targując się i zapewniając, że niepotrzebne nam łózko, skoro mamy karimatę, niepotrzebna pościel, ponieważ wzięliśmy ze sobą śpiwór itp. Niemniej w cenie 20 lari otrzymujemy zaledwie dach nad głową – prysznic jest dodatkowo płatny, toaleta może być zarówno elegancka i czysta, jak i okazać się zwykłą dziurą w ziemi, a ogrzewanie, mimo temperatur zbliżających się niebezpiecznie blisko zera, trafiło nam się tylko raz.

Równie kosztowną usługą w Swanetii jest autostop. Przejazd najpopularniejszą trasą z Mestii do Ushghuli (ok. 46 km drogą, której podołają tylko jeepy i niezniszczalne sowieckie bolidy) to koszt 200 lari (od czasu do czasu jakiś frasobliwy kierowca zażyczy sobie jedynie 150 lari), a transport z położonego u podnóży Kaukazu Zugdidi do Mestii wiążę się z wydatkiem co najmniej 15 lari. Podwózki na krótsze dystanse zazwyczaj wiążą się z mniejszymi bądź większymi opłatami, w związku z czym nie pozostaje nic innego jak liczyć na turystów z Europy. Ja miałem szczęście, że natknąłem się na dwóch Izraelczyków, którzy wypożyczonym jeepem wracali z Ushghuli do Mestii i nie dość, że podrzucili mnie do miasta, to jeszcze zaprowadzili do pensjonatu, w którym właścicielka, sześćdziesięcioletnia Pani Guledani, na pytanie „Skolko eta stoit?” odpowiedziała „You can pay, how much you have”.