Alternatywny blog podróżniczy. Wnikliwe reportaże o Wschodzie, wyjazdy śladami legendarnych pisarzy, dużo street artu i kultury alternatywnej.

Charków na kocią łapę (cz. 1)

Charków na kocią łapę (cz. 1)

Od października WizzAir uruchomił połączenie Warszawa-Charków. Po niespełna dwóch godzinach lotu kiedy samolot kołuje nad miastem, a w prostokątnym okienku można dostrzec długi pas startowy i niewielki, ale nowoczesny terminal, nie wiemy czego się spodziewać – Ukrainy nowobogackiej, budowanej przez oligarchów, czy może Ukrainy biednej, wciąż nie mogącej zdecydować się, czy przybić piątkę z Europą, czy też zasalutować Putinowi.

Kiedy otwierają się drzwi od samolotu przed oczami ukazuje się pustka. Betonowy step lotniska bez nawet jednego samolotu (oprócz naszego). Dopiero później na tablicy przylotów zauważyłem informację, że do Charkowa przylatują tego dnia cztery rejsy: z Warszawy, Moskwy, Kijowa i skądś tam jeszcze. W gruncie rzeczy olbrzymie telewizory wyświetlające informacje dla pasażerów można by podmienić na dziesięciocalowe tablety, a i tak zmieściłby się na nich rozkład odlotów/przylotów na najbliższy tydzień. Niemniej lotnisko jest nowoczesne (wymóg UEFA w związku z organizacją Euro 2012) i sprawia pozytywne wrażenie. Prawdziwa Ukraina czeka na nas dopiero za szklanymi drzwiami.

Jeden z budynków na głównej ulicy Charkowa
Kluczem do zrozumienia Ukrainy jest fakt, że tak naprawdę istnieją dwie Ukrainy – jedna na zachód, a druga na wschód od Dniepru. Ta pierwsza podkreśla swoją ukraińskość, a ta druga – ma to w nosie. W zachodniej Ukrainie trójca Petlura-Bandera-Mazepa uchodzi za bohaterów, w tej drugiej – za zdrajców. W tej pierwszej znajdziemy pomniki ku czci UPA, a w tej drugiej – pomniki ku czci ofiar tej samej formacji (swoją drogą nikt tutaj nie widzi nic niestosownego w pomnikach Lenina). W tej pierwszej pielęgnuje się język ukraiński, a w tej drugiej – niemalże wszyscy mówią po rosyjsku. W 2006 roku Rada Miasta Charkowa przeforsowała nawet uznanie w swoim regionie języka rosyjskiego jako drugiego języka urzędowego (obok ukraińskiego), ponieważ mieszkańcom zwyczajnie łatwiej jest załatwiać codzienne sprawunki w języku, którym posługują się od dzieciństwa i wynoszą z domu, a nie tylko uczą w szkole.

Narodowy Akademicki Teatr Opery i Baletu w Charkowie. Ścisła czołówka na liście najbardziej "oldschoolowych" miejsc w Charkowie.
Narodowy Akademicki Teatr Opery i Baletu w Charkowie. Ścisła czołówka na liście najbardziej „oldschoolowych” miejsc w Charkowie.

Wracając jednak do Charkowa – na pierwszy rzut oka samo miasto nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Jednakże jeżeli wgryźć się w nie okazuje się, że jest jak ukraiński pierożek – z zewnątrz wygląda na zwykłą bułkę, ale w środku kryje smakowity farsz. Na centralnym placu miasta, notabene największym placu w Europie, stoi dumnie olbrzymi pomnik Lenina (zdjęcia w następnym odcinku, zostawiłem aparat na poprzedniej kwaterze). Dopiero kilka przecznic dalej można znaleźć – dużo mniejsze – pomniki Tarasa Szewczenki (czyli ukraińskiego Adama Mickiewicza) czy dobrze znanego nam z lekcji historii Bohdana Chmielnickiego. Kolejne kilka przecznic dalej znajduje się betonowy kloc, który ja i moi znajomi skwitowaliśmy zgodnie „Oh! So Soviet!”. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że wewnątrz tej architektonicznej maszkary kryje się teatr. Żeby było śmieszniej, przez najbliższy miesiąc na korytarzach teatru odbywa się jarmark jubilerski. Czyli zamiast być elegancko i wytwornie jest swojsko i gwarno. Jak to na jarmarkach.

Wewnątrz obowiązkowa znajomość języka rosyjskiego. Turyści z zagranicy mogą poczytać tylko wystawy o życiu w Charkowie w XIX w. oraz salę poświęconą "Czasom zmian", czyli historii kraju po 1991 roku.Podążając w dół docieramy do Muzeum Historycznego. Na straży wątpliwej jakości zabytków (kilku mieczy, kolczugi, ubranek z różnych epok i masy ulotek z czasów „wyzwalania” kraju przez komunistów) stoi zastęp babuszek, których zadaniem jest kasowanie biletów i wyhaczanie niepokornych turystów, którzy chcą uwiecznić wiekopomne momenty ukraińskiej historii w pamięci aparatu. Babuszki mają sporo roboty, ponieważ przy wejściu do muzeum otrzymuje się nie jeden, ale osiem biletów i przechodząc między salami (które są, nawiasem mówiąc, wielkości klasy lekcyjnej) każdy z nich jest oddzielnie kasowany. Na koniec zostaje nam w ręce jeden bilet – największy i wydrukowany na najbardziej szarym papierze. Do czego on służy? Nie mam pojęcia, babuszki też nie wiedzą.

Muzeum Historyczne jest jednocześnie nazwą pobliskiej stacji metra i prawdę mówiąc zdecydowanie większą atrakcją niż muzealne zbiory. Jak przystało na byłą sowiecką republikę metro jest zrobione z rozmachem – zjeżdżając ruchomymi schodami na platformę (na tej stacji zajmuje to 53 sekundy) ma się wrażenie wyprawy do wnętrza ziemi, z kolei sama platforma jest rozświetlona olbrzymimi żyrandolami. Stacje różnią się od siebie dekoracjami np. na Puszkińskiej mamy szereg płaskorzeźb upamiętniających rosyjskiego poetę, na Botanicznym Sadzie wymalowane na ścianach kwieciste motywy, a na Sportowej ukraińskie barwy narodowe. Ogółem przez Charków ciągną się aż trzy nitki metra, w związku z czym jest co zwiedzać. Trzeba jednak uważać z fotografowaniem – kiedy ochrona zauważyła moją różową torpedę (do zdjęć „z ukrycia” mam niewielkiego różowiutkiego Samsunga) jednoznacznie pokazała, że „fotkać nie nada”.

W kolejnym wpisie co nieco o tym, jak żyć w ukraińskim akademiku, jak żyć?! A także galeria samochodów utrzymanych w oldschoolowym stylu lat 70. i 80. Będzie też nieco więcej o Placu Swobody (pol. Placu Wolności), na którym stoi dumnie jeden z największych Leninów, jakich widziałem.




%d bloggers like this: