Alternatywny blog podróżniczy. Wnikliwe reportaże o Wschodzie, wyjazdy śladami legendarnych pisarzy, dużo street artu i kultury alternatywnej.

Charków na kocią łapę (cz. 3)

Charków na kocią łapę (cz. 3)

Po pierwszym toaście „za znakomstwo” Żenia zapytał mnie: Znajesz Petlurę? Znaju! Znajesz Banderę? Znaju! Znajesz Szewczenkę? Znaju! Dopiero później dowiedziałem się, że Żenii nie chodziło wcale o piłkarza Andrija Szewczenkę, a narodowego wieszcza, który na imię miał Taras. Pora nadrobić zaległości…

szewa

Pomnik Tarasa Szewczenki jest bodajże drugim największym w mieście tuż po Leninie z Placu Swobody. Stojący na podwyższeniu poeta przewodzi grupce kilku chłopów, których tożsamość narodowa została właśnie rozbudzona wzniosłymi, romantycznymi wierszami. Dodajmy – wierszami napisanymi języku ukraińskim, będącym w przeważającej części językiem ludności wiejskiej, podczas gdy w miastach posługiwano (i wciąż w przeważającej części się posługuje) językiem rosyjskim. Szewczenko, który sam urodził się w rodzinie chłopskiej i z pańszczyzny został zwolniony dopiero u progu dorosłości – wykupiono go, aby umożliwić mu studiowanie w Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu – nie wstydził się swoich korzeni i solidaryzował z najbiedniejszą warstwą społeczną. Moja nauczycielka od polskiego powiedziałaby, że był skrzyżowaniem Mickiewicza z Reymontem.

Inny Szewczenko – Andriej, były piłkarz Chelsea i AC Milan – jest w przeciwieństwie do swojego XIX-wiecznego imiennika obiektem drwin i żartów. Jak mogło dojść do tego, że najwybitniejszy ukraiński piłkarz utracił autorytet w społeczeństwie? Otóż po zawieszeniu butów na kołku zdecydował się „poharatać w gałę” w polityce i ubiegał się o mandat poselski z ramienia socjaldemokratycznej partii Ukraina – Naprzód! Jego ugrupowanie przegrało z kretesem zdobywając niespełna 2% głosów i nie przekraczając progu wyborczego. Notabene tę samą drogę podąża bokserski hegemon Witalij Kliczko. Z jakim skutkiem? Przekonamy się niedługo – zarzeka się, że kolejna walka będzie jego ostatnią, a później przenosi się boksować o fotel prezydencki.

tram

Tak jak opisywałem w poprzedniej części „Charkowa na kocią łapę” ukraińska codzienność obfituje w drobiazgi tyleż nieznaczące, co absurdalne. Jednym z takich drobiazgów jest przejażdżka tramwajem. Pojazdy przecinające Charków wyglądają jakby wyjęte z cyberpunkowej rzeczywistości, a kiedy dowiadujesz się, że bileter chodzący po wagonie od pasażera do pasażera jest jednocześnie kierowcą, masz tylko nadzieję, że sowieccy inżynierowie zadbali o instalację autopilota. Pokonując codziennie drogę od tramwajowej stanowki do mieszkania przechodziłem przez dzielnicę domków jednorodzinnych, które, delikatnie mówiąc, nadawały się bardziej do rozbiórki niż pomieszkiwania. Niemniej tętniło w nich życie, a jednego dnia byłem nawet świadkiem niewielkiego remontu – trójka mężczyzn próbowała pozbyć się starej wanny. Ciągnęli ją po ziemi, dźwigali, przepychali, a po kilkudziesięciu metrach wysiłków zdecydowali się skonstruować prowizoryczny wózek. Kiedy jeden z nich poszedł po narzędzia, pozostała dwójka postanowiła przepłukać gardło płynem ze schowanej w kieszeni płaszcza buteleczki. Wokół nich radośnie hasał pies na trzech nogach. Niby nic takiego – u nas też remontuje się łazienki i wynosi wanny, Polacy także nie lubią kiedy zasycha im w gardle, można również spotkać trzynogiego psa (przynajmniej ja spotkałem), a w gorszych dzielnicach zabudowa niewiele różni się od tej ukraińskiej. Jednak scenka, która dla nas jest dość osobliwa, tutaj jest na porządku dziennym.

jar

Osobliwym miejscem – tym razem jednak pozbawionym pierwiastka groteski – jest Sarżnij Jar (tuż obok przystanku metra Botaniczny Sad). Wypływająca w parku woda ma podobno właściwości lecznicze i mieszkańcy Charkowa przybywają tłumnie, aby napełnić nią pięcio- i więcej litrowe baniaki. Najbardziej zagorzali amatorzy świętej wody decydują się na kąpiel w specjalnie do tego przygotowanym baseniku i nie straszny im nawet jesienny wiatr. W parku znajduje się również malownicza cerkiew wprost stworzona do tego, aby zrobić kilka pamiątkowych zdjęć do wakacyjnego albumu.

Ostatnim akcentem, o którym chciałem wspomnieć przy okazji Charkowa jest miejscowa malarka, Eugenia Gapczyńska. W wieku trzynastu lat uczyła się już w Wyższej Szkole Sztuki w Charkowie, a następnie ukończyła miejscowy Instytut Sztuki. Jak chwali się na własnej stronie internetowej, jej prace znajdują się w prywatnych kolekcjach miłośników sztuki z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji, Japonii czy USA. W Charkowie można spotkać ją na każdym kroku – na znaczkach pocztowych, pocztówkach czy w księgarniach (ilustruje książeczki dla dzieci). Jeżeli jesteście ciekawi jak maluje, zajrzyjcie na jej stronę internetową.




%d bloggers like this: