Wszystkie wpisy, których autorem jest Stan

Via Baltica Tour, czyli autostop w państwach bałtyckich (cz.1)

Rozstanie i trudne początki. Po spędzonych wspólnie niemalże 2 miesięcznicach, na stacji metra Admiralczeskaya w Petersburgu, nastał czas rozwiązania naszej drużyny. Łukasz powędrował na dworzec autobusowy, a Asia i ja ruszyliśmy w kierunku szosy tallińskiej, gdzie liczyliśmy na złapanie kogoś, kto zechce wywieźć nas z Rosji. Dogodne miejsce znaleźliśmy dzięki niezawodnej Hitchwiki, encyklopedii każdego autostopowicza. Mając w pamięci doświadczenia z Litwy, kiedy chętny do podwózki kierowca odnalazł się dopiero po dwóch godzinach, zakładałem długie oczekiwanie. Dlatego też tym większe było moje zdziwienie, gdy pierwszy samochód zatrzymał się po… 5 minutach (magia kobiety na stopie). Okazało się jednak, że szanowny kierowca chciał raczej zaoferować usługę przewozową i zarobić na kursie w kierunku, gdzie akurat jechał. Podobnie zresztą jak i kilkunastu następnych. Słysząc słowa „autostop” lub bjezpłatno wszyscy jak jeden mąż ruszali z piskiem opon i drwiącym uśmieszkiem (jeden z nich nawet nie zaczekał, aż zamknę drzwi). Ostatecznie z Petersburga wydostaliśmy się po trzech godzinach, choć „wydostaliśmy się” to chyba za dużo powiedziane, gdyż ujechaliśmy raptem 20 km.

Автостоп i granica. Jak widać, autostopowicz w Rosji jest często brany za potencjalnego klienta taksówki. Na szczęście głównie w okolicach większych miastach. Po opuszczeniu Petersburga nie spotkaliśmy się już z takimi pomyłkami. Co więcej, podróż szła nam dosyć sprawnie i późnym popołudniem (ok. 17:00) znaleźliśmy się na granicy, ostatnie 30 km pokonując w niezwykle klimatycznej Ładzie, łudząco podobnej do Fiata 125p. Samo przejście graniczne okazało się natomiast bardzo podobne do tego mieszczącego się pomiędzy Polską a Niemcami w Zgorzelcu/Goerlitz. Dwa miasta Ivangorod i Narwę rozdziela bowiem tylko rzeka (Narwa właśnie), a jedyną możliwością jej przekroczenia jest graniczny most. Pomni doświadczeń z granicy chińsko-rosyjskiej przygotowani byliśmy mentalnie na co najmniej kilka godzin wyczekiwania w kolejce, tłumaczenie się z posiadanych bagażów i inne tego typu niedogodności. Dlatego zdziwieniu naszemu nie było końca, gdy wszystkie formalności udało się załatwić w 20 min. (poszło by jeszcze szybciej gdyby nie mój dwukrotnie zalany paszport i widniejące w nim zdjęcie 14-latka, nijak mające się do obecnej aparycji brodatego włóczęgi). W tym miejscu muszę jednak nadmienić, że nic nie byłoby tak proste bez pomocy niezwykle miłego Estończyka, który w języku polskim wytłumaczył nam dokąd mamy iść i co robić. Jak się później okazało znał on naszą piękną mowę, gdyż na początku lat 90-tych stacjonował jako pilot w bazie wojsk radzieckich nieopodal Szczecina.

Estonia. Co by o Unii Europejskiej nie mówić, to co najmniej jedna rzecz dzięki niej stała się o wiele prostsza – podróżowanie. Ulga jaką poczuliśmy wkraczając w Narwie na terytorium Estonii (a tym samym UE) jest trudna do opisania. Choć do Poznania pozostało jeszcze prawie 1500 km drogi, już tutaj – jedząc chleb z pasztetem na ławeczce pod narewskim zamkiem witającym podróżnych na rubieżach Unii – poczułem się jak w domu. Odnośnie samej Estonii, to gdyby nie fakt, że tamtejszy język ma tyle wspólnego z narzeczami słowiańskimi co burak z motorówką, pomyślałbym, że nazwa kraju wzięła się od słowa estetyczny. Poza tym państwo to słynie jeszcze z co najmniej jednej rzeczy – wszechobecnego Internetu. Wi-fi jest tam dostępne praktycznie wszędzie (również na wspomnianym już skwerku tuz przy granicy), a wiele spraw urzędowych załatwić można on-line. Wg. statystyk jest to jeden z najbardziej zinformatyzowanych krajów świata. Po kilku tygodniach na obczyźnie, kiedy co najmniej kilkadziesiąt minut co dzień schodziło nam na poszukiwaniu bezpłatnego Internetu była to mała rewolucja. Jeżeli zaś chodzi o Estończyków to z charakteru bliżej im do Skandynawów niż Słowian – są wycofani, raczej powściągliwi w wyrażaniu emocji, aczkolwiek bardzo przyjaźnie nastawieni.

Hääletamine. Z Narvy do Tallina dostaliśmy się dość sprawnie, choć nie obyło się bez pieszej przeprawy ze wschodu na zachód przygranicznego miasta. Zajęła ona nam pół godziny. Gdy dodamy do tego, że Narva jest trzecim co do wielkości miastem Estonii, daje nam to pojęcie o rozmiarach tego kraju. Opuściliśmy zatem Narvę ok. 17:30 (zyskując po drodze godzinę na zmianie czasu). Uczynny azerski zapaśnik przewiózł nas jakieś 50 km, wyrzucając na jedynym chyba w Estonii odcinku autostrady. Padało, więc chcąc nam pomóc Azer zostawił nas pod wiaduktem – w miejscu na stopa, delikatnie mówiąc, fatalnym. Do dziś zastanawiam się jakim cudem wydostaliśmy się stamtąd zaledwie po 40 min. I to na pokładzie eleganckiego Renault, należącego do mówiącego po angielsku Estończyka, który wysadził nas 100 metrów od tallińskiej starówki. Plan na następne godziny był prosty – znaleźć hosta na najbliższe dwa dni. Naszą jedyną nadzieją było cotygodniowe spotkanie CouchSurferów. Biorąc pod uwagę fakt, że wracaliśmy z dalekich Chin przyjęcie spotkało nas na nim raczej chłodne. Poza tym zmuszeni zostaliśmy do zamówienia piwa za 3,5 euro, co było dość bolesne dla mojego tygodniowego budżetu w wysokości 20 euro. Ostatecznie przygarnął nas Milan – Słowak, który niedawno przeprowadził się do Tallinna i już gościł parę z Francji (właściwie to oni wynegocjowali nam nocleg). Do mieszkania na obrzeżach Tallinna dotarliśmy o trzeciej w nocy, skrajnie wyczerpani i rozgoryczeni faktem, że musieliśmy jechać tam taksówką, do której wsadzeni zostaliśmy jedynie we dwójkę, a która kosztowała nas kolejne 10 euro.

Chamar-Daban – trekking nad Bajkałem

Wakacje nad Bajkałem
panorama

Chamar Daban. Punktem kulminacyjnym naszych wakacji nad Bajkałem był dla nas dwudniowy trekking w górach Chamar-Daban, zwieńczony zdobyciem Piku Czerskiego (2090 m. n.p.m. nazwa, a jakże, od nazwiska polskiego badacza-zesłańca). Droga na szczyt nie była zbyt trudna, jednak prowadziła wzdłuż strumienia, przez co obfitowała w liczne przezeń przeprawy. W większości miejsc pobudowane były drewniane mostki (po chińskich schodach na szczyt, tą jedynie szczątkową infrastrukturę powitaliśmy z niekrytą ulgą). W pewnym momencie meandrująca rzeka w dwóch miejscach przecinała trakt w taki sposób że wydawało się, że aby iść dalej w górę, trzeba ją pokonać bez pomocy mostu. Wystarczyło natomiast iść wzdłuż zachodniego brzegu. Jako zaprawieni w boju traperzy nie korzystaliśmy z pomocy mapy, więc nie wiedzieliśmy o tym. Cena tej niewiedzy była dla mnie bardzo wysoka. Podczas drugiej przeprawy wylądowałem w strumieniu, który porwał moje buty (szczęśliwie w porę odłowione przez Łukasza) i zamoczył całą zawartość kieszeni z portfelem, paszportem i aparatem fotograficznym włącznie. Ten ostatni z tego szoku niestety już się nie otrząsnął. Spoczywaj w spokoju Nikonie [*]. Ja zaś otrząsnąłem się z całej przygody dość szybko i nawet nie przypłaciłem jej większymi problemami zdrowotnymi, jednak 8-kilometrową drogę do turbazy, w przemoczonym do granic nieprzyzwoitości obuwiu zapamiętam na długo. Na miejsce noclegu dotarliśmy ostatecznie ok. godziny 23:00. Było już zupełnie ciemno i dosyć chłodno. Na ostatnich kilometrach wędrówki towarzyszyli nam młody Rosjanin i jego dziadek (sic!), którzy właśnie byli w trakcie 280-km trekkingu po paśmie Chamar-Daban, o czym niezbicie świadczył rozmiar ich plecaków (nie śmialiśmy spytać, ale na oko minimum 30-40 kg) i posiadany ekwipunek z siekierą i zapasem suszonej kory na rozpałkę na czele. W turbazie nieopodal stacji meteorologicznej, jakieś 4 godz. drogi od szczytu, pod swój dach przygarnęła nas gospodyni ośrodka (niestety nie za darmo – nocleg kosztował 350 rubli od osoby) i uraczyła nas gorącą herbatą. Ja jednak nie miałem już siły czekać na zagotowanie wody. Wtuliłem się tylko w cieplutki śpiwór i zasnąłem jak kamień (ten ze strumyka) suseł.

Wakacje nad Bajkałem
pik Czerskiego i Baltika

Pik Czerskiego. Następnego dnia z rana ruszyliśmy do ataku na szczyt. O ile dotychczasowa trasa nie obfitowała w widowiskowe panoramy, o tyle ostatnie kilka kilometrów wynagrodziło nam to z nawiązką. Pejzaże przywołujące skojarzenia z tolkienowskim Shire, jezioro w kształcie serca i szlak wijący się wśród porośniętych jedynie krzewami zboczy – oto największe skarby Chamar-Daban. Po dotarciu na szczyt nie mogliśmy oczywiście darować sobie rytualnego piwka (niebieska Балтика). Po powrocie do turbazy gospodyni powitała nas gorącą zupą. Był to nasz pierwszy ciepły posiłek od tygodnia (nie licząc herbaty i zupek chińskich) i nie muszę chyba dodawać w jakim tempie ogromny jej garnek zupy został niemal opróżniony. Przed nami wszak dość długa droga na dół. Planowany czas przybycia do Sludianki to godz. 23:00. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy po drodze nie spróbowali złapać stopa. I oczywiście udało się, choć powinienem raczej napisać, że to stop złapał nas. Mieszkający mniej więcej w połowie drogi jegomość zaproponował nam podwózkę, gdyż akurat wybierał się do miasta po nową butlę gazową. Niestety za przyjemność przejechania się Kamazem po górskiej dróżce zmuszeni byliśmy zapłacić 100 rubli od osoby. Nie rozpatruję jednak tej kwoty inaczej niż, jak najlepiej wydane podczas tego wyjazdu pieniądze. Kochany pan kierowca, nie zważając bowiem na fakt, że na pace wiezie trójkę ludzi i nie do końca pustą butlę gazową, a kamienie na drodze mają z pół metra średnicy, pruł w dół średnio 40 km/h. Żaden rollercaster nie odda tego, co przeżyliśmy i choć przez następne dwa dni siadanie przychodziło mi z trudem, nie zmienię zdania – warto było.

Wakacje nad Bajkałem
Sludianka skyline

Sludianka. Na dole byliśmy zatem ok. 21:30. Witając się już z gąską zapukaliśmy do turbazy, gdzie planowaliśmy przenocować, a tu „me jo” – brak miejsc (ach, zupełnie jak w Chinach!). Ruszyliśmy zatem w kierunku centrum, zbierając od napotkanych mieszkańców sprzeczne informacje, co do miejscowych hoteli. Sludianka nocą wyglądała jeszcze bardziej przygnębiająco niż w dzień, szczególnie, że znaleźliśmy się na jej obrzeżach. Idąc wzdłuż jedynej oświetlonej ulicy „podziwialiśmy” domki i bloki, które z pewnością pamiętały jeszcze czasy towarzysza Józka. I bylibyśmy się tak błąkali jeszcze długie godziny, gdyby nie spotkanie z panią Iriną, która najpierw uruchomiła wszystkich swoich znajomych w celu odnalezienia dla nas noclegu, a gdy i oni zawiedli, pozwoliła nam przenocować w swoim mieszkaniu. Okazało się, że ma ona krewnych w Hajnówce i polskie korzenie, co znacznie ułatwiło nam odnalezienie wspólnego języka. Dlatego, gdy ostatecznie udało się ustalić, że w hotelu przy dworcu są wolne miejsca w cenie 70 rubli/godz., pani Irina widząc nasze zasmucone tę kwotą twarze bez wahania zaproponowała nam nocleg w swoim mieszkaniu. Na miejscu okazało się, że jest fotografem i pokazała nam wspaniałe zdjęcia trasy kolei krugbajkalskiej. Był to chyba najbardziej niespodziewany i spontaniczny CouchSurfing w moim życiu. Niech żyje rosyjska gościnność!

W sercu Syberii

Pierwszym, a zarazem jedynym przystankiem w naszej transsyberyjskiej podróży był Irkuck. Jednak nasz główny cel to nie nieoficjalna stolica Syberii, lecz położone w jej bliskim sąsiedztwie jezioro Bajkał i góry Chamar Daban.

Wakacje nad Bajkałem
Starbucks w wersji irkuckiej

Irkuck. Miasto położone nad rzeką Angarą powitało nas nad wyraz przyjemną pogodą i jeszcze przyjemniej wyglądającym dworcem, nieopodal którego niezwykle przyjemnie usposobieni mieszkańcy bardzo szybko wskazali nam drogę na najbliższy przystanek. Dosyć szybko znaleźliśmy też bezprzewodowy Internet, nie posiadający żadnych ograniczeń co do odwiedzanych stron – po opuszczeniu Chin rzeczy zupełnie normalne wydawały nam się takie przyjemne. Uosobieniem tej „przyjemności” stał się dla mnie samochód, który uszanował moje pierwszeństwo na przejściu dla pieszych. Niestety, rozkoszując się poziomem cywilizacyjnym Irkucka zatraciliśmy nieco poczucie czasu (choć nie bez winy było tu także zimne rosyjskie piwo, które w końcu miało tyle procent ile trzeba) i na przystanek dotarliśmy spóźnieni na „ostatni dzienny”. Niestety nocnej komunikacji Irkuck nie posiada, więc nie pozostało nam nic innego jak taksówka. Na wyciągnięty kciuk Łukasza, jeden z kierowców zareagował natychmiastowo. Za kurs na drugi koniec miasta zapłaciliśmy 300 rubli (ok. 30 zł). Jak się później dowiedzieliśmy od naszego hosta była to normalna cena za przejechanie tego dystansu. Zatem kolejny plus dla Irkucka – tym razem za brak specjalnej taryfy dla turystów. Minus za to należy się pewnemu pijanemu jegomościowi, który przechodził przez dwupasmową jezdnię w miejscu totalnie nieoznaczonym i nieoświetlonym i tylko cudem dostrzeżony został w porę przez mijających go kierowców (nasz samochód przejechał jakieś 15 cm od niego). Irkuck jako miasto jest dość specyficzny. Brak tutaj wysokich budynków, a w centrum można natrafić jeszcze na drewnianą zabudowę z początku XX w. I miałoby to swój urok, gdyby większość tych budynków nie była w stanie kiepsko-opłakanym. Poza tym wmieszane w archaiczną zabudowę pomniki stylu socrealistycznego również – delikatnie mówiąc – nie zachwycają (szczególnie Polaków). Dość powiedzieć, że centrum miasta stanowi skrzyżowanie ulic Marksa i Lenina, przy którym znajduje się pomnik tego drugiego. Jak się później zdążyliśmy dowiedzieć, sytuacje takie są normą w Rosyjskich miastach, a większość Rosjan nie wstydzi się totalitarnej przeszłości swego kraju, ba, jest z niej nawet dumna.

Wakacje nad Bajkałem
krajobrazy

Bajkał. „Perła Syberii” – tak zwykło nazywać się jezioro Bajkał i przyznać muszę, że niewiele jest przesady w tym określeniu. Widok roztaczający się w pogodne dni z brzegów jeziora trudno bowiem porównać z czymkolwiek. Woda, niemal identycznej barwy jak niebo, odbija niczym lustro górujące nad brzegami pasma górskie. Trudno to opisać – po prostu trzeba zobaczyć. Nasza wizyta nad Bajkałem ograniczyła się niestety tylko do kilku godzin, do tego spędzonych w zapuszczonym turystycznym kurorcie – Sludiance. Mimo to jezioro zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Urzekło nas do tego stopnia, że nie mogliśmy odmówić sobie kąpieli. Nie straszna nam była temperatura wody oscylująca w granicach 12 st. C (znacznie zimniejsza niż w Bałtyku) i chłodny wiatr. Cała nasz trójka dała nura do lodowatej wody i w jeszcze szybszym tempie uciekła w objęcia ciepłego koca. No ale nikt nam nie powie, że nie kąpaliśmy się w Bajkale.

Daleko jeszcze?

Po 27 dniach pobytu w Chinach przyszedł w końcu czas by pożegnać się z Państwem Środka, jego zwyczajami, charakterystycznym budownictwem, a przede wszystkim z jego obywatelami. Szczerze mówiąc to od pewnego czasu wyczekiwaliśmy tego momentu z utęsknieniem, bo jak to mówią – co za dużo to nie zdrowo.

kolej transsyberyjska
Stepowe Las Vegas

Manzhouli. Do tej chińskiej przygranicznej miejscowości dotarliśmy po kolejnym 38-godzinnym kolejowym maratonie. Na miejsce nasz pociąg przybył z dwugodzinnym opóźnieniem, ok. godz. 22:00. Znaleźliśmy się zatem w nocy, w obcym mieście, bez zaplanowanego noclegu. W głowie kłębiła się w zasadzie już tylko jedna myśl – jak najszybciej do Rosji. W sumie to bliskość naszego wschodniego sąsiada była największym atutem Manzhouli. Dzięki temu większość osób mówiła po rosyjsku, a w sklepach można było dostać rosyjskie produkty. Korzystając z tych okoliczności zabraliśmy się z dworca do centrum z grupką Rosjan (jak się następnego dnia okazało zupełnie niepotrzebnie, bo dystans na jaki przewieziono nas za 50 juanów, to raptem 15 minut marszu), a na kolację spożyliśmy bułki z dżemem (choć jedzenie znacząco utrudniali nam uliczni sprzedawcy oraz przeprowadzające na nas desant chrabąszcze). Mimo dosyć późnej pory miasto rozświetlone było blaskiem neonów informujących głównie w języku rosyjskim o dostępnym asortymencie. Generalnie Manzhouli pełni rolę swego rodzaju centrum handlowego dla Rosjan. Mogą oni kupić tu dosłownie wszystko – od części samochodowych poczynając, poprzez różnego rodzaju alkohole i artykuły codziennego użytku, na rosyjskich (sic!) pamiątkach kończąc. Miasto wyrasta pośrodku stepu, górując nad nim stylizowanymi na socrealistyczny styl wieżowcami i kiczowatymi pałacykami, których tandetę dodatkowo podkreślają neony we wszystkich barwach tęczy. Choć w chwili naszego przybycia wiele sklepów było jeszcze otwartych, teraz powoli już je zamykano. Dla nas był to niechybny znak, że czas udać się na spoczynek. Tylko gdzie? Zaproponowany nam podczas podwózki hotel w cenie 350 juanów za osobę znajdował się dalece poza naszym finansowym zasięgiem. Udaliśmy się zatem starym, traperskim sposobem do KFC po kartony i używając ich za podłoże rozbiliśmy obóz na klatce schodowej jednego z hoteli. Po mniej więcej 40 minutach zmuszeni zostaliśmy jednak do skonsultowania legalności naszego obozowiska z administracją hotelu. Ta zazwyczaj dosyć nieprzyjemna powinność tym razem okazała się zbawienna w skutkach. Na siódmym piętrze hotelu odkryliśmy bowiem otwartą całą dobę restaurację, gdzie zjedliśmy pysznego piroga i przesiedzieliśmy dobrą godzinę. Następnie zaś rozsiedliśmy się na kanapach w recepcji i w końcu mogliśmy spokojnie zasnąć.

kolej transsyberyjska
ostatnie zdjęcie z Chin

Na granicy. Następny dzień upłynął pod znakiem poszukiwania transportu do Zabajkalska. W końcu chętny do przewiezienia nas autobus znaleźliśmy na dworcu, znajdującym się w najdalszym chyba zakątku miasta. Nauczeni doświadczeniem z dużą nieufnością podeszliśmy do chińskiego kierowcy i „pilota” wycieczki. Wynikło stąd dosyć spore nieporozumienie już podczas pakowania się do autobusu, kiedy zażądano od nas 100 rubli dopłaty za umieszczenie naszych plecaków w dolnym luku. Okazało się jednak, że nie jest to próba oszustwa, lecz normalna drobnym-druczkiem-pisana formalność. Podobnie zresztą jak kwit wydawany na granicy za taką samą opłatą. Do dziś nie wiem, po co on był, ani co takiego było na nim napisane. Wiem tylko, że skoro wszyscy kupowali, to i my musieliśmy. Nienormalna była natomiast opłata 250 rubli, którą nasz „pilot” zażądał od każdego z pasażerów już po opuszczeniu posterunku celnego, nie kryjąc się nawet specjalnie z faktem, że jest to łapówka. Musiał jednak zadowolić się kwotą 300 rubli od całej naszej trójki, gdyż więcej pieniędzy zwyczajnie nie mieliśmy. Wszystkie procedury trwały około czterech godzin, przez co 25-kilometrową trasę pokonaliśmy w pięć godzin. Stracony czas nic już jednak dla nas nie znaczył. Byliśmy w Rosji.

kolej transsyberyjska
bar „Bawaria”

Zabajkalsk. Gdy wysiedliśmy z autobusu na centralnym placu (czyt. klepisku) Zabajkalska poczuliśmy się niemal jak w domu. Otaczały nas bowiem rozpadające się bloki, blaszane budy pełniące rolę lokalnych spożywczaków i ulice, na których asfalt występował jedynie incydentalnie. Do tego zmęczone życiem twarze braci-Słowian wpatrujących się w nasze uradowane oblicza z niekrytą podejrzliwością, mieszającą się z chęcią sprawdzenia zawartości naszych plecaków. Wszystko to czyniło Zabajkalsk miejscem, dla Polaka, niezwykle swojskim. Uczucie to spotęgowała jeszcze bardziej uczta, jaką urządziliśmy sobie z miejscowych produktów. I choć chleb który kupiliśmy trącił starością (było to wszak niedzielne popołudnie), a powidło jabłkowe ewidentnie zawierało więcej cukru niż jabłek to, jak Boga kocham, był to najlepszy chleb z powidłami w moim życiu. Nie samym jednak chlebem żyje człowiek, dlatego też po zaspokojeniu pierwszej z podstawowych potrzeb, ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu miejsca noclegowego. W toku poszukiwań, podczas których o drogę do najbliższego hotelu przepytana została chyba połowa mieszkańców miasteczka, zidentyfikowaliśmy cztery miejscowe „gostinnice”, w każdej jednak odpowiedź na pytanie o wolny pokój była taka sama – „miest njet”. Czyżby i tu dotarł syndrom chińskiego „me jo”? Czy może, aż tak bardzo nie lubią tutaj obcokrajowców? Wszak jedna z recepcjonistek dopiero po obejrzeniu naszych paszportów przypomniała sobie, ze przecież nie ma wolnych pokoi. Tak czy inaczej zbliżał się zmierzch, a my stanęliśmy przed dość nieprzyjemną wizją drugiego z rzędu improwizowanego noclegu. Zdesperowani udaliśmy się w kierunku dworca (każdy kloszard wie przecież, że nie ma lepszego miejsca na darmowy nocleg). I tu niestety spotkał nas srogi zawód, gdyż budynek był zamykany na noc. Na szczęście dopełniający swych obowiązków ochroniarz zaprowadził nas do przydworcowego hotelu, gdzie wynegocjowaliśmy pobyt w trzyosobowym pokoju do godziny szóstej rano w dość przystępnej cenie (oczywiście zapomnieliśmy o zmianie czasu na granicy i rano zaspaliśmy). Pani recepcjonistka wyjaśniła nam natomiast, że dzień wcześniej obchodzono w Rosji święto kolejarza, co tłumaczy skacowanie/stan lekkiego podpicia większości pracowników dworca. Cóż, tym razem spóźniliśmy się na najlepsze.

Szanghaj – powiew Europy

Szanghaj – najbardziej zachodnie z chińskich miast i obowiązkowy punkt na trasie każdej wycieczki po Państwie Środka. I nas nie mogło tam zabraknąć, choć cena, jaką przyszło nam zapłacić za dojazd była wysoka – 36 godzin w pociągu z mlaskającymi, krzykliwymi i nie najładniej pachnącymi jegomościami. Miasto było jednak tego warte. Czytaj dalej Szanghaj – powiew Europy

Wsiąść do pociągu byle jakiego…

Po pięciu dniach pobytu postanowiliśmy w końcu opuścić Pekin i udać się na południe, na tereny mniej zatłoczone. Niestety, jak się okazało nie jest to zadanie proste. Zdobycie biletu kolejowego na jakiś przyzwoity termin graniczy tu bowiem z cudem. Zniechęceni tym faktem Łukasz i Asia udali się na herbatę, ja zaś wyruszyłem w podróż na północ miasta, by zwiedzić wioskę olimpijską. Noc natomiast spędziliśmy na pekińskich Ratajach (jedna z poznańskich dzielnic sypialnych na wygwizdowie).

Rozpaczliwa próba zakupu biletów w Pekinie
fot. J. Staniszewski

W poszukiwaniu biletów. W Chinach najtaniej podróżuje się koleją, dlatego właśnie ten środek transportu wybraliśmy, by dostać się do Xi’an, stolicy prowincji Shaanxi i miejsca „stacjonowania” Terakotowej Armii. Choć w przewodnikach wyczytaliśmy wcześniej, że z dostępnością biletów kolejowych w Chinach nie jest zbyt dobrze, to sądziliśmy, że autorzy jak zwykle przesadzają. Niestety wizyta w dwóch biurach pośrednictwa brutalnie uświadomiła nas, jak wygląda rzeczywistość. Wyrok brzmiał – wtorek. Najbliższy dostępny pociąg za pięć dni! Nie wierząc w informacje od pośredników udaliśmy się do oficjalnego punktu sprzedaży biletów przy dworcu zachodnim (jak się później okazało co najmniej trzy takie punkty znajdowały się w naszym hutongu). Zdesperowany Łukasz całą drogę niósł tabliczkę oferującą naukę angielskiego w zamian za podwózkę (z marnym efektem). Ostatecznie zmuszeni byliśmy kupić bilety na wtorek. Sama procedura zakupu również do najłatwiejszych nie należała. Pomimo że wyposażeni byliśmy w karteczkę opisującą w języku chińskim nasze zamówienie, wytłumaczenie pani w okienku, o co nam chodzi wymagało niezłej pantomimy.

Ptasie gniazdo z bliska
fot. J. Staniszewski

Wioska olimpijska. Aby dzień nie był zupełnie zmarnowany pod względem zwiedzania, postanowiłem podjechać metrem do mieszczącej się na północy miasta wioski olimpijskiej. Droga była to dość męcząca, bogata w przesiadki (łącznie 5) i walkę z Chińczykami o miejsce w wagonie. Ostatecznie, po ponad godzinie spędzonej pod ziemią, dotarłem na miejsce. Przyznać muszę, że rozmach, z jakim wybudowano olimpijskie areny przytłoczył mnie. Dwa najsłynniejsze obiekty – „bąbelkowy” basen i stadion „ptasie gniazdo” naprawdę robią wrażenie. Wokół nich zaaranżowano natomiast wspaniałe tereny rekreacyjne i parki. Co ciekawe, tego dnia w wiosce było tak wiele osób, że odnosiło się wrażenie jakby igrzyska jeszcze tu trwały. Wizyta ta utwierdziła mnie w przekonaniu, że jeżeli chodzi o gigantyczne projekty budowlane, Chińczycy nie mają sobie równych na świecie. Byle tylko trafił im się dobry projekt, bo „tradycyjna”, socjalistyczna architektura tego kraju jest niestety monotonna i pozbawiona finezji. Przekonaliśmy się o tym jeszcze tego wieczoru, odwiedzając pekiński odpowiednik poznańskich Rataj.

Dzielnica sypialna wPekinie
fot. J. Staniszewski

Pekińskie Rataje. Osiedlowa dzielnica, w której mieszkała nasza hościnka (znowu korzystaliśmy z couchsurfingu), znajdowała się w północno-wschodniej części miasta, a dojazd metrem był na szczęście dość łatwy. Schody zaczęły się natomiast, gdy trzeba było dostać się, do właściwego bloku. Wszystkie wyglądały bowiem identycznie, a i ich nazwy zapisane „krzaczkami” niewiele nam mówiły. Ostatecznie po około 30 minutach i pięciu zapytaniach skierowanych do tubylców trafiliśmy we właściwe miejsce. Blok powitał nas windą, której podłoga zasłana była obfitą kałużą wymiocin – wypisz, wymaluj Rataje. Dalej na szczęście było już tylko lepiej. Mieszkanie hościnki okazało się ogromne, internet szybki, a ona sama bardzo miła i mało absorbująca, przez co mieliśmy dużo czasu dla siebie i nnaszego bloga. Jedynym uniedogodnieniem był jej pies, niezwykle przyjaźnie usposobiony, aczkolwiek w swoim nastawieniu nieco napastliwy, o czym najlepiej przekonała się Asia, zmuszona z nim „tańczyć”.

Herbata. W Chinach jest bardzo popularna, a tradycja jej picia sięga czterech tysięcy lat. Według jednej z legend cesarz, który miał w zwyczaju podawać swoim gościom wódkę, pozwolił jednemu mnichowi-abstynentowi na wypicie herbaty i w ten sposób herbata urosła do rangi napoju intelektualistów. Sami przechadzając się hutongami Pekinu widujemy herbaciarnie na każdym kroku, a w jednej z nich postanowiliśmy zakotwiczyć na dłużej (i nie chodzi wcale o Melo). Za 50 juanów spróbowaliśmy herbaty jaśminowej oraz oolong i z radością stwierdziliśmy, że obowiązuje tutaj wielka dolewka – po pierwszy dzbanku podano nam drugi, później trzeci i czwarty, a kiedy nie mogliśmy wlać w siebie już ani kropli, kupiliśmy na pamiątkę niewielki woreczek z zieloną herbatą.

Pekin – powiew normalności

Dzisiejszy dzień zaskoczył nas swoją… normalnością. Obyło się bowiem bez większych zatargów z prawem i klęsk żywiołowych. Odkryliśmy za to jedno z najpiękniejszych miejsce Pekinu, a także poznaliśmy parę Polaków, która w swoich doświadczeniach podróżniczych wyprzedza nas o lata świetlne (tak, tak – challenge accepted!). Poza tym nie mogliśmy sobie darować wizyty w słynącej z ogromnych centrów handlowych dzielnicy Haidian.

Zdobywcy Pałacu Letniego - tutaj Chińczykom nie chciało się wchodzić
fot. Czerwona Torpeda

Pałac Letni. Pałac Le(t)ni to kolejna odwiedzona przez nas siedziba cesarzy chińskich. Choć rozmiarami nie dorównuje może Zakazanemu Miastu, to pod względem malowniczości bije je na głowę. Pałac jest położony w malowniczym parku, na szczycie góry, skąd z jednej strony rozpościera się wspaniały widok na Pekin, z drugiej zaś na otaczające miasto od zachodu, wzgórza. Generalnie nasz pierwszy kontakt z tym miejscem nie był najprzyjemniejszy – najpierw zgubiliśmy się w drodze ze stacji metra do parku, następnie przez pół godziny poruszaliśmy się z prędkością żółwia błotnego na pustyni próbując przebić się przez tłum chińczyków. Na domiar złego zaczęło padać. Jednak to, co stało się później przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Po deszczu po raz pierwszy opadł smog, a na niebie ujrzeliśmy słońce! Do tego wraz ze wzrostem wysokości malał entuzjazm Chińczyków do zwiedzania, co pozwoliło nam po raz pierwszy od kilku dni odpocząć od tłoku. To wszystko w połączeniu z buddyjską świątynią na szczycie góry i otaczającymi ją skałami sprawiło, że wreszcie ujrzeliśmy Pekin w jasnych barwach (dosłownie i w przenośni).

Dzielnica Haidan słynie z elektroniki
fot. J. Staniszewski

Haidan. Dzielnica słynąca ze swego handlowego charakteru powitała nas po wyjściu na powierzchnie ze stacji metra, naprawdę imponującą panoramą nowoczesnych budynków. Wiele z nich to centra handlowe specjalizujące się w sprzedaży sprzętu elektronicznego. Jedno z nich postanowiliśmy „zwiedzić”. Niestety w momencie przekroczenia sklepowych drzwi zostaliśmy zaatakowani przez chińskich sprzedawców oferujących nam najnowsze wyroby tak renomowanych marek jak: Samxung, zPad, czy Goodview. Oczywiście wszystko w bardzo atrakcyjnych cenach. Poza tymi niewątpliwie markowymi produktami, sygnowanymi znakiem jakości „Made in China”, na terenie sklepu znaleźliśmy też wiele wyrobów bardziej znanych w Polsce marek, a ich ceny nie odbiegały jednak znacząco do europejskich standardów. Szczerze mówiąc jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tyle sprzętu elektronicznego w jednym miejscu. Jeżeli ktoś zapytałby mnie, co Chińczycy kochają bardziej do miski ryżu i Przewodniczącego Mao, bez zawahania odpowiedziałbym – elektronikę. My zaś ponad wszystko kochamy chińskie piwo, dlatego gdy w drodze na stację metra zauważyliśmy drogowskaz do Carrefoura, po prostu nie mogliśmy odpuścić takiej okazji. Niestety, sklep okazał się być elementem wielkiej, podziemnej galerii handlowej, w której dwukrotnie zabłądziliśmy i o mao co nie straciliśmy pozostawionych w szafce rzeczy. Ogólnie na zakup sześciu piw straciliśmy przeszło godzinę. Jednak, chyba było warto – cena 0,6 litra to tylko 1,40 zł.

Iza i Wojtek. Musicie wiedzieć jak wielkie było nasze zdziwienie, gdy w jednej z restauracji naszego hutongu dosiadła się do nas średniego wzrostu blondynka i zaczęła do nas mówić… po polsku. Okazało się, że podróżuje ona ze swoim chłopakiem po Azji już od czterech miesięcy, zwiedzając między innymi miejsca tak epickie jak Nepal i Himalaje. Oczywiście spotkanie Polaków za granicą nie mogło skończyć się inaczej, jak tylko wspólnym posiedzeniem przy kieliszeczku „czegoś mocniejszego” (na szczęście nie było to nic chińskiego) i wymianą wzajemnych doświadczeń. Okazało się bowiem, że Iza i Wojtek również planują podróż koleją transsyberyjską i podobnie jak Asia, walczą z rosyjską ambasadą o przyznanie wiz. My za to dowiedzieliśmy się od nich co nieco na temat Chin i innych azjatyckich krajów, a informacje te tylko zaostrzyły nam apetyty na dalsze wojaże (Azjo, drżyj!).

Odyseja lotnicza 2012

Podróż. 7.07 nastał czas naszego pożegnania z Europą. Ruszamy w lotniczą podróż do Pekinu. Niestety jak to zwykle w naszym przypadku bywa nie może ona odbyć się bez pewnych niewygód. W tym przypadku są nimi godziny spędzone na lotnisku w Moskwie. Licząc od momentu dotarcia na lotnisko w Rydze o 3.15 (GMT +2), do lądowania w Pekinie o godzinie 8.15 dnia następnego czasu (GMT +8) podróż zajęła nam 20 godzin, z czego w samolocie spędziliśmy jedynie połowę tego czasu.

Air Baltic. Te tanie linie okazały się najbardziej ekonomiczną opcją dotarcia do Moskwy. Niestety podczas rejestracji nie wykupiliśmy dodatkowego bagażu rejestrowego, co oznaczało potrzebę skompresowania naszych plecaków do rozmiarów 55x45x20 i odchudzenie ich do masy 8 kg. Oczywiście na pierwszy ogień poszło jedzenie i brudna bielizna. Jednak gdy pozbycie się tych ładunków okazało się niewystarczające musieliśmy podjąć drastyczną decyzję i zdecydować się na podróż „na janka” tzn. w 3 parach spodni, 3 t-shirtach, polarowej bluzie i kurtce. Dodam, że zapowiadana temperatura na ten dzień oscylowała w granicach 30 stopni. Ostatecznie na ubiór „cebulkowy” zdecydował się tylko Stan. Jak się później okazało, niepotrzebnie gdyż Szoszo wszedł na pokład samolotu z pełnym plecakiem, przekraczającym limit rozmiaru chyba dwukrotnie, a i to nie był największy bagaż podręczny wniesiony do naszego samolotu.

Sheremietievo. Międzynarodowe lotnisko w rosyjskiej stolicy powitało nas, jak na lotnisko przystało, kontrolą paszportową. Na szczęście brak wizy, okazał się mniejszym problemem niż przypuszczaliśmy, gdyż udało nam się przeprowadzić check-in bez potrzeby opuszczania naszego terminala. Terminala, który przez następne 10 godzin stał się naszym domem. Przyznać musimy, domem całkiem przytulnym. Klimatyzacja, bezprzewodowy internet (choć dosyć wolny) i w miarę tanie Gamburgjery (nie, nie hamburgery – Gamburgjery) z lotniskowego Burger Kinga (45 rubli) pozwoliły przetrwać nam czas do następnego lotu. Choć przetrwać to za duże słowo. Była to raczej wegetacja i walka z wszechogarniającym znudzeniem. Mówi się, ze inteligentni ludzie się nie nudzą. A i owszem, dlatego też pisaliśmy na Facebooku, blogu, retuszowaliśmy zdjęcia, stworzyliśmy mapkę naszej podróży, ściągnęliśmy mnóstwo aplikacji na naszego smartphona, porozmawialiśmy z wszystkimi chyba dostępnymi osobami na Skypie, czytaliśmy rosyjskie gazety, robiliśmy sobie zdjęcia, jedliśmy, szukaliśmy w sklepach bezcłowych najtańszych słodyczy (wygrało 400 g Snickersa za 4 euro), wypatrywaliśmy pięknych Rosjanek, zwiedziliśmy sąsiedni terminal i wiele, wiele innych. Mimo tych wszystkich „rozrywek” czas zdawał się płynąć w tempie Marcina Wasilewskiego startującego do piłki.

Prasówka z rosyjskich gazet. Owoc naszego znudzenia, czyli przegląd najciekawszych informacji znalezionych w bezpłatnej rosyjskiej prasie (o dziwo pisanej również po angielsku):

  • w pakiecie ustaw wydanych przez rosyjskie władze znalazło się rozporządzenie zakazujące sprzedaży piwa w środkach komunikacji miejskiej. O spożyciu nie było nic wspomniane
  • od 1.07 wzrasta akcyza na alkohol, po jej podwyżce najtańsze 0,5 litra wódki kupimy za 125 rubli (ok. 13 zł). Budżet zarobi dzięki temu 150 mld rubli (ok. 150 mln zł). Kalkulacji strat związanych z ewentualnymi zamieszkami ulicznymi nie przeprowadzono
  • 11% graczy komputerowych w Rosji to gospodynie domowe. Twierdzą one, że nic tak nie odstresowuje po prasowaniu jak partyjka w Call of Duty.

Hainan Airlines. Nasz kolejny przewoźnik. Wiele sobie po nim obiecywaliśmy i nasze oczekiwania doczekały się spełnienia. Również tutaj nie raczyliśmy skorzystać z przywileju nadania bagażu rejestrowego, jednak i tym razem obsługa lotu, w postaci kilku identycznych stewardess nie zwracała uwagi na  to z czym pasażerowie wchodzili na pokład. W końcu okazało się, że nasze podręczne plecaki były jednymi z mniejszych. Krótko po starcie podano ciepłe ręczniki i pierwszy posiłek. W prawdzie zapach wydobywający się z wózka z jedzeniem nie zachęcał do konsumpcji, jednak to negatywne pierwsze wrażenie zostało zatarte przez na prawdę smaczną wołowinę z ryżem i warzywami. Po posiłku oddaliśmy się rozrywkom serwowanym nam przez komputerki umieszczone w siedzeniach przed nami. Filmy, proste gry i muzyka – czegóż więcej potrzeba w samolocie? Rano przed lądowaniem zaserwowano nam jeszcze poranną jajecznicę, ale trudno było się nam na niej skupić (Łukasz prawie ją przespał), za parę minut mieliśmy bowiem stąpać już po Chińskiej ziemi.

Warszawa, czyli wszystko na ostatnią chwilę

na razie PKP, wkrótce kolej transsyberyjska
na razie PKP, wkrótce kolej transsyberyjska

Godzina 23:43 (GMT +1), sybir trip dzień pierwszy, w którym po trzech godzinach spędzonych w pociągu relacji Poznań-Warszawa stwierdziliśmy, że ciężko będzie wytrzymać 60 godzin podróży w Kolei Transsyberyjskiej z Krasnojarska do Moskwy. Po przybyciu do Warszawy mieliśmy mnóstwo rzeczy do załatwienia, z których większość się udała (kupno pamiątek, ksero dokumentów, wymiana walut), a część niestety nie (wysłanie kuriera konnego ze śpiworem i finką do towarzyszki podróży, która jako jedyna wykupiła nadawany bagaż i została powołana na generała broni: do Chin oprócz naszych broni ma przywieźć gaśnicę z gazem pieprzowym). Największym pozytywem dzisiejszego dnia była informacja, że pośrednictwo przy zakupie biletów na Kolej Transsyberyjską wynosi tylko 30 zł za jeden bilet. Tym samym manewry z kupowaniem biletów przez Internet czy angażowanie znajomych z Rosji (którzy notabnene też nie ogarniają serwisu transakcyjnego rosyjskich kolei) nie są już potrzebne. Choć i tak kasowanie od ludzi takiej kwoty, za sam fakt posiadania konta akceptowanego przez RZD (rosyjska kolej), nie można postrzegać inaczej jak w kategoriach złotego biznesu. Druga pozytywna informacja to autobus linii Simple Express, gdzie mamy wszystko, czego potrzebujemy – gniazdka, idealną temperaturę do spania i komputer pokładowy z różnymi bajerami.

Spotkaliśmy również pierwszych na naszej trasie Rosjan – urzędników rosyjskiej ambasady. Nasze spostrzeżenie – Rosjanie są tak „typowi”, że nie sposób pomylić ich z żadną nacją świata (miedziany garnitur w paski + zaczesana fryzura na alfonsa + przekrwione lico, ale się nie uprzedzamy). Korzystaliśmy również z usług zakładu kserograficznego, z prawie 150-letnimi tradycjami. Jak widać warszawscy studenci korzystali z dobrodziejstw kserokopii dużo przed nami. W bardzo okrężny sposób pokonaliśmy również trasę z Dworca centralnego na al. Ujazdowskie. Jak tylko dorwiemy się do Googla to postaramy się ją odwzorować. Pytanie tylko jak ogarniemy stolicę Chin, podczas gdy własna sprawia nam tyle problemów.

CS Tip: Po trzech godzinach spędzonych w McDonald’sie przy mangowo-marakujowym shake’u stwierdziliśmy, że pisanie requestów we dwójkę jest znacznie bardziej efektywne niż w pojedynkę. Wysłaliśmy ich aż dziesięć, z czego co drugi jest taki, że host po prostu nie może go odrzucić.