Wszystkie wpisy, których autorem jest Stan

Via Baltica Tour, czyli autostop w państwach bałtyckich (cz.1)

Rozstanie i trudne początki. Po spędzonych wspólnie niemalże 2 miesięcznicach, na stacji metra Admiralczeskaya w Petersburgu, nastał czas rozwiązania naszej drużyny. Łukasz powędrował na dworzec autobusowy, a Asia i ja ruszyliśmy w kierunku szosy tallińskiej, gdzie liczyliśmy na złapanie kogoś, kto zechce wywieźć nas z Rosji. Dogodne miejsce znaleźliśmy dzięki niezawodnej Hitchwiki, encyklopedii każdego autostopowicza. Mając w pamięci doświadczenia z Litwy, kiedy chętny do podwózki kierowca odnalazł się dopiero po dwóch godzinach, zakładałem długie oczekiwanie. Dlatego też tym większe było moje zdziwienie, gdy pierwszy samochód zatrzymał się po… 5 minutach (magia kobiety na stopie). Okazało się jednak, że szanowny kierowca chciał raczej zaoferować usługę przewozową i zarobić na kursie w kierunku, gdzie akurat jechał. Podobnie zresztą jak i kilkunastu następnych. Słysząc słowa „autostop” lub bjezpłatno wszyscy jak jeden mąż ruszali z piskiem opon i drwiącym uśmieszkiem (jeden z nich nawet nie zaczekał, aż zamknę drzwi). Ostatecznie z Petersburga wydostaliśmy się po trzech godzinach, choć „wydostaliśmy się” to chyba za dużo powiedziane, gdyż ujechaliśmy raptem 20 km.

Автостоп i granica. Jak widać, autostopowicz w Rosji jest często brany za potencjalnego klienta taksówki. Na szczęście głównie w okolicach większych miastach. Po opuszczeniu Petersburga nie spotkaliśmy się już z takimi pomyłkami. Co więcej, podróż szła nam dosyć sprawnie i późnym popołudniem (ok. 17:00) znaleźliśmy się na granicy, ostatnie 30 km pokonując w niezwykle klimatycznej Ładzie, łudząco podobnej do Fiata 125p. Samo przejście graniczne okazało się natomiast bardzo podobne do tego mieszczącego się pomiędzy Polską a Niemcami w Zgorzelcu/Goerlitz. Dwa miasta Ivangorod i Narwę rozdziela bowiem tylko rzeka (Narwa właśnie), a jedyną możliwością jej przekroczenia jest graniczny most. Pomni doświadczeń z granicy chińsko-rosyjskiej przygotowani byliśmy mentalnie na co najmniej kilka godzin wyczekiwania w kolejce, tłumaczenie się z posiadanych bagażów i inne tego typu niedogodności. Dlatego zdziwieniu naszemu nie było końca, gdy wszystkie formalności udało się załatwić w 20 min. (poszło by jeszcze szybciej gdyby nie mój dwukrotnie zalany paszport i widniejące w nim zdjęcie 14-latka, nijak mające się do obecnej aparycji brodatego włóczęgi). W tym miejscu muszę jednak nadmienić, że nic nie byłoby tak proste bez pomocy niezwykle miłego Estończyka, który w języku polskim wytłumaczył nam dokąd mamy iść i co robić. Jak się później okazało znał on naszą piękną mowę, gdyż na początku lat 90-tych stacjonował jako pilot w bazie wojsk radzieckich nieopodal Szczecina.

Estonia. Co by o Unii Europejskiej nie mówić, to co najmniej jedna rzecz dzięki niej stała się o wiele prostsza – podróżowanie. Ulga jaką poczuliśmy wkraczając w Narwie na terytorium Estonii (a tym samym UE) jest trudna do opisania. Choć do Poznania pozostało jeszcze prawie 1500 km drogi, już tutaj – jedząc chleb z pasztetem na ławeczce pod narewskim zamkiem witającym podróżnych na rubieżach Unii – poczułem się jak w domu. Odnośnie samej Estonii, to gdyby nie fakt, że tamtejszy język ma tyle wspólnego z narzeczami słowiańskimi co burak z motorówką, pomyślałbym, że nazwa kraju wzięła się od słowa estetyczny. Poza tym państwo to słynie jeszcze z co najmniej jednej rzeczy – wszechobecnego Internetu. Wi-fi jest tam dostępne praktycznie wszędzie (również na wspomnianym już skwerku tuz przy granicy), a wiele spraw urzędowych załatwić można on-line. Wg. statystyk jest to jeden z najbardziej zinformatyzowanych krajów świata. Po kilku tygodniach na obczyźnie, kiedy co najmniej kilkadziesiąt minut co dzień schodziło nam na poszukiwaniu bezpłatnego Internetu była to mała rewolucja. Jeżeli zaś chodzi o Estończyków to z charakteru bliżej im do Skandynawów niż Słowian – są wycofani, raczej powściągliwi w wyrażaniu emocji, aczkolwiek bardzo przyjaźnie nastawieni.

Hääletamine. Z Narvy do Tallina dostaliśmy się dość sprawnie, choć nie obyło się bez pieszej przeprawy ze wschodu na zachód przygranicznego miasta. Zajęła ona nam pół godziny. Gdy dodamy do tego, że Narva jest trzecim co do wielkości miastem Estonii, daje nam to pojęcie o rozmiarach tego kraju. Opuściliśmy zatem Narvę ok. 17:30 (zyskując po drodze godzinę na zmianie czasu). Uczynny azerski zapaśnik przewiózł nas jakieś 50 km, wyrzucając na jedynym chyba w Estonii odcinku autostrady. Padało, więc chcąc nam pomóc Azer zostawił nas pod wiaduktem – w miejscu na stopa, delikatnie mówiąc, fatalnym. Do dziś zastanawiam się jakim cudem wydostaliśmy się stamtąd zaledwie po 40 min. I to na pokładzie eleganckiego Renault, należącego do mówiącego po angielsku Estończyka, który wysadził nas 100 metrów od tallińskiej starówki. Plan na następne godziny był prosty – znaleźć hosta na najbliższe dwa dni. Naszą jedyną nadzieją było cotygodniowe spotkanie CouchSurferów. Biorąc pod uwagę fakt, że wracaliśmy z dalekich Chin przyjęcie spotkało nas na nim raczej chłodne. Poza tym zmuszeni zostaliśmy do zamówienia piwa za 3,5 euro, co było dość bolesne dla mojego tygodniowego budżetu w wysokości 20 euro. Ostatecznie przygarnął nas Milan – Słowak, który niedawno przeprowadził się do Tallinna i już gościł parę z Francji (właściwie to oni wynegocjowali nam nocleg). Do mieszkania na obrzeżach Tallinna dotarliśmy o trzeciej w nocy, skrajnie wyczerpani i rozgoryczeni faktem, że musieliśmy jechać tam taksówką, do której wsadzeni zostaliśmy jedynie we dwójkę, a która kosztowała nas kolejne 10 euro.

Chamar-Daban – trekking nad Bajkałem

Wakacje nad Bajkałem
panorama

Chamar Daban. Punktem kulminacyjnym naszych wakacji nad Bajkałem był dla nas dwudniowy trekking w górach Chamar-Daban, zwieńczony zdobyciem Piku Czerskiego (2090 m. n.p.m. nazwa, a jakże, od nazwiska polskiego badacza-zesłańca). Droga na szczyt nie była zbyt trudna, jednak prowadziła wzdłuż strumienia, przez co obfitowała w liczne przezeń przeprawy. W większości miejsc pobudowane były drewniane mostki (po chińskich schodach na szczyt, tą jedynie szczątkową infrastrukturę powitaliśmy z niekrytą ulgą). W pewnym momencie meandrująca rzeka w dwóch miejscach przecinała trakt w taki sposób że wydawało się, że aby iść dalej w górę, trzeba ją pokonać bez pomocy mostu. Wystarczyło natomiast iść wzdłuż zachodniego brzegu. Jako zaprawieni w boju traperzy nie korzystaliśmy z pomocy mapy, więc nie wiedzieliśmy o tym. Cena tej niewiedzy była dla mnie bardzo wysoka. Podczas drugiej przeprawy wylądowałem w strumieniu, który porwał moje buty (szczęśliwie w porę odłowione przez Łukasza) i zamoczył całą zawartość kieszeni z portfelem, paszportem i aparatem fotograficznym włącznie. Ten ostatni z tego szoku niestety już się nie otrząsnął. Spoczywaj w spokoju Nikonie [*]. Ja zaś otrząsnąłem się z całej przygody dość szybko i nawet nie przypłaciłem jej większymi problemami zdrowotnymi, jednak 8-kilometrową drogę do turbazy, w przemoczonym do granic nieprzyzwoitości obuwiu zapamiętam na długo. Na miejsce noclegu dotarliśmy ostatecznie ok. godziny 23:00. Było już zupełnie ciemno i dosyć chłodno. Na ostatnich kilometrach wędrówki towarzyszyli nam młody Rosjanin i jego dziadek (sic!), którzy właśnie byli w trakcie 280-km trekkingu po paśmie Chamar-Daban, o czym niezbicie świadczył rozmiar ich plecaków (nie śmialiśmy spytać, ale na oko minimum 30-40 kg) i posiadany ekwipunek z siekierą i zapasem suszonej kory na rozpałkę na czele. W turbazie nieopodal stacji meteorologicznej, jakieś 4 godz. drogi od szczytu, pod swój dach przygarnęła nas gospodyni ośrodka (niestety nie za darmo – nocleg kosztował 350 rubli od osoby) i uraczyła nas gorącą herbatą. Ja jednak nie miałem już siły czekać na zagotowanie wody. Wtuliłem się tylko w cieplutki śpiwór i zasnąłem jak kamień (ten ze strumyka) suseł.

Wakacje nad Bajkałem
pik Czerskiego i Baltika

Pik Czerskiego. Następnego dnia z rana ruszyliśmy do ataku na szczyt. O ile dotychczasowa trasa nie obfitowała w widowiskowe panoramy, o tyle ostatnie kilka kilometrów wynagrodziło nam to z nawiązką. Pejzaże przywołujące skojarzenia z tolkienowskim Shire, jezioro w kształcie serca i szlak wijący się wśród porośniętych jedynie krzewami zboczy – oto największe skarby Chamar-Daban. Po dotarciu na szczyt nie mogliśmy oczywiście darować sobie rytualnego piwka (niebieska Балтика). Po powrocie do turbazy gospodyni powitała nas gorącą zupą. Był to nasz pierwszy ciepły posiłek od tygodnia (nie licząc herbaty i zupek chińskich) i nie muszę chyba dodawać w jakim tempie ogromny jej garnek zupy został niemal opróżniony. Przed nami wszak dość długa droga na dół. Planowany czas przybycia do Sludianki to godz. 23:00. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy po drodze nie spróbowali złapać stopa. I oczywiście udało się, choć powinienem raczej napisać, że to stop złapał nas. Mieszkający mniej więcej w połowie drogi jegomość zaproponował nam podwózkę, gdyż akurat wybierał się do miasta po nową butlę gazową. Niestety za przyjemność przejechania się Kamazem po górskiej dróżce zmuszeni byliśmy zapłacić 100 rubli od osoby. Nie rozpatruję jednak tej kwoty inaczej niż, jak najlepiej wydane podczas tego wyjazdu pieniądze. Kochany pan kierowca, nie zważając bowiem na fakt, że na pace wiezie trójkę ludzi i nie do końca pustą butlę gazową, a kamienie na drodze mają z pół metra średnicy, pruł w dół średnio 40 km/h. Żaden rollercaster nie odda tego, co przeżyliśmy i choć przez następne dwa dni siadanie przychodziło mi z trudem, nie zmienię zdania – warto było.

Wakacje nad Bajkałem
Sludianka skyline

Sludianka. Na dole byliśmy zatem ok. 21:30. Witając się już z gąską zapukaliśmy do turbazy, gdzie planowaliśmy przenocować, a tu „me jo” – brak miejsc (ach, zupełnie jak w Chinach!). Ruszyliśmy zatem w kierunku centrum, zbierając od napotkanych mieszkańców sprzeczne informacje, co do miejscowych hoteli. Sludianka nocą wyglądała jeszcze bardziej przygnębiająco niż w dzień, szczególnie, że znaleźliśmy się na jej obrzeżach. Idąc wzdłuż jedynej oświetlonej ulicy „podziwialiśmy” domki i bloki, które z pewnością pamiętały jeszcze czasy towarzysza Józka. I bylibyśmy się tak błąkali jeszcze długie godziny, gdyby nie spotkanie z panią Iriną, która najpierw uruchomiła wszystkich swoich znajomych w celu odnalezienia dla nas noclegu, a gdy i oni zawiedli, pozwoliła nam przenocować w swoim mieszkaniu. Okazało się, że ma ona krewnych w Hajnówce i polskie korzenie, co znacznie ułatwiło nam odnalezienie wspólnego języka. Dlatego, gdy ostatecznie udało się ustalić, że w hotelu przy dworcu są wolne miejsca w cenie 70 rubli/godz., pani Irina widząc nasze zasmucone tę kwotą twarze bez wahania zaproponowała nam nocleg w swoim mieszkaniu. Na miejscu okazało się, że jest fotografem i pokazała nam wspaniałe zdjęcia trasy kolei krugbajkalskiej. Był to chyba najbardziej niespodziewany i spontaniczny CouchSurfing w moim życiu. Niech żyje rosyjska gościnność!

W sercu Syberii

Pierwszym, a zarazem jedynym przystankiem w naszej transsyberyjskiej podróży był Irkuck. Jednak nasz główny cel to nie nieoficjalna stolica Syberii, lecz położone w jej bliskim sąsiedztwie jezioro Bajkał i góry Chamar Daban.

Wakacje nad Bajkałem
Starbucks w wersji irkuckiej

Irkuck. Miasto położone nad rzeką Angarą powitało nas nad wyraz przyjemną pogodą i jeszcze przyjemniej wyglądającym dworcem, nieopodal którego niezwykle przyjemnie usposobieni mieszkańcy bardzo szybko wskazali nam drogę na najbliższy przystanek. Dosyć szybko znaleźliśmy też bezprzewodowy Internet, nie posiadający żadnych ograniczeń co do odwiedzanych stron – po opuszczeniu Chin rzeczy zupełnie normalne wydawały nam się takie przyjemne. Uosobieniem tej „przyjemności” stał się dla mnie samochód, który uszanował moje pierwszeństwo na przejściu dla pieszych. Niestety, rozkoszując się poziomem cywilizacyjnym Irkucka zatraciliśmy nieco poczucie czasu (choć nie bez winy było tu także zimne rosyjskie piwo, które w końcu miało tyle procent ile trzeba) i na przystanek dotarliśmy spóźnieni na „ostatni dzienny”. Niestety nocnej komunikacji Irkuck nie posiada, więc nie pozostało nam nic innego jak taksówka. Na wyciągnięty kciuk Łukasza, jeden z kierowców zareagował natychmiastowo. Za kurs na drugi koniec miasta zapłaciliśmy 300 rubli (ok. 30 zł). Jak się później dowiedzieliśmy od naszego hosta była to normalna cena za przejechanie tego dystansu. Zatem kolejny plus dla Irkucka – tym razem za brak specjalnej taryfy dla turystów. Minus za to należy się pewnemu pijanemu jegomościowi, który przechodził przez dwupasmową jezdnię w miejscu totalnie nieoznaczonym i nieoświetlonym i tylko cudem dostrzeżony został w porę przez mijających go kierowców (nasz samochód przejechał jakieś 15 cm od niego). Irkuck jako miasto jest dość specyficzny. Brak tutaj wysokich budynków, a w centrum można natrafić jeszcze na drewnianą zabudowę z początku XX w. I miałoby to swój urok, gdyby większość tych budynków nie była w stanie kiepsko-opłakanym. Poza tym wmieszane w archaiczną zabudowę pomniki stylu socrealistycznego również – delikatnie mówiąc – nie zachwycają (szczególnie Polaków). Dość powiedzieć, że centrum miasta stanowi skrzyżowanie ulic Marksa i Lenina, przy którym znajduje się pomnik tego drugiego. Jak się później zdążyliśmy dowiedzieć, sytuacje takie są normą w Rosyjskich miastach, a większość Rosjan nie wstydzi się totalitarnej przeszłości swego kraju, ba, jest z niej nawet dumna.

Wakacje nad Bajkałem
krajobrazy

Bajkał. „Perła Syberii” – tak zwykło nazywać się jezioro Bajkał i przyznać muszę, że niewiele jest przesady w tym określeniu. Widok roztaczający się w pogodne dni z brzegów jeziora trudno bowiem porównać z czymkolwiek. Woda, niemal identycznej barwy jak niebo, odbija niczym lustro górujące nad brzegami pasma górskie. Trudno to opisać – po prostu trzeba zobaczyć. Nasza wizyta nad Bajkałem ograniczyła się niestety tylko do kilku godzin, do tego spędzonych w zapuszczonym turystycznym kurorcie – Sludiance. Mimo to jezioro zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Urzekło nas do tego stopnia, że nie mogliśmy odmówić sobie kąpieli. Nie straszna nam była temperatura wody oscylująca w granicach 12 st. C (znacznie zimniejsza niż w Bałtyku) i chłodny wiatr. Cała nasz trójka dała nura do lodowatej wody i w jeszcze szybszym tempie uciekła w objęcia ciepłego koca. No ale nikt nam nie powie, że nie kąpaliśmy się w Bajkale.