Manhattan. Betonowy las. Jak to określił Albert Camus w swoich dziennikach – pustynia z żelaza i cementu. Mimo, że od wizyty Francuza w Nowym Amsterdamie minęło ponad pół wieku, niewiele się tutaj nie zmieniło. Nowy Jork wcale nie przytłacza przepychem i milionem rozedrganych świateł, ale przede wszystkim jakimś nienazwanym ciężarem amerykańskiego snu, który przerodził się w amerykański koszmar. Tysiące osób protestujących przy Wall Street, kolejne tyle blokujących Brooklyn Bridge, zroszona krwią Ground Zero, nieprzebrane tłumy imigrantów próbujących wyśnić swój amerykański sen. Chodząc ulicami miasta cały czas znajdujesz się w cieniu kilkusetmetrowych skyscrapers, a wokół siebie słyszysz tylko huk ruchu ulicznego i urywane rozmowy, które ludzie prowadzą przez telefony komórkowe. Z apatii w jaką wpadasz idąc prostymi jak strzała ulicami, wyrywa raz po raz nagabywanie ulicznych naciągaczy i meneli. Czytaj dalej Nowy Jork. Wyciśnięta pomarańcza
Archiwum kategorii: Życie
Boston: Podróż to tylko strumień, w którym łowię ryby
Wielu włóczęgów mówi, że podróż albo droga są celem samym w sobie. Trudno się z tym jednak zgodzić – to nie sam fakt podróży, bycia w drodze, decyduje o tym, że człowiek staje się bogatszy w nowe doświadczenia, mądrzejszy życiowo i silniejszy mentalnie. Podroż jest tylko środkiem do poznawania ludzi i odkrywania miejsc, które poruszają cząstkę naszej duszy i zmieniają nas. To właśnie oni i one skłaniają nas do przemyśleń, przewartościowań, zatrzymania się na chwilę i zastanowienia nad własnym życiem czy zmiany spojrzenia na rzeczy, które od zawsze postrzegaliśmy w tych samych barwach. Henry David Thoreau porównał kiedyś czas do strumienia, w którym łowi ryby. To samo można powiedzieć o podróży – wikłamy się w nią po to, aby utrwalać pojedyncze chwile radości i smutku, aby łapać to, czego brakuje nam na co dzień. Cierpliwie czekamy na to co i kto pojawi się na naszej drodze tak jak rybak czeka na ruch spławika. Kiedy już poczujemy szarpnięcie, wiemy, że przygoda nas znalazła i nie możemy jej teraz puścić. Później odkładamy ją na półkę, oznaczamy etykietką i wracamy do niej za każdym razem, kiedy mamy ochotę przeżyć ją jeszcze raz. Czytaj dalej Boston: Podróż to tylko strumień, w którym łowię ryby
Seattle: Podróżowanie samemu, czyli jak otworzyć się na ludzi?
Podróżowanie samemu otwiera na ludzi. Kiedy nie masz się do kogo odezwać, poszukujesz kontaktu bardziej niż zwykle – chętniej pytasz nieznajomych o drogę, przedłużasz rozmowy z ulicznymi naciągaczami, zadając im pytania, których normalnie byś nie zadał, wyczekujesz każdego spotkania zwoływanego przez CouchSurfing. Nawet kiedy samotność na co dzień tobie nie przeszkadza. Ludzie mogą działać jak narkotyk, wciągać ciebie w swój świat, porywać własnymi historiami, pokazywać rzeczy, o których nigdy wcześniej nie słyszałeś. Poznawanie kolejnych ludzi tylko wzmaga ciekawość, kogo spotkasz następnym razem. To naprawdę działa jak narkotyk.
Czytaj dalej Seattle: Podróżowanie samemu, czyli jak otworzyć się na ludzi?
Kalifornia: lobbyści blokują legalizację marihuany
John Lovell jest lobbystą, który zarabia na tym, że Amerykanie nie mogą palić marihuany. To jego praca. Lobbuje policję w Sacramento i kieruje strumień federalnych pieniędzy do Kalifornii, aby te były wydawane na walkę z konopnym przemysłem. Zanim jednak przedstawimy dowody tego procederu, umieśćmy postać Lovella i kontrowersyjną sprawę penalizacji weedu w szerszym kontekście.
Czytaj dalej Kalifornia: lobbyści blokują legalizację marihuany
USA 2011: Plany są po to, aby je zmieniać
Podróż ma to do siebie, że lubi zaskakiwać w najmniej spodziewanym miejscu i czasie. Mnie zaskoczyła w trakcie wykonywania jednej z najmniej porywających czynności na świecie – zmywania garnków ubrudzonych hummusem (nieznany mi dotąd hummus nieco mnie początkowo intrygował, ale po tym jak odkryłem, że w zmywaniu zachowuje się jak kuskus, cała zabawa stała się nudna i przewidywalna). Przy okazji pobytu na campie (nieuważnym bądź nowym czytelnikom przypominam, że wyjechałem do USA w ramach programu work&travel) poznałem grupę przyjaciół, z którymi od kilku tygodni praktycznie się nie rozstajemy. Nietrudno się było domyślić, że ktoś prędzej czy później wysunie propozycję wspólnych wojaży, na którą – jak że by inaczej – wszyscy przystaną. Tak też się stało i oto 29 sierpnia wyruszamy w pięciu (trzech włóczykijów i dwie globtroterki) do parku narodowego Great Smoky Mountains.
Moje plany wzięły w łeb – nie podążę szlakiem Jacka Kerouaca (choć z pewnością poszukam jego śladów na swojej drodze), uda mi się za to odłożyć o trzy tygodnie w czasie moment, w którym będziemy musieli się pożegnać. Nie ukrywam, że będzie mi brakowało codziennych rozmów przy śniadaniu, toastów na cześć każdego, kogo imię usłyszeliśmy po raz pierwszy, nagminnych żartów z trybu pracy życia Justyny (ochrzciliśmy ją Hermioną, zgadnijcie dlaczego?), undergroundowego gotowania niekoszernych potraw w żydowskim ośrodku, zakładania spadających łańcuchów na rowery, nocnego surfowania po Internecie, śpiewów Sebka, opowieści o Sanczu (najmądrzejszym psie na świecie), a nawet spania z otwartymi oczami Icka Tomka (serio, umie spać z otwartymi oczami!). Nie pozostaje mi nic innego jak cieszyć się nadchodzącym miesiącem, który spędzę w doborowym towarzystwie i – mam nadzieję – jeszcze piękniejszych miejscach.
Pracę kończymy 29 sierpnia w Ortonville (Michigan), skąd musimy się przedostać do Gatlinburga (Tennessee) będącego bramą Smoky Mountains, najczęściej i najchętniej odwiedzanych gór w USA (9 mln turystów rocznie). Dzięki wspomnianej już Hermionie udało nam się zarezerwować w przed-przed-przedsprzedaży przejazd liniami autobusowymi z Detroit (Michigan) do Knoxville (Tennessee). Po drodze zatrzymamy się na noc w Pittsburghu, kilka godzin spędzimy również w Waszyngtonie DC. Całość (ponad 1000 mil) wyniosła nas jedynie 10,50 dol. (dla porównania – skrzynka najtańszego piwa w Walmarcie kosztuje 15 dol.). Etap Knoxville-Gatlinburg (ok. 40 mil) pokonamy natomiast za darmo, co okazało się możliwe dzięki uprzejmości jednego z couchsurferów.
Po trzech dniach wspinaczki w Smoky Mountains kierujemy się do Wielkiego Kanionu. Transport powierzyliśmy sprawdzonej marce – Greyhoundowi, który wyniósł nas już nieco więcej, bo 100 dol. Podróż z Knoxville do Flagstaff (Arizona) zajmie nam ponad 12 godzin. Na miejscu mamy zarezerwowane już pole namiotowe (tak, zgadliście – dzięki Hermionie) w cenie 18 dol. za dobę. Co ciekawe, w Ameryce nie płacimy ani za rozbicie namiotu, ani od ilości jego mieszkańców, a za miejsce namiotowe, którego rozmiary zazwyczaj są takie, że można na nim spokojnie pomieścić dwie standardowe dwójki. W Wielkim Kanionie spędzimy cztery dni, których organizacja jeszcze przed nami.
Niestety pożegnanie z Wielkim Kanionem będzie oznaczało również rozstanie naszej piątki. W dalszą drogę ruszam z Tym-Co-Śpi-z-Otwartymi-Oczami. Ruszamy w kierunku San Francisco, a po drodze spróbujemy zahaczyć o Las Vegas i Dolinę Śmierci. Ile z naszych planów uda się zrealizować, zależy od szczęścia i uprzejmości amerykańskich kierowców, gdyż z Arizony do Kalifornii będziemy podróżowali autostopem (ok. 800 mil). W ukochanym mieście bitników spędzimy niemalże tydzień, w trakcie którego z pewnością wybierzemy się na wycieczkę do Alcatraz (reklamowaną jako „Best Tour of the Bay Area”). Ważnym punktem wyprawy jest również całonocny rajd po lokalnych barach, gdzie mamy nadzieję zaznać atmosfery, która tak zauroczyła bitników. Sprawy noclegów jeszcze nie rozwiązaliśmy, aczkolwiek mamy nadzieję na zorganizowanie couchów (utrzymujemy kontakt z couchsurferką, która zaoferowała nam na razie jeden nocleg).
Co dalej? Zobaczymy:)
Żegnając się z moim ośrodkiem Tamarack Camps, udało mi się uzyskać od szefowej podsumowanie naszej dwumiesięcznej pracy. Jako, że do wyobraźni najlepiej przemawiają liczby, przytoczę kilka z nich:
- zaserwowane posiłki – 133 498
- zrobione kanapki z serem (tzw. grilled cheese) – 11 351
- ugotowane piersi kurczaka – 10 640
- ilość startego sera – 2283 funty, co dało razem 1226 pizz
- ilość zrobionego ranchu (takiego sosu sałatkowego) – 168 galonów
- ilość zużytych kartonów jajek na jajecznicę (tak, jajka mamy już rozbite i popakowane w kartony) – 724
- ilość opróżnionych koszy na śmieci – 2040
- pomyte tacki (czyli talerze) – 115 780
- pomyte sztućce – 130 000
- przygotowany sok pomarańczowy – 3 072 galonów
Camp America: codzienność w żydowskim ośrodku
W USA funkcjonuje ponad 12 tysięcy campów, czyli ośrodków kolonijnych dla dzieci i młodzieży. Obok zwyczajnych campów otwartych dla wszystkich bez względu na przynależność rasową, wyznaniową czy sytuację społeczną, istnieją także ośrodki specjalistyczne. Wśród tych ostatnich najliczniejszą grupę stanowią campy żydowskie. Czym różnią się od pozostałych? Czytaj dalej Camp America: codzienność w żydowskim ośrodku
Międzynarodowe prawo jazdy – kiedy warto?
Międzynarodowe prawo jazdy to nic innego jak tłumaczenie naszego zwykłego prawa jazdy. Oczywiście tłumaczenie urzędowo poświadczone, dlatego może uchodzić za dokument w wielu częściach świata. Potrzebujemy go do wjazdu do krajów, które nie podpisały Konwencji Genewskiej O Ruchu Drogowym z 1949 roku. Jest to dokument uniwersalny, który powinien być honorowany na całym świecie. Czytaj dalej Międzynarodowe prawo jazdy – kiedy warto?
Wypad na weekend: Karsiborska Kępa
Karsiborska Kępa to jedno z tych miejsc, które musi zobaczyć każdy turysta spędzający czas na Pomorzu Zachodnim. Dogodna lokalizacja tej niewielkiej wyspy sprawia, że dotrzeć tu można zarówno własnym samochodem, transportem publicznym, rowerem, a nawet kajakiem. Co nas tutaj czeka?
Ogólna charakterystyka: Karsiborska Kępa to ptasi rezerwat położony na małej wysepce połączonej nasypem i siecią dróg z większą wyspą Karsibór. Większość Karsiborskiej Kępy zajmują tereny trawiaste poprzecinane rowami melioracyjnymi. Nie brakuje również trzcinowisk, które – jak można się domyślać – tętnią życiem. Czytaj dalej Wypad na weekend: Karsiborska Kępa
Jeśli marihuana to tylko w Kalifornii
Kalifornia była pierwszym amerykańskim stanem, w którym dopuszczono spożywanie konopi indyjskich w celach leczniczych. Mało brakło, a jako pierwsza zalegalizowałaby posiadanie niewielkiej ilości marihuany na własny użytek bez względu na stan zdrowia. Za dopuszczeniem potu do obrotu opowiada się już prawie połowa Kalifornijczyków. Czytaj dalej Jeśli marihuana to tylko w Kalifornii
Ameryka jakiej nie znacie
Charakterystyczny napis „Hollywood” umieszczony na zboczach góry Lee w Los Angeles wciąż przypomina, że tutaj każdy może przeżyć swój american dream. Jak na ironię, na ekranach amerykańskich kin coraz częściej można oglądać produkcje niezależne, które portretują kraj, takim jaki jest naprawdę. A jaki jest? Przekonajcie się sami. Czytaj dalej Ameryka jakiej nie znacie






