Archiwa tagu: chiny-rosja 2012

798 art – Pekin inny niż zwykle

Pekin to nie tylko potoki Chińczyków przelewające się przez Zakazane Miasto czy podziemia metra, ale przede wszystkim klimatyczne hutongi rozżarzone światłami kolorowych szyldów. Dzisiaj poznaliśmy kolejne – tym razem artystyczne – oblicze tego miasta. 798 Art Zone wydaje się zupełnie nie pasować do robotniczego krajobrazu okolicy, ale nie ulega wątpliwości, że jest to jedno z najciekawszych miejsc w mieście. Czytaj dalej 798 art – Pekin inny niż zwykle

Pekin – powiew normalności

Dzisiejszy dzień zaskoczył nas swoją… normalnością. Obyło się bowiem bez większych zatargów z prawem i klęsk żywiołowych. Odkryliśmy za to jedno z najpiękniejszych miejsce Pekinu, a także poznaliśmy parę Polaków, która w swoich doświadczeniach podróżniczych wyprzedza nas o lata świetlne (tak, tak – challenge accepted!). Poza tym nie mogliśmy sobie darować wizyty w słynącej z ogromnych centrów handlowych dzielnicy Haidian.

Zdobywcy Pałacu Letniego - tutaj Chińczykom nie chciało się wchodzić
fot. Czerwona Torpeda

Pałac Letni. Pałac Le(t)ni to kolejna odwiedzona przez nas siedziba cesarzy chińskich. Choć rozmiarami nie dorównuje może Zakazanemu Miastu, to pod względem malowniczości bije je na głowę. Pałac jest położony w malowniczym parku, na szczycie góry, skąd z jednej strony rozpościera się wspaniały widok na Pekin, z drugiej zaś na otaczające miasto od zachodu, wzgórza. Generalnie nasz pierwszy kontakt z tym miejscem nie był najprzyjemniejszy – najpierw zgubiliśmy się w drodze ze stacji metra do parku, następnie przez pół godziny poruszaliśmy się z prędkością żółwia błotnego na pustyni próbując przebić się przez tłum chińczyków. Na domiar złego zaczęło padać. Jednak to, co stało się później przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Po deszczu po raz pierwszy opadł smog, a na niebie ujrzeliśmy słońce! Do tego wraz ze wzrostem wysokości malał entuzjazm Chińczyków do zwiedzania, co pozwoliło nam po raz pierwszy od kilku dni odpocząć od tłoku. To wszystko w połączeniu z buddyjską świątynią na szczycie góry i otaczającymi ją skałami sprawiło, że wreszcie ujrzeliśmy Pekin w jasnych barwach (dosłownie i w przenośni).

Dzielnica Haidan słynie z elektroniki
fot. J. Staniszewski

Haidan. Dzielnica słynąca ze swego handlowego charakteru powitała nas po wyjściu na powierzchnie ze stacji metra, naprawdę imponującą panoramą nowoczesnych budynków. Wiele z nich to centra handlowe specjalizujące się w sprzedaży sprzętu elektronicznego. Jedno z nich postanowiliśmy „zwiedzić”. Niestety w momencie przekroczenia sklepowych drzwi zostaliśmy zaatakowani przez chińskich sprzedawców oferujących nam najnowsze wyroby tak renomowanych marek jak: Samxung, zPad, czy Goodview. Oczywiście wszystko w bardzo atrakcyjnych cenach. Poza tymi niewątpliwie markowymi produktami, sygnowanymi znakiem jakości „Made in China”, na terenie sklepu znaleźliśmy też wiele wyrobów bardziej znanych w Polsce marek, a ich ceny nie odbiegały jednak znacząco do europejskich standardów. Szczerze mówiąc jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tyle sprzętu elektronicznego w jednym miejscu. Jeżeli ktoś zapytałby mnie, co Chińczycy kochają bardziej do miski ryżu i Przewodniczącego Mao, bez zawahania odpowiedziałbym – elektronikę. My zaś ponad wszystko kochamy chińskie piwo, dlatego gdy w drodze na stację metra zauważyliśmy drogowskaz do Carrefoura, po prostu nie mogliśmy odpuścić takiej okazji. Niestety, sklep okazał się być elementem wielkiej, podziemnej galerii handlowej, w której dwukrotnie zabłądziliśmy i o mao co nie straciliśmy pozostawionych w szafce rzeczy. Ogólnie na zakup sześciu piw straciliśmy przeszło godzinę. Jednak, chyba było warto – cena 0,6 litra to tylko 1,40 zł.

Iza i Wojtek. Musicie wiedzieć jak wielkie było nasze zdziwienie, gdy w jednej z restauracji naszego hutongu dosiadła się do nas średniego wzrostu blondynka i zaczęła do nas mówić… po polsku. Okazało się, że podróżuje ona ze swoim chłopakiem po Azji już od czterech miesięcy, zwiedzając między innymi miejsca tak epickie jak Nepal i Himalaje. Oczywiście spotkanie Polaków za granicą nie mogło skończyć się inaczej, jak tylko wspólnym posiedzeniem przy kieliszeczku „czegoś mocniejszego” (na szczęście nie było to nic chińskiego) i wymianą wzajemnych doświadczeń. Okazało się bowiem, że Iza i Wojtek również planują podróż koleją transsyberyjską i podobnie jak Asia, walczą z rosyjską ambasadą o przyznanie wiz. My za to dowiedzieliśmy się od nich co nieco na temat Chin i innych azjatyckich krajów, a informacje te tylko zaostrzyły nam apetyty na dalsze wojaże (Azjo, drżyj!).

Potop chiński

Kolejny dzień w Chinach po raz kolejny utwierdził nas w przekonaniu, że jest to państwo zgoła odmienne, niespodzianki trafiają się na każdym kroku, a my w dziwny sposób przyciągamy niecodzienne sytuacje. Tym razem poznaliśmy chiński zwyczaj odmawiania backapckersom miejsca w hostelu, brodziliśmy po zalanych wodą ulicach Pekinu, a także spróbowaliśmy zrobić zakupy w chińskim supermarkecie. Czytaj dalej Potop chiński

Odyseja lotnicza 2012

Podróż. 7.07 nastał czas naszego pożegnania z Europą. Ruszamy w lotniczą podróż do Pekinu. Niestety jak to zwykle w naszym przypadku bywa nie może ona odbyć się bez pewnych niewygód. W tym przypadku są nimi godziny spędzone na lotnisku w Moskwie. Licząc od momentu dotarcia na lotnisko w Rydze o 3.15 (GMT +2), do lądowania w Pekinie o godzinie 8.15 dnia następnego czasu (GMT +8) podróż zajęła nam 20 godzin, z czego w samolocie spędziliśmy jedynie połowę tego czasu.

Air Baltic. Te tanie linie okazały się najbardziej ekonomiczną opcją dotarcia do Moskwy. Niestety podczas rejestracji nie wykupiliśmy dodatkowego bagażu rejestrowego, co oznaczało potrzebę skompresowania naszych plecaków do rozmiarów 55x45x20 i odchudzenie ich do masy 8 kg. Oczywiście na pierwszy ogień poszło jedzenie i brudna bielizna. Jednak gdy pozbycie się tych ładunków okazało się niewystarczające musieliśmy podjąć drastyczną decyzję i zdecydować się na podróż „na janka” tzn. w 3 parach spodni, 3 t-shirtach, polarowej bluzie i kurtce. Dodam, że zapowiadana temperatura na ten dzień oscylowała w granicach 30 stopni. Ostatecznie na ubiór „cebulkowy” zdecydował się tylko Stan. Jak się później okazało, niepotrzebnie gdyż Szoszo wszedł na pokład samolotu z pełnym plecakiem, przekraczającym limit rozmiaru chyba dwukrotnie, a i to nie był największy bagaż podręczny wniesiony do naszego samolotu.

Sheremietievo. Międzynarodowe lotnisko w rosyjskiej stolicy powitało nas, jak na lotnisko przystało, kontrolą paszportową. Na szczęście brak wizy, okazał się mniejszym problemem niż przypuszczaliśmy, gdyż udało nam się przeprowadzić check-in bez potrzeby opuszczania naszego terminala. Terminala, który przez następne 10 godzin stał się naszym domem. Przyznać musimy, domem całkiem przytulnym. Klimatyzacja, bezprzewodowy internet (choć dosyć wolny) i w miarę tanie Gamburgjery (nie, nie hamburgery – Gamburgjery) z lotniskowego Burger Kinga (45 rubli) pozwoliły przetrwać nam czas do następnego lotu. Choć przetrwać to za duże słowo. Była to raczej wegetacja i walka z wszechogarniającym znudzeniem. Mówi się, ze inteligentni ludzie się nie nudzą. A i owszem, dlatego też pisaliśmy na Facebooku, blogu, retuszowaliśmy zdjęcia, stworzyliśmy mapkę naszej podróży, ściągnęliśmy mnóstwo aplikacji na naszego smartphona, porozmawialiśmy z wszystkimi chyba dostępnymi osobami na Skypie, czytaliśmy rosyjskie gazety, robiliśmy sobie zdjęcia, jedliśmy, szukaliśmy w sklepach bezcłowych najtańszych słodyczy (wygrało 400 g Snickersa za 4 euro), wypatrywaliśmy pięknych Rosjanek, zwiedziliśmy sąsiedni terminal i wiele, wiele innych. Mimo tych wszystkich „rozrywek” czas zdawał się płynąć w tempie Marcina Wasilewskiego startującego do piłki.

Prasówka z rosyjskich gazet. Owoc naszego znudzenia, czyli przegląd najciekawszych informacji znalezionych w bezpłatnej rosyjskiej prasie (o dziwo pisanej również po angielsku):

  • w pakiecie ustaw wydanych przez rosyjskie władze znalazło się rozporządzenie zakazujące sprzedaży piwa w środkach komunikacji miejskiej. O spożyciu nie było nic wspomniane
  • od 1.07 wzrasta akcyza na alkohol, po jej podwyżce najtańsze 0,5 litra wódki kupimy za 125 rubli (ok. 13 zł). Budżet zarobi dzięki temu 150 mld rubli (ok. 150 mln zł). Kalkulacji strat związanych z ewentualnymi zamieszkami ulicznymi nie przeprowadzono
  • 11% graczy komputerowych w Rosji to gospodynie domowe. Twierdzą one, że nic tak nie odstresowuje po prasowaniu jak partyjka w Call of Duty.

Hainan Airlines. Nasz kolejny przewoźnik. Wiele sobie po nim obiecywaliśmy i nasze oczekiwania doczekały się spełnienia. Również tutaj nie raczyliśmy skorzystać z przywileju nadania bagażu rejestrowego, jednak i tym razem obsługa lotu, w postaci kilku identycznych stewardess nie zwracała uwagi na  to z czym pasażerowie wchodzili na pokład. W końcu okazało się, że nasze podręczne plecaki były jednymi z mniejszych. Krótko po starcie podano ciepłe ręczniki i pierwszy posiłek. W prawdzie zapach wydobywający się z wózka z jedzeniem nie zachęcał do konsumpcji, jednak to negatywne pierwsze wrażenie zostało zatarte przez na prawdę smaczną wołowinę z ryżem i warzywami. Po posiłku oddaliśmy się rozrywkom serwowanym nam przez komputerki umieszczone w siedzeniach przed nami. Filmy, proste gry i muzyka – czegóż więcej potrzeba w samolocie? Rano przed lądowaniem zaserwowano nam jeszcze poranną jajecznicę, ale trudno było się nam na niej skupić (Łukasz prawie ją przespał), za parę minut mieliśmy bowiem stąpać już po Chińskiej ziemi.

Ryga, czyli przeżyć i nie zwariować

Ryga i Wilno, choć pozornie do siebie podobne – z zabytkową starówką z jednej, a komunistycznymi przedmieściami z drugiej strony – okazały się dwoma różnymi światami, A wszystko to za sprawą hostów – na Litwie mieszkaliśmy u 50-letniego bibliofila tylko z przymusu opuszczającego swoje cztery kąty, zaś na Łotwie rozbijaliśmy się po najmodniejszych lokalach z 21-letnim menedżerem, który tylko z rzadka oddawał się temu, co nasz poprzedni host. Aby nie być gołosłownym – biografię Hitlera, którą miał wystawioną na półce, jak sam przyznał, trzyma tylko ze względów estetyczno-efekciarskich (choć fakt braku zainteresowania nią należy jednak postrzegać w kategoriach zalety).

Starówka. Na szczególną uwagę zasługuje ryska starówka – pełna ciasnych przesmyków, bram i alejek. Niestety tak jak w większości miasta i tu obok odnowionych ze smakiem kamienic znajdują się rudery w stanie rozkładu. Poza tym starówkę odradzamy modnym paniom, które nie wyobrażają sobie dnia bez szpilek. Stare miasto usiane średniowiecznymi „kocimi łbami” w połączeniu z wysokimi obcasami stają się śmiertelnie niebezpieczne. Koneserom mocnych wrażeń polecamy natomiast kluby „Pussy Lounge” i „Blow Well”. Z kolei, tym którzy tradycyjnie w najstarszych częściach miasta upatrują źródeł ciekawych historii, polecamy legendy o „szklance” i „wypiętym kocie”, który z wieży budynku przypatruje się okolicy.

Jurmala. Plażowy kurort, gdzie sferom wyższym po prostu nie wypada nie bywać. Jedyne miejsce na Łotwie, do którego wjazd jest płatny, jednak system poboru opłat jest bardzo dziurawy i niezwykle łatwo go oszukać. Miejscowość ta jest o tyle nietypowa, że jeszcze chyba nigdzie na świecie nie widzieliśmy takiego rozwarstwienia społecznego. Z zaprojektowanymi według najnowszych trendów willami rosyjskich oligarchów, sąsiadują drewniane, na pół rozpadające się chałupy, powstrzymywane przed totalnym rozkładem jedynie przez owijającą je siatkę. Sama plaża to nic nadzwyczajnego – woda zimna (sprawdzone na własnej skórze), piasek żółty, a plażowicze pijani – ot typowe bałtyckie wybrzeże. Co ciekawe, o wiele lepiej prezentowała się bezpłatna plaża w samej Rydze, którą odwiedziliśmy następnego dnia.

Łotwa na wakacje
hipsterskie drinki

Host. A jaki był nasz host? „Postać ta stanowiła ucieleśnienie korporacyjnego ducha postkomunistycznej generacji” – stwierdził Stan po przebudzeniu na moskiewskim lotnisku. Przechodząc do konkretów. Ma numery telefonów do pięciu ministrów i prezydenta, prowadzi dwie firmy (zajmujące się doradztwem finansowym) i jedną organizację pozarządową (z obszaru zrównoważonego rozwoju), zarabiając kwoty, o których przeciętny student w jego wieku może tylko pomarzyć. Samochody zmienia jak rękawiczki (choć prawo jazdy ma od pięciu lat, miał ich już sześć), a po kradzieży kołpaków ze swojego Volkswagena Golfa postanowił „pożyczyć” brakującą część z samochodu stojącego na ulicy. Pije tylko najdroższe piwo, naszej polskiej wódki nie chce tknąć, a drinki bierze na kredyt tylko po to, aby następnego dnia jeździć po barach, spłacać długi i witać się z kelnerami i kelnerkami, których zdążył poznać przy okazji podobnych wizyt w nieodległej przeszłości. Z drugiej strony od trzech lat omija bramkę płatniczą prowadzącą na plażę, na którą wjazd kosztuje horrendalną kwotę jednego łata (ok. 6 zł). Na nasze pytanie, jakim autobusem możemy dojechać do centrum, odpowiedział że nie jeździ publicznym transportem, gdyż ten jest tylko dla najbiedniejszej części społeczeństwa i meneli. Wszędzie jeździ samochodem, a na imprezy wozi go 17-letni Tom, który wprawy jako kierowca nabiera od dziesiątego roku życia.

Kraje bałtyckie – pierwsze wrażenie

Pierwszy rozdział podróży, czyli crawl po krajach bałtyckich dobiegł końca. Wrażeń nie brakowało, a autostop i CouchSurfing jak zwykle okazały się bezcenny przy redukcji kosztów wyprawy. Ostatecznie zamknęliśmy się w 75 litach i 15 łatach, a spróbowaliśmy zarówno litewskiej kuchni, jak i absyntu w najbardziej hipsterskiej miejscówce w Rydze. Oto zapis naszych pierwszych wrażeń, powstający dosłownie w podróży.

Litwa na wakacje
czyżby to tu pałała dzięcielina?

Godzina 5:21 (GMT +2), Sybir-trip dzień drugi, nie dalej jak kilkanaście minut temu opuściliśmy na pokładzie autobusu Simple Express nasz piękny kraj, Litwinom (i co gorsza Litwinkom) strasznie śmierdzą stopy, nad okolicznymi stawami unosi się Tolkienowska mgiełka niczym mroczna poświata nad Trupimi Bagnami i generalnie jest już widno. Pokładowe komputerki, które nawiasem mówiąc są genialną opcją, wciąż odmawiają nam dostępu do sieci, mimo że w menu głównym zapraszają do wrzucenia krótkiego posta na Facebooka. My zaś odmówiliśmy sobie filmów, a do wyboru mieliśmy m.in. Tin Tina i Incepcję), nie zabierając z dolnego bagażu słuchawek (podobnie zresztą jak jedzenia). Mimo to piszemy. Litwa, jak dotychczas kraj zaskakująco uporządkowany i … pusty, aczkolwiek to drugie zrzucić można na karb pogranicza. Jedyne czego pod dostatkiem to stacje benzynowe. Mijaliśmy też kilka wiatraków i wież GSM.

Droga trzyma standard polski, choć usilnie rozjeżdżana jest przez tiry. Ogólnie ruch spory. Mijamy kolejne stawki, które przypominają nam, że jeszcze godzinę temu pruliśmy przez Mazury. Spotykamy pierwszych imigrantów z Polski – parę bocianów. Za chwilę wjedziemy do Kalwariji – pierwszego większego miasta na naszej trasie, o czym wiemy dzięki GPS-owi dostępnemu na naszych niezastąpionych komputerkach. Oby były one również na pokładzie wiozących nas wkrótce samolotów. A jednak, niestety miasto miało obwodnicę. Dobrym podsumowaniem dla otaczającej nas przestrzeni może być mickiewiczowska pałająca dzięcieliną. Bez odbioru.

Godzina 18:07 (GMT +2), Sybir-trip dzień czwarty. Siedzimy właśnie w łotewskim odpowiedniku PKS, „pędząc” w kierunku Rygi, ok. godziny 16 przekroczyliśmy granicę łotewsko-litewską na pokładzie marszrutki złapanej przez nas na stopa. Niestety fakt ten (przekroczenia granicy) nie umknął uwadze łotewskich celników i ich psa. Pomimo negatywnego wyniku kontroli (brak narkotyków), musimy zapytać: Strefo Schengen, gdzieś ty? Kolejna negatywna niespodzianka to moja znajomość języka rosyjskiego, która okazała się być jedynie ogólnym pojęciem. Mimo to udało nam się nawiązać dialog z podwożącym nas kierowcą. A wszystko to dzięki Artjomowi Rudnevsowi.

Pierwsze wrażenia z Łotwy, są bardzo podobne do tych litewskich – pusto. Choć pozytywnie na tle sąsiadów z południa wyróżniają się łotewskie przystanki PKS – schludne i wszystkie wykonane w tym samym stylu. Drogi niestety jakości podobnej, czyli słabej. Co do zwiedzonego przez nas miasta – Bauska – to zdecydowanie zaskoczenie in plus. Choć nie wszystko było najnowsze, miasto okazało się zadbane i bardzo dobrze utrzymane. Stąd również pochodził kierowca, który nas podwoził, więc nie wypada nam o tym miejscu pisać źle. Nie mieliśmy tu również problemu z wymienieniem złotówek, nawet pomimo dość późnej godziny przybycia. Tylko kurs okazał się być nieco zaniżony. Mało tego, na dworcu PKS zaznaliśmy również dobrodziejstwa wi-fi – w Polsce rzecz raczej niespotykana.

Sami Łotysze sprawiają wrażenie raczej nieciekawe – gdyby zaopatrzyć ich w kij bejsbolowy i ubrać w podkoszulek, ze spokojem wtopiliby się w tłum dresów patrolujących najbardziej zapuszczone dzielnice polskich miast. Złego słowa nie możemy natomiast powiedzieć o Łotyszkach, które w naszym rankingu urody wyprzedziły już Litwinki (ocena subiektywna jednego z redaktorów) i gonią Polki. Stojąc w centrum miasta z tabliczką „Riga” mieliśmy na czym oko zawiesić i choć ostatecznie musieliśmy zrezygnować z autostopu nas rzecz autobusu, nie żałujemy ani minuty spędzonej na zjeździe przy głównej drodze.

Język rosyjski. Na razie wszystko wskazuje na to, że przy okazji podróży na wschód nie warto liczyć na znajomość innych języków, tylko zaopatrzyć się w rozmówki i gawarit pa ruski. Co prawda łotewski celnik, który zatrzymał nas na granicy błysnął znajomością angielskiego „Hołidej, he?”, jednak resztę dialogu przeprowadził w swoim drugim ojczystym języku.

Wilno, czyli w drogę

Menele pod ratuszem. Jak każdy szanujący się backapacker śniadanie postanowiliśmy skonsumować na ławce w parku. W miejscowym markecie zaopatrzyliśmy się w butelkę kwasu chlebowego (Stan degustował po raz pierwszy i stwierdził, że całkiem, całkiem) i rozsiedliśmy pod ratuszem. Szybko otoczyła nas grupka miejscowych meneli, którzy pierwsze o co zapytali nas w kilku językach, to czy nie poratowali byśmy  ich paroma litasami (tamtejsza waluta). Mówili po rosyjsku, angielsku, niemiecku, litewsku, ale z polskim byli najwyraźniej na bakier – ostatecznie zamiast litasów odpaliliśmy im po dębowym kabanosie. Radości nie było końca.

Deszcz. Podobno nazwa państwa pochodzi od słowa „padać” (lit. lietus). I rzeczywiście – deszcz leje tu często i gęsto, choć nie przeszkadza to polskim wycieczkom przechadzać się po zakamarkach zabytkowej starówki.

litwa na wakacje
Opuszczony kościół Matki Boskiej Pocieszenia i św. Augustyna – ruiny w samym centrum miasta

Wilno. Co nas najbardziej zdziwiło to stopień niedokończenia tego miasta. Z jednej strony mija się tu odnowione z ogromnym rozmachem kamieniczki z drugiej zaś 30 metrową wieżę rozpadającego się kościoła. Powiecie pewnie, że w Polsce mamy to samo. Cóż, może i tak, ale za granicą to zawsze razi bardziej, zwłaszcza w środku starego miasta. Host zapytany o tę sytuację dał odpowiedź najprostszą z możliwych – pieniądze. I ponoć również środki UE niewiele pomagają. Poza tym trafiliśmy akurat na jakieś uroczystości na Uniwersytecie Wileńskim. Grono profesorskie zebrało się w odświętnych strojach przed wejściem do budynku głównego, pośrodku nich stanął rektor, orkiestra odegrała hymn i rozpoczęło się przemówienie dla… samochodów, gdyż bezpośrednio na placu pod uczelnią znajdował się parking. Jakieś grupki ludzi stały tylko po drugiej stronie ulicy i przy wjeździe na plac. Co kraj to obyczaj. Co my tam robiliśmy spytacie? Oczywiście szukaliśmy wi-fi.

Ceny. Cóż niestety wyższe, ale nieznacznie. Generalnie są one identyczne jak w Polsce, tyle że w litach, a te z kolei stoją po ok. 1,2 zł.

Litwini. Według statystyk jest ich ponad 3 miliony, jednak nasz wileński host (50-letni poliglota władający sześcioma językami, posiadający w domu kolekcję kilku tysięcy płyt i jeszcze większej ilości książek, z których wszystkie przeczytał!) ma własną teorię opartą na relacjach… piekarzy. Na podstawie danych dotyczących wypiekanego chleba, przekonywał nas, że ten niewielki kraj zamieszkuje niewiele ponad 2 miliony mieszkańców.

Historia. Jeden z głównych tematów rozmowy z naszym hostem, a zarazem kwestia niezwykle drażliwa na Litwie. W Muzeum Narodowym makieta bitwy pod Grunwaldem opatrzona została opisem „Decydujący moment walki, kiedy na pole bitwy przybywają wojska litewskie”, a nazwę głównej ulicy Wilna zmieniono z ul. Mickiewicza na ul. Giedymina. Mało tego, niegdysiejszy budynek rozgłośni polskiego radia został przemianowany na szpital psychiatryczny dla dzieci, a w przewodnikach dla turystów rozdawanych w informacjach turystycznych Litwini chwalą się, że ich państwo zostało po raz pierwszy wspomniane w źródłach historycznych w 1009 r. Szkoda tylko, że nigdzie nie dodali, że pierwsze wspomnienie dotyczy mordu św. Wojciecha, który wybrał się w te rejony nawracać pogan.

litwa na wakacje
zrujnowany krajobraz Užupis

Užupis. Dzielnica Wilna, która szczyci się własną konstytucją. Miejsce spotkań artystycznej bohemy, które jednak zamiast przyciągać ciekawą architekturą i intelektualno-… atmosferą, odstrasza zrujnowanymi budynkami. Bardziej niż dzielnicę artystyczną przypomina to zalążek komuny hippisowskiej, która właśnie dostała pozwolenie na zagospodarowanie rozpadającego się osiedla. Kto wie, może w przyszłości będzie to coś na miarę duńskiej Christianii?

-as. Niemalże wszystkie słowa po litewsku kończą się na tę końcówkę: Internetas, klubas, skveras, kavas. Niestety dowiadujemy się tego z szyldów i reklam, gdyż większość napotaknych Litwinów rozmawia w języku… rosyjskim. Przechadzając się ulicami Wilna wszystko litwinizujemy (CouchSurferas, hostas), co sprawia nam niemałą radochę. A zgadnijcie jak po litewsku jest whisky?

Mrówki. Nasz host, choć wyjątkowo gościnny, miał małe problemy z opanowaniem porządku w mieszkaniu pod nieobecność matki. Sytuacja ta na rękę była mrówkom, które przez noc zdążyły założyć gniazdo pod naszymi butami. Wszystko wskazuje na to, że kilka z nich zabraliśmy także w podróż do Rygi, bo podczas łapania autostopu zauważyłem jak wylegają z plecaka. Na szczęście po pierwszej fali mrówczej ekspansji, w plecaku panuje cisza i spokój.

CS Report: Dzisiaj znaleźliśmy hosta kilka godzin przed zapadnięciem zmierzchu. Po wysłaniu kilku prywatnych wiadomości do Wileńczyków, nie otrzymaliśmy żadnej pozytywnej odpowiedzi, dlatego wrzuciliśmy ogłoszenie na grupę „Vilnius: last minute request”. Efekt? Po pół godzinie mieliśmy umówiony nocleg u dziennikarza na Zwierzyńcu. 17 zaproszeń, 4 zaakceptowane, najgościnniejsza okazała się Ryga.

Wi-fi Report: Przechadzając się główną ulicą czy po starówce niezabezpieczone hotspoty można znaleźć co rusz. Niestety nie zawsze jest Internet w McDonaldach. Polecamy za to sieć kawiarni Coffee Inn, w których można cieszyć się szybkim, stabilnym Internetem.