Archiwum kategorii: Podróże

Velkommen til Norge

– Cholera! – wykrzyknąłem gdzieś na wysokości skrzyżowania Grunwaldzka/Szylinga. – Nie wziąłem legitymacji! Mknęliśmy właśnie w kierunku dworca PKP moją Fieścinką i byliśmy już na tyle blisko, że żal było się cofać, lecz z drugiej strony mieliśmy na tyle dużo czasu, że dali byśmy radę po dokument wrócić. Stanąłem przed trudną decyzją.

– Spoko, przecież masz ISIC-a. Powinni to przyjąć – uspokajał mnie Gustaw. Ja wiedząc jednak, z jakim pietyzmem PKP egzekwuje zazwyczaj przepisy dotyczące zniżek, już miałem w głowie plan odwołania od mandatu, który niechybnie otrzymam. Przecież ci formaliści potrafią przyczepić się krzywo naklejonego hologramu w legitymacji. Mandat, a w najlepszym wypadku kłótnię z konduktorem mam jak w banku.

Na rozważaniu takich właśnie problemów minęło mi pierwszych kilka godzin podróży. Jak się na szczęście okazało były to problemy urojone, gdyż pani konduktorka podczas kontroli biletów, przyjrzała się tylko uważnie karcie, poprosiła o dowód osobisty, porównała zdjęcia z dość odbiegającym od nich stanem faktycznym mojej facjaty (nie zdążyłem się przed wyjazdem ogolić) i było po bólu. Oczywiście nie byłbym sobą gdybym po powrocie sprawy nie wybadał. Okazało się, ze zostałem potraktowany jak Polak studiujący za granicą, w czym wielka zasługa pani wystawiającej mi legitymację, która wpisała w polu nazwa uczelni „University of Economics”, bez podawania miasta. Zaczęło się zatem całkiem szczęśliwie, choć nieco nerwowo. Był to całkiem niezły prognostyk na następne 11 dni. Ogólnie podróż pociągiem upłynęła w dość sennej atmosferze, na co wpływ miała zarwana tego dnia nocka (dziwnie to brzmi). Tylko jeden z współpasażerów w przedziale próbował wyciągnąć od nas informacje na temat topografii Szczecina. Okazaliśmy się jednak mało pomocni w tej kwestii.

Szczecin powitał nas dość typowym widokiem obdrapanych peronów. Wszędzie kręciło się dużo policji, co powiązaliśmy szybko z odbywającym się tego dnia w Warszawie meczem Legia – Pogoń. Guciu zauważył nawet kilku kibiców. Ja jednak przyzwyczajony do faktu, że kibiców najpierw się słyszy, a dopiero potem widzi, zupełnie nie zwróciłem na nich uwagi. Skupiając się bardziej na odnalezieniu drogi na dworzec. Początkowo oczywiście ruszyliśmy w kierunku zupełnie odwrotnym niż powinniśmy, o czym uświadomił nas jeden z zaczepionych przechodniów. Po krótkiej błąkaninie dotarliśmy w końcu na dworzec. Była to typowa poniemiecka konstrukcja odnowiona w stylu „nie stać nas na remont, to odświeżymy”. Co ciekawe, do końca 2014 r. w Szczecinie powstać ma, podobne do poznańskiego, zintegrowane centrum komunikacji. Na dworcu wisi nawet wizualizacja projektu. Żadnej budowy w okolicy jednak nie zoczyliśmy, więc termin realizacji inwestycji został najwyraźniej przesunięty na „świętego nigdy”. Gustaw całkiem przytomnie, jak na godzinę 7 rano zauważył natomiast pewną integrację dworca głównego z… portem. Jednak to, co zabolało nas bardziej niż brak integracji, to brak McDonalda, gdzie zamierzaliśmy spożyć ostatni mięsny posiłek przed odlotem. Obeszliśmy nawet okolice dworca, ale 24 kg na plecach nie zachęcały do dłuższych poszukiwań. Na śniadanie musieliśmy się zadowoli batonami musli i czekoladą.

Z dworca Szczecin Główny wykupiony mieliśmy przejazd busem na lotnisko w Goleniowie. 15 zł za pokonanie 50 km trasy to w sumie nie najgorsza cena. Zwłaszcza, że po drodze mogliśmy przysłuchać się rozmowie dwóch pracujących w Norwegii Polaków, która bardzo podniosła nas na duchu.

– Ej, a ty bierzesz jakieś fajki – spytał w pewnym momencie swojego łysego kolegi pan z wąsem.

– Czy ja wiem. Chyba nie. Każdy w sumie przywozi i pełno tego, a sam nie palę. – odpowiedział łysiejący towarzysz.

– Co ty gadasz? To dam ci jedne swoje dobra. Nie ważne co byle czerwone. Oni to w każdej ilości kupią. – Na dźwięk tych słów uśmiechnęliśmy się do siebie z Guciem porozumiewawczo, gdyż w moim plecaku leżała sobie spokojnie rakieta czerwonych Marlboro. O popyt mogliśmy być spokojni.

Wzorem zachodnich baz tanich linii lotniczych, goleniowskie lotnisko znajduje się w sercu puszczy. Położenie to tłumaczy po części jego militarna przeszłość. Tak czy inaczej, sam terminal wydał nam się delikatnie mówiąc biedny. Cztery „gate’y” i niewiele więcej gatunków alkoholu w jednym sklepie wolnocłowy, to trochę mało. Zważywszy, że marki trunków również do najbardziej renomowanych nie należały (m.in. lubelskie owocówki, De Luxe i Żubrówka). Trochę to mówi, o tym jacy ludzie z tego lotniska najczęściej latają. Choć brak Smirnoffa czy Absoluta jakoś specjalnie nas nie podłamał, to cena jaką przyszło nam zapłacić za butelkę miodówki i cytrynówki  – 28 zł każda, była lekko demotywująca.

Najgorsze nadeszło jednak wraz z kontrolą bezpieczeństwa. Przez bramkę na został bowiem przepuszczony nasz wierny kompan, dobry duch drużyny i ostoja  – słoik Nutelli. 600 g najczystszego dobra wylądowało w pojemniku na odpady, gdyż w myśl przepisów mogli byśmy przy jego pomocy skonstruować bombę i wysadzić pół lotniska. W akcie desperacji, niczym biblijna matka chcąca uchronić swoje dziecko przed przepołowieniem, próbowałem oddać słoik wraz z zawartością w dobre ręce. Niestety tego dnia takowych na lotnisku w Goleniowie nie było. Żegnaj przyjacielu – wypowiedziałem w duchu i umieściłem słoik w koszu, gdzie spoczął obok flakoników perfum, butelek coli i innych niedozwolonych na pokładzie płynów. Nutello na zawsze pozostaniesz w naszych sercach.

***

W Stavanger wylądowaliśmy około godziny dwunastej. Widząc z okien samolotu ośnieżone górskie szczyty spodziewaliśmy się najgorszego. Tymczasem norweska pogoda obeszła się z nami dość łagodnie. Nie padało. Niebo było w większej części bezchmurne, a temperatura oscylował w granicach 10 stopni. Jednym słowem optymalnie. Po opuszczeniu terminalu zaskoczyła  nas jednak nie tylko słoneczna pogoda.

Pełni nadziej ruszyliśmy w kierunku miejsca, gdzie również w zeszłym roku zaczynała się nasza skandynawska przygoda. W tym roku znajomy przystanek okazał się dla nas jeszcze bardziej łaskawy. Na podwózkę czekaliśmy nie więcej niż 10 min. Co więcej, chłopak który nas zabrał wydawał się być całą tą sytuacją bardziej podjarany niż my sami. Zastaliśmy go w samochodzie robiącego nam zdjęcie. Całą zaś drogę do miasta usiłował je przez swojego iPhona umieścić na Instagramie.  W rewanżu również i my strzeliliśmy „sweet focię”, a naszego nowego znajomego ochrzciliśmy pseudonimem „hipster”.

 Hipster podwiózł nas do samego centrum Stavanger, które w sobotnie popołudnie pełne było oddających się zakupowemu szaleństwu Norwegów. Również i my ruszyliśmy zatem do pobliskiego Intersportu, by kupić kartusz do naszego palnika. Jako, że na rynku dostępne są dwa rodzaje tego typu urządzeń, w momencie zakupu nie mieliśmy 100% pewności czy kupiony nabój pasować będzie do naszego palnika. Jednak i tym razem szczęście się do nas uśmiechnęło i 89 NOK nie wydane zostało na marne. Jeszcze większego farta miałem podczas zakupów w KIWI, gdzie udało mi się upolować ostatniego Kneippa (najpopularniejszy i najtańszy pełnoziarnisty chleb w Norwegii, do kupienia za 8 NOK, normalna cena chleba 20 – 30 NOK), zaklinowanego pomiędzy półkami i ukrytego przed wzrokiem innych klientów. Do tego jeszcze substytut Nutelli marki FirstPrice za 10 NOK i możemy ruszać w teren.

W czasie gdy ja byłem w KIWI Gustaw odkrył, że miejsce w którym się znajdujemy położone jest w sąsiedztwie muzeum ropy naftowej, gdzie na placu zabawa zbudowanym z  elementów platform wiertniczych umieszczona została w zeszłym roku pewna sportowa przepowiednia. Stamtąd ruszyliśmy już na prom, który zabrać nas miał do Tau – miasteczka u podnóża Preikestolen. Podróż stanowiła doskonałą okazję do skorzystania z toalety, podładowania telefonu i połączenia z darmowym WiFi. Warta była zatem swojej ceny 46 NOK. Nie udało nam się za to złapać na promie stopa. Na szczęście dosyć szybko z ronda w centrum miasteczka zgarnął nas obchodzący tego dnia urodziny Jonas. Wracał on akurat z treningu motokrosowego, więc cały samochód zawalony miał zabłoconym sprzętem. Okazał się on na tyle w porządku, że pomimo czekającej w domu urodzinowej kolacji podwiózł nas do miejsca gdzie rozpoczynała się szlak na Preikestolen. Oczywiście wręczyliśmy mu urodzinową pocztówkę i złożyliśmy najserdeczniejsze życzenia, powstrzymując się jednak od śpiewania „Sto lat” (nie chcieliśmy psuć Jonasowi tego szczególnego dnia). Znaleźliśmy się zatem około godziny siedemnastej u stóp Preikestolen. Przed nami cztery godziny wspinaczki po 3,8 km trasie i 334 m przewyższenia do pokonania, na plecach zaś około dwudziesto kilogramowy bagaż.

Skandynawia 2013 – od morza do morza

Powodów zorganizowania tej wyprawy naliczyłem co najmniej kilka. Po pierwsze, musimy nadrobić zaległości z zeszłego roku, kiedy to ze względu na powolnie idący autostop ominęła nas wyprawa na Preikestolen, a przez nasze gapiostwo nie mieliśmy okazji odwiedzić muzeum Muncha w Oslo. Obie te atrakcje znajdują się na naszej trasie w tym roku. Po drugie, Gustaw pozazdrościł mi zeszłorocznych urodzin spędzonych w Skandynawii (pozdrowienia dla Niny) i w tym roku to jego 23 rocznica urodzin obchodzona będzie hucznie i to nie byle gdzie, tylko na Preikestolen właśnie. Po trzecie, sprawdzić musimy ile da się zarobić na przemycie papierosów, a lepszego kraju do uprawiania tego procederu niż Norwegia właściwie nie sposób sobie wymarzyć. Po czwarte, by nie zostać posądzonym o jakiś geograficzny szowinizm, w tym roku poza Norwegią zawitamy również do ojczyzny ABBY, papierowych mebli i kuleczek mięsnych. Jak zatem widzicie po prostu nie mieliśmy wyjścia.

Lot ze Szczecina do Stavanger zarezerwowany jest na 20.04. W minimalizacji kosztów pomógł oczywiście Wizz, choć nie obyło się bez wykupienia dodatkowego bagażu rejestrowego i powiększenia bagażu podręcznego. Mimo tych dodatkowych opłat udało się nam zamknąć w kwocie 93 zł/os. Lot powrotny ze Sztokholmu okazał się niestety jeszcze droższy, gdyż kosztował nas 132 zł/os. Pocieszamy się jednak, że to największe wydatki w budżecie wyprawy i mamy je już za sobą.

UPDATE: Niestety jak zwykle niezawodny WIZZ z „przyczyn handlowych” odwołał nasz lot powrotny, proponując nam inny – 3 dni wcześniej. Na szczęśćie wynegocjowaliśmy powrót tego samego dnia, tylko że do… Gdańska

Jakie atrakcje przygotowała dla nas tym razem Skandynawia? Poza wspomnianym Preikestolen i muzeum Muncha, planujemy wspiąć się na szczyt Gaustatoppen. Najwyższe wzniesienie regionu Telemark i 8 najwyższa góra kraju, o wysokości 1883 m. n.p.m., zachęca przede wszystkim wspaniałą panoramą. W pogodne dni (i oby taki właśnie nam się trafił) na widnokręgu dostrzec można teren o powierzchni 60 000 km kw., czyli prawi 1/6 terytorium Norwegii. Poza tym na szczyt wjechać można kolejką, której trasa wydrążona została we wnętrzu góry. Znając jednak norweskie standardy cenowe raczej nie będzie nas na nią stać.

Planujemy także kąpiel w największym jeziorze Skandynawii Vanern (o ile oczywiście nie będzie zamarznięte) oraz zwiedzanie malowniczo położonej nad jego brzegiem miejscowości Karlstad. Poza tym czeka nas wspaniały weekend w Sztokholmie oraz ponad 1000 km przejechanych autostopem. Krótko mówiąc – będzie się działo. Relacja z wyprawy oczywiście jedynie na łamach choosetravel.pl.

P.S.: Właśnie wybiła 2 w nocy, a my skończyliśmy się pakować. Waga plecaka 22,5 kg. Za 1,5 godz. pobudka i wyjazd. Trzymajcie za nas kciuki i śledźcie relację na choosetravel.pl.

P.S 2.: Obiecujemy, że następne zdjęcia będą wyższej jakości.

Impreza po bałkańsku czyli wakacje w Budvie

Pora nadrobić zaległości. Dwa lata temu w wakacje odwiedziliśmy Bałkany. Podróżowałem wspólnie z moją Agatą – wymarzoną towarzyską podróży;-) W regionie Bałkanów w zasadzie, gdzie człowiek się ruszy, tam czekają na niego niespodzianki i przygody. My zdecydowaliśmy się odwiedzić Czarnogórę. Kraj, który nie tak dawno zyskał niepodległość i mocno postawił na turystykę, czego efekty widać na każdym kroku. Ale po kolei.

Nasza bazą wypadową była Budva – jedno z większych miast nadmorskich w tym młodym kraju. Mieszkańcy chętnie przypominają, że historia tego miejsca sięga aż 2500 lat wstecz. Legenda głosi, że została ona założona przez Kadmosa, fenickiego herosa wydalonego z Teb. Następnie miasto przez stulecia przechodziło z rąk do rąk by ostatecznie, po rozpadzie Jugosławii i odłączeniu od Serbii, zostać częścią Czarnogóry. Pozostałości bogatej historii znajdziemy głównie w obrębie starówki, która mimo odbudowy po tragicznym w skutkach trzęsieniu ziemi z 1979 roku zachowała swój dawny klimat. Od południowej strony miasto jest otoczone górami, które skutecznie chronią od kaprysów pogodowych (średnia temperatura we wrześniu wynosi 34 st. C). Z kolei przed siłą morskich fal miasto ochrania wyspa św. Mikołaja.

Co warto wiedzieć na początek?

Walutą obowiązującą w Czarnogórze jest euro i w związku z tym ceny są mniej korzystne niż np. w pobliskiej Chorwacji. Ponadto kraj jest zorientowany na turystykę. Jeden z przewodników powiedział nam, że w trakcie sezonu letniego w w Budvie się pracuje i zarabia pieniądze, a zimą wyjeżdża do Serbii i wydaje to, co udało się zaoszczędzić. Oferta turystyczna jest skierowana przede wszystkim do Rosjan, dlatego często będziecie nagabywani w języku rosyjskim. Standardowa formułka: My studjenty jak zwykle działa. Musimy zmartwić amatorów plażowania. I bynajmniej nie chodzi ani o brak dogodnych miejsc do zażywania kąpieli, ani o brak leżaków, baldachimów czy parasoli, ale o koszty się z tym wiążące. Na plaży w pobliżu wyspy św. Stefana dwa leżaki pod parasolką kosztowały bagatela 75 euro za dzień. Poza tym, jako że Budva jest położona nad Morzem Adriatyckim, możecie być pewni dwóch rzeczy: plaże będą kamieniste, a przybrzeżne wody pełne jeżowców. Warto zawczasu zaopatrzyć się w specjalne obuwie do pływania (takie za 15 złotych zakupione w markecie z owadem w logo daje radę!), a do leżenia polecamy wziąć coś grubszego niż zwyczajny ręcznik. Oczywiście nie musimy wspominać, że sprzęt do snorkellingu to absolutny must-have!

Gdzie się zatrzymać?

W mieście znajdziecie mnóstwo prywatnych apartamentów w całkiem przystępnych cenach. Nie zdziwcie się, kiedy wasz przybytek będzie znajdował się wciąż w budowie (zauważycie np. wystające pręty zbrojeniowe na dachu) – jest to związane z podatkami, których nie trzeba płacić od nieruchomości, która jest „w budowie”. Można powiedzieć, że Czarnogórcy właśnie budują swój mit wozu Drzymały.

Co jeść?

Przede wszystkim – zaufajcie miejscowym. Idźcie tam gdzie zbierają się grupki lokalsów, pytajcie, pokazujcie na migi, próbujcie nieznanego. Sami mieliśmy okazję zjeść m.in. pyszny makaron z owocami morza czy ogromnego, smażonego na ruszcie hamburgera za raptem 2 euro.

Co zobaczyć?

Koniecznie musicie wybrać się na Starówkę. Jest naprawdę piękna i urokliwa. Istnieje także możliwość przechadzki po murach otaczających cytadelę (o której to możliwości wie chyba mało osób, prócz mieszkańców). Wystarczy tylko znaleźć na nie wejście (nie zdradzimy Wam gdzie jest – sami pobawcie się w odkrywców;-), a rosnące na wyciągnięcie ręki dojrzałe limonki i niecodzienne widoki wynagrodzą wam panujący upał. Polecamy także wycieczkę na wyspę św. Mikołaja, na której znajdziecie urokliwe plaże i bogate życie podwodne. Dostaniecie się na nią wodnymi taksówkami o różnych ciekawych nazwach np. Hakunamatata. Nie przejmujcie się zupełnie wielkim napisem o zakazie wnoszenia swoich produktów spożywczych na wyspę. Nikt nie robi kontroli. Kolejnym obowiązkowym punktem jest niesamowita plaża pod klifami niedaleko starówki. Już samo dotarcie do niej sprawiło nam mnóstwo radości. Inną ciekawą wyprawą może być spacer brzegiem morza do Wyspy św. Stefana. Celowo użyłem słowa „do”, ponieważ na samą wyspę wejść nie można, gdyż znajduję się na niej ekskluzywny hotel przypominający klasztor, w którym gościły takie sławy jak Sophia Loren czy Sylvester Stallone. Na deser do zobaczenia pozostają plaże znajdujące się na zachód od miasta, do których dotrzemy autobusem odjeżdżającym z głównej ulicy Budvy, czyli drogi E65/E80. Odpoczywając na jednej z takich plaż (najlepiej na tej najdalszej – Ploce, która zachwyca niesamowitymi półkami skalnymi) zrozumiecie, jak duży wpływ ma wyspa św. Mikołaja na spokojne morze na miejskich kąpieliskach.

Gdzie się bawić?

Przy głównej promenadzie znajdziemy mnóstwo najróżniejszych klubów. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. My szczególnie polecamy mały klub z charakterystycznymi posągami mrówek przed wejściem, wiszącymi krzesłami oraz rosnącym drzewem w środku. Znajduje się on blisko starówki w małym parku. Warto go szukać, bo można trafić na rewelacyjne kubańskie rytmy grane na żywo przez zespół Cubalcanica. Na amatorów mocnych wrażeń czekają skoki na bungee, skutery wodne, loty na ciągniętym przez motorówkę spadochronie i inne. Nie ma problemu także z wypożyczeniem kajaków czy rowerów wodnych. Dodatkowo co roku pod koniec czerwca w Budvie odbywa się festiwal muzyczny Music Festival Budva, w którym udział biorą wykonawcy z krajów byłej Jugosławii. Można także trafić na koncerty Gorana Bregovicia bez Kayah (jeden z ulubionych dowcipów Czarnogórzan).

Gruzja: Tu na razie jest ściernisko, ale będzie…

W ostatnich latach Gruzja jest jedną z najchętniej wybieranych przez Polaków wakacyjnych destynacji. Nic dziwnego – przyjaźń polsko-gruzińska zacieśniona przez Lecha Kaczyńskiego i Micheila Saakaszwiliego, brak ograniczeń wizowych (polscy obywatele mogą przebywać na terenie Gruzji bez wizy do 360 dni) i zapierające dech w piersiach widoki z przekraczających pięć tysięcy metrów Kazbegi czy Shkhara to wystarczające powody, aby odwiedzić ten niewielki kraj wciśnięty między Kaukaz a Morze Czarne.

O ile jednak przez ostatnie lata pięknem Gruzji zachwycali się Polacy i Izraelczycy (Żydzi od zawsze żyli w symbiozie z prawosławnymi Gruzinami, a w czasach średniowiecza Gruzja była obok Polski jedynym królestwem, w którym panowała tolerancja religijna), o tyle dzisiaj zainteresowanych przybywa – na nadmorskie plaże przyjeżdżają Rosjanie, Ukraińcy, Francuzi, Włosi, Niemcy, a nawet Amerykanie czy Australijczycy. Najwięcej pieniędzy zostawiają jednak Turcy, dla których Gruzja jest krainą rozpusty – alkohol i papierosy kosztują tutaj dwu-, trzykrotnie mniej, a pogranicze usiane jest kasynami, których funkcjonowanie w Turcji jest zakazane.

Jednym z kierowców, który podwiózł mnie przy okazji łapania autostopu na południe kraju był gruziński ex-ambasador, a dzisiaj jedna z głów decyzyjnych w dużej firmie hotelarskiej, Erosi Kicmariszwili. Gruzin pokazał mi Batumi, które jego zdaniem w przeciągu trzech-czterech lat zmieni się w Las Vegas nad Morzem Czarnym. Choć początkowo wydawało mi się to mrzonką i pobożnym życzeniem, po przejażdżce ulicami miasta zmieniłem zdanie. W mieście królują luksusowe cztero- i pięciogwiazdkowe hotele, których wnętrza wyłożone są czerwonymi dywanami, klamki mienią się złotem, a nad głowami ciążą rozłożyste kryształowe żyrandole. Na wybrzeżu spomiędzy hotelowych kompleksów wyrastają biurowce, które widziane z oddali zapewne mają przywodzić na myśl nowojorski Manhattan. Nadmorska promenada obsadzona jest palmami, a na plażach znajdują się bary stylizowane na hawajskie baraki budowane z trzciny. Trudno jednak porównywać Batumi z Las Vegas, Nowym Jorkiem czy Hawajami, skoro miasto wciąż otaczają wsie, w których co drugi mieszkaniec rozwiesza mokre kalesony na sznurkach zawieszonych między blokami, a po ulicach chodzą krowy i biegają kury.

Obok Batumi równie prężnie rozwija się inny nadmorski kurort – Poti. Również tutaj firmy hotelarskie inwestują miliony w najbardziej luksusową infrastrukturę, która ma przyciągnąć rosyjskich i ukraińskich oligarchów, bogatych Europejczyków, a także Turków zamierzających dać upust swojemu id. Jak powiedział mi gruziński ex-ambasador, tego lata do kraju udało się ściągnąć wszystkie największe rosyjskie gwiazdy pop, a rok wcześniej koncert dał Enrique Iglesias. A kojarzycie Natalię Lesz, naszą rodzimą gwiazdkę pop? Po premierze piosenki „Batumi” rząd Gruzji zaprosił ją nad Morze Czarne, sfinansował produkcję teledysku, a także przyznał honorowe obywatelstwo.

Batumi i Poti zmieniają się w centra rozpusty, natomiast pobliska Swanetia upodabnia się do alpejskich kurortów narciarskich rodem z Austrii czy północnych Włoch. W stolicy regionu, ledwie kilkutysięcznej Mestii, wciąż razi dysproporcja między nowowybudowanym stylowym rynkiem a rozpadającymi się chałupami i sunącymi po ulicach Uazami, Komazami czy Ładami, jednak kierunek zmian jest został wytyczony – w przeciągu kilku lat ma powstać tutaj kompleksowa turystyczna infrastruktura, z której odwiedzający będą mogli korzystać zarówno latem, jak i w zimie. Mieszkańcy Swanetii wyprzedzili fakty i już teraz podnieśli ceny za proponowane usługi – przeciętny koszt noclegu z posiłkiem w pensjonacie to 40 lari (ok. 80 zł), który można obniżyć dwukrotnie targując się i zapewniając, że niepotrzebne nam łózko, skoro mamy karimatę, niepotrzebna pościel, ponieważ wzięliśmy ze sobą śpiwór itp. Niemniej w cenie 20 lari otrzymujemy zaledwie dach nad głową – prysznic jest dodatkowo płatny, toaleta może być zarówno elegancka i czysta, jak i okazać się zwykłą dziurą w ziemi, a ogrzewanie, mimo temperatur zbliżających się niebezpiecznie blisko zera, trafiło nam się tylko raz.

Równie kosztowną usługą w Swanetii jest autostop. Przejazd najpopularniejszą trasą z Mestii do Ushghuli (ok. 46 km drogą, której podołają tylko jeepy i niezniszczalne sowieckie bolidy) to koszt 200 lari (od czasu do czasu jakiś frasobliwy kierowca zażyczy sobie jedynie 150 lari), a transport z położonego u podnóży Kaukazu Zugdidi do Mestii wiążę się z wydatkiem co najmniej 15 lari. Podwózki na krótsze dystanse zazwyczaj wiążą się z mniejszymi bądź większymi opłatami, w związku z czym nie pozostaje nic innego jak liczyć na turystów z Europy. Ja miałem szczęście, że natknąłem się na dwóch Izraelczyków, którzy wypożyczonym jeepem wracali z Ushghuli do Mestii i nie dość, że podrzucili mnie do miasta, to jeszcze zaprowadzili do pensjonatu, w którym właścicielka, sześćdziesięcioletnia Pani Guledani, na pytanie „Skolko eta stoit?” odpowiedziała „You can pay, how much you have”.

Gdzie spać w podróży?

Noclegi są jednym z najbardziej kosztownych elementów podróży, dlatego przed wyjazdem warto zorientować się, gdzie i w czym najlepiej spać. W czasach kryzysu, kiedy każdą złotówkę oglądamy dwa razy, popularność zdobywają sieci zrzeszające podróżników, którzy wymieniają się mieszkaniami, wynajmują je innym członkom społeczności, bądź zapraszają do siebie całkowicie za darmo.

CouchSurfing. Z czym to się je? Użytkownicy udostępniają swoje kanapy (ang. couch; stąd nazwa portalu) innym członkom społeczności, a w zamian mogą skorzystać z gościnności innych osób w różnych zakątkach globu. Wszystko odbywa się nieodpłatnie i opiera na zasadzie wzajemnej pomocy bądź zwykłej serdeczności. Z czasem wokół portalu wykształciła się towarzyska otoczka, dlatego dzisiaj możemy mówić już o subkulturze CouchSurferów – obok noclegów można znaleźć tutaj pomysły na spędzenie weekendu, ogłoszenia o imprezach, propozycje wyjazdów na wakacje, oferty wynajmu mieszkania czy informacje o cenach, pogodzie bądź sytuacji politycznej w każdym miejscu na ziemi, w jakim tylko można postawić stopę. Obecnie platforma zrzesza ponad 4 miliony amatorów podróży z 86 tysięcy miast na całym świecie, a Polacy są jedną z jej najaktywniejszych nacji. Sam podróżowałem z wykorzystaniem CouchSurfingu po Europie, Ameryce i Azji i wszędzie – bez względu na różnice kulturowe czy sytuację polityczną – spotykałem się z życzliwością i otwartością innych CouchSurferów. Po pewnym czasie można jednak zauważyć pewne mankamenty pomysłu, a największym z nich jest ciągła niepewność, na kogo trafi się następnym razem. Niektórym przeszkadza także zależność od hosta w kwestii powrotów do domu czy opuszczania mieszkania (czasem problem rozwiązuje się sam, kiedy gospodarz wręcza nam komplet kluczy).

Prywatne apartamenty. Coraz większą popularność zdobywają takie portale jak Wimdu, który notabene reklamuje się nawet hasłem: „Travel like a local”. Korzystając z tego typu platform co prawda płacimy za nocleg, jednak zamiast mieszkać w hotelu, mamy możliwość zasmakować życia mieszkańca Nowego Jorku, Pekinu czy Paryża mieszkając w jego apartamencie. Poza tym, wyjeżdżając na wakacje do innego miasta, nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy udostępnili swoje mieszkanie innemu członkowi społeczności i tym samym zasilili nasze portfele. O ile zaletą CouchSurfingu jest styczność z ludźmi, z którymi mieszkamy – możliwość rozmowy czy wspólnych wyjść na miasto – o tyle wynajmując prywatne apartamenty można przebierać w niecodziennych ofertach, np. cygańskim wozie, mieszkaniu w pociągu czy ekologicznej chatce. Poza tym wynajmując apartament otrzymujemy klucze i zyskujemy prywatną przestrzeń, której brakuje zazwyczaj u CouchSurferów. Również ceny – w porównaniu z hotelami, a nawet hostelami – są atrakcyjne i elastyczne.

Wolontariat. Tydzień pracy na farmie w Niemczech, przeprowadzka na dwa tygodnie do Paryża, do jednego z hosteli w centrum miasta, a następnie podróż do Hiszpanii, gdzie już mamy zaklepane miejsce w niewielkim gospodarstwie agroturystycznym nad morzem. W każdym z tych miejsc w zamian za kilka godzin pracy (zazwyczaj około 5 godz. przez 5 dni w tygodniu) otrzymujemy zakwaterowanie i wyżywienie. Podczas podróży po Norwegii spotkałem hippisa z Niemiec, który właśnie w ten sposób zjeździł całą Skandynawię. Korzystał z sieci WWOOF (World Wide Opportunities on Organic Farms) zrzeszającej farmy ekologiczne. Do jego zajęć należały m.in. prace ogrodnicze, czasem odmalowanie szklarni czy zbieranie owoców. Za jego przykładem sam zacząłem szukać możliwości podróżowania w ten sposób i znalazłem dziesiątki podobnych platform. Ostatecznie zdecydowałem się zarejestrować na Workaway.info, która w bazie miała oferty z wielu egzotycznych miejsc, m.in. Panamy, Amazonii, peruwiańskich Andów czy Kambodży. Przy okazji tegorocznej podróży do Rosji skontaktowałem się z jednym z moskiewskich hosteli, ale ostatecznie plany pokrzyżowały ograniczenia wizowe. Na szczęście abonament w wysokości 15 euro gwarantuje dwuletni dostęp do bazy pracodawców.

Sposobów na podróżowanie tanie, ciekawe i z dala od biur podróży jest wiele. Niektórych może dziwić, że nie wymieniłem hosteli czy namiotu, ale o nich chyba już wszystko zostało powiedziane. Natomiast popularność wszystkich wyżej wymienionych platform szybko rośnie, ale wciąż nie są one obecne w turystycznym mainstreamie. Jeżeli chcesz spędzić wakacje inaczej niż reszta, spróbuj czegoś nowego!

Chiny w obiektywie kamery

Wagony wspomnień, tony pamiątek, tysiące zdjęć i dziesiątki nowych znajomych to nie jedyne bagaże z jakimi wróciliśmy z naszej wyprawy. Kilka ciekawych sytuacji udało się nam również uchwycić w formie filmowej. Trochę to trwało, jednak w końcu materiały te wylądowały w Internecie.

Na początek scenka rodzajowa z rezerwatu małp na Emei Shan:

„Oto jak kupuje się bilety w pekińskim metrze:”

Kupno biletu to jednak nie wszystko. Trzeba jeszcze jakoś wsiąść do wagonu:

A teraz coś z zupełnie innej beczki, czyli jak Chińczycy kontemplują sztukę w swoich licznych muzeach. Tu akurat mamy Muzeum Terakotowej Armii, ale panujący tu klimat przenieść można na wszystkie pozostałe:

Via Baltica Tour, czyli autostop w państwach bałtyckich (cz.2)

urokliwe uliczki starego miasta
urokliwe uliczki starego miasta

Tallinn. Tallinn jest miastem kameralnym – 500 000 mieszkańców. Starówkę i jej okolicę obejść można w dwie godziny (z braku funduszy wszelkie muzea zwiedzałem z zewnątrz), a do wszelkich bardziej oddalonych atrakcji dotrzeć piechotą w nie więcej niż 40 minut. Z odkrytych ciekawostek, w Tallinnie mieści się najstarsza w Europie apteka, oraz baszta o pieszczotliwej nazwie „Gruba Gocha”. Wyższych wieżowców nie stwierdziłem. Znalazłem za to ogromny amfiteatr, gdzie co roku odbywa się największy na świecie festiwal piosenki amatorskiej. Tego dnia akurat odbywał się tam koncert Lady Gagi (dzięki temu wiem, że jej fani wyglądają nie mniej niecodziennie od niej samej). Nie była to jednak jedyna atrakcja kulturalna jaką zaliczyłem tego dnia. Wieczorem pojechałem do starej fabryki wziętej w posiadanie przez środowisko tallińskich hipsterów, gdzie obejrzałem doprawdy fascynujące widowisko. Trzy dziewczyny skaczące po żelaznych instalacjach i robiące przy ich pomocy hałas – chyba jestem zbyt mainstreamowy by to zrozumieć. Następnego dnia postanowiłem wybrać się na plażę. Początkowo zdziwiło mnie, że było tam pełno ludzi (niedziela), lecz nikt nie leżał plackiem na piachu. Gdy spróbowałem rozłożyć się obozem na brzegu, zrozumiałem w czym rzecz. Zewsząd zaczęły atakować mnie bowiem muchy. Wytrzymałem ledwie kwadrans. Musiałem uciekać za wydmy i dopiero tam zaznałem spokojnej popołudniowej drzemki. Resztę dnia spędziłem na ławeczce, korzystając z plażowego wi-fi. Następnego dnia z rana trzeba już było ruszać w drogę. Przyznam szczerze, że stresowałem się nieco gdyż miał to być mój pierwszy samotny autostop.

nocka na autostradzie
nocka na autostradzie

Stopošana. Z Tallina wywiózł mnie Fin, fascynat medycyny alternatywnej, który przez 1,5 godziny opowiadał mi o leczniczych właściwościach witaminy D i kory brzozowej. Jego furgonetkę opuściłem w miejscowości Parnawa i tu moja samotna podróż dobiegła końca. Przyłączyłem się bowiem do Słowaka, który wracał właśnie z wizyty u krewnych w Rosji. Co ciekawe, on mówił po słowacku, ja po polsku i doskonale się rozumieliśmy. Co ważne mój towarzysz doskonale władał także językiem rosyjskim, co pozwoliło odpocząć moim szarym komórkom i wybawiło mnie z obowiązku niezręcznego dukania w tym języku. Razem dotarliśmy do Rygi. Powitała nas tam rzęsista ulewa, dlatego kierowca postanowił wysadzić nas na parkingu jednego z podmiejskich centrów handlowych. Jako, że było jeszcze wcześnie postanowiłem ruszyć w dalszą drogę bez postoju (inna sprawa, że nie udało mi się znaleźć na tę noc hosta). Przejazd z północy na południe miasta zajął mi ok. godziny czym do dziś chwalę się znajomym. Na rogatkach udało mi się nawet złapać autobus podmiejski, który kursuje raz na godzinę, a który wywiózł mnie nieco za miasto. Tam, na rondzie w miejscowości Kekava, spotkałem najdziwniejszego autostopowicza świata. Murzyn, ubrany w lakierki, spodnie uprasowane na kant i tweedowy płaszczyk z malutką torebeczką i plecakiem wybierał się do Paryża. Dodam, że mówił perfekcyjnie po angielsku i gdy zaprosiłem go do złapanego przeze mnie samochodu musiałem zbierać z ziemi koparę, po tym jak okazało się, ze jest… Łotyszem. Wspólnie dotarliśmy do litewskiej miejscowości Panavezys.

nareszcie w Polsce
nareszcie w Polsce

Autostopas. Na litewskiej ziemi stanęliśmy ok. godziny 21:00. Było już zupełnie ciemno, a my znaleźliśmy się na nieoświetlonym węźle autostradowym. Jedynym naszym źródłem światła były dwie LED-owe latareczki. Tak uzbrojeni ruszyliśmy wzdłuż drogi. Ruch był jednak delikatnie mówiąc niewielki. cofnęliśmy się zatem nieco do miejsca, w którym stało kilka latarni. Znaleźliśmy tam wiatkę, która okazała się naszym schronieniem na tę noc. Od mojego nowego przyjaciela byłem w o tyle lepszej sytuacji, że miałem przy sobie śpiwór. On w podróż wybrał się bez jakiegokolwiek niepotrzebnego, jego zdaniem, obciążenia. Użyczyłem mu zatem swojego koca. Około godziny trzeciej nad ranem afrołotewski przyjaciel obudził mnie twierdząc, że złapał stopa, ale tylko dla siebie. Na wpół przytomny zgodziłem się by jechał sam. I tak oto zostałem porzucony. Ja swoją okazję złapałem ok. godziny piątej. Do Polski wwiózł mnie kierowca tira, słuchający porannego różańca i mszy w Radio Maryja i opowiadający w przerwach między kolejnymi dziesiątkami o przydrożnych „kurewkach”. Z nim dotarłem do Białegostoku. Tam zmieniłem resztkę euro i rubli, aby ruszyć do Biedronki, gdzie produkty takie jak mleko, banany i czekolada urosły w moich ustach do rangi najwykwintniejszych dań. Resztką pieniędzy zapłaciłem PKP haracz za przewiezienie mnie rozklekotaną puszką, dumnie zwaną pociągiem, do Poznania. I tak właśnie na peronie czwartym poznańskiego dworca, o godz. 17:07, dnia 28 sierpnia 2012 r. zakończyła się najwspanialsza podróż mojego życia.

Via Baltica Tour, czyli autostop w państwach bałtyckich (cz.1)

Rozstanie i trudne początki. Po spędzonych wspólnie niemalże 2 miesięcznicach, na stacji metra Admiralczeskaya w Petersburgu, nastał czas rozwiązania naszej drużyny. Łukasz powędrował na dworzec autobusowy, a Asia i ja ruszyliśmy w kierunku szosy tallińskiej, gdzie liczyliśmy na złapanie kogoś, kto zechce wywieźć nas z Rosji. Dogodne miejsce znaleźliśmy dzięki niezawodnej Hitchwiki, encyklopedii każdego autostopowicza. Mając w pamięci doświadczenia z Litwy, kiedy chętny do podwózki kierowca odnalazł się dopiero po dwóch godzinach, zakładałem długie oczekiwanie. Dlatego też tym większe było moje zdziwienie, gdy pierwszy samochód zatrzymał się po… 5 minutach (magia kobiety na stopie). Okazało się jednak, że szanowny kierowca chciał raczej zaoferować usługę przewozową i zarobić na kursie w kierunku, gdzie akurat jechał. Podobnie zresztą jak i kilkunastu następnych. Słysząc słowa „autostop” lub bjezpłatno wszyscy jak jeden mąż ruszali z piskiem opon i drwiącym uśmieszkiem (jeden z nich nawet nie zaczekał, aż zamknę drzwi). Ostatecznie z Petersburga wydostaliśmy się po trzech godzinach, choć „wydostaliśmy się” to chyba za dużo powiedziane, gdyż ujechaliśmy raptem 20 km.

Автостоп i granica. Jak widać, autostopowicz w Rosji jest często brany za potencjalnego klienta taksówki. Na szczęście głównie w okolicach większych miastach. Po opuszczeniu Petersburga nie spotkaliśmy się już z takimi pomyłkami. Co więcej, podróż szła nam dosyć sprawnie i późnym popołudniem (ok. 17:00) znaleźliśmy się na granicy, ostatnie 30 km pokonując w niezwykle klimatycznej Ładzie, łudząco podobnej do Fiata 125p. Samo przejście graniczne okazało się natomiast bardzo podobne do tego mieszczącego się pomiędzy Polską a Niemcami w Zgorzelcu/Goerlitz. Dwa miasta Ivangorod i Narwę rozdziela bowiem tylko rzeka (Narwa właśnie), a jedyną możliwością jej przekroczenia jest graniczny most. Pomni doświadczeń z granicy chińsko-rosyjskiej przygotowani byliśmy mentalnie na co najmniej kilka godzin wyczekiwania w kolejce, tłumaczenie się z posiadanych bagażów i inne tego typu niedogodności. Dlatego zdziwieniu naszemu nie było końca, gdy wszystkie formalności udało się załatwić w 20 min. (poszło by jeszcze szybciej gdyby nie mój dwukrotnie zalany paszport i widniejące w nim zdjęcie 14-latka, nijak mające się do obecnej aparycji brodatego włóczęgi). W tym miejscu muszę jednak nadmienić, że nic nie byłoby tak proste bez pomocy niezwykle miłego Estończyka, który w języku polskim wytłumaczył nam dokąd mamy iść i co robić. Jak się później okazało znał on naszą piękną mowę, gdyż na początku lat 90-tych stacjonował jako pilot w bazie wojsk radzieckich nieopodal Szczecina.

Estonia. Co by o Unii Europejskiej nie mówić, to co najmniej jedna rzecz dzięki niej stała się o wiele prostsza – podróżowanie. Ulga jaką poczuliśmy wkraczając w Narwie na terytorium Estonii (a tym samym UE) jest trudna do opisania. Choć do Poznania pozostało jeszcze prawie 1500 km drogi, już tutaj – jedząc chleb z pasztetem na ławeczce pod narewskim zamkiem witającym podróżnych na rubieżach Unii – poczułem się jak w domu. Odnośnie samej Estonii, to gdyby nie fakt, że tamtejszy język ma tyle wspólnego z narzeczami słowiańskimi co burak z motorówką, pomyślałbym, że nazwa kraju wzięła się od słowa estetyczny. Poza tym państwo to słynie jeszcze z co najmniej jednej rzeczy – wszechobecnego Internetu. Wi-fi jest tam dostępne praktycznie wszędzie (również na wspomnianym już skwerku tuz przy granicy), a wiele spraw urzędowych załatwić można on-line. Wg. statystyk jest to jeden z najbardziej zinformatyzowanych krajów świata. Po kilku tygodniach na obczyźnie, kiedy co najmniej kilkadziesiąt minut co dzień schodziło nam na poszukiwaniu bezpłatnego Internetu była to mała rewolucja. Jeżeli zaś chodzi o Estończyków to z charakteru bliżej im do Skandynawów niż Słowian – są wycofani, raczej powściągliwi w wyrażaniu emocji, aczkolwiek bardzo przyjaźnie nastawieni.

Hääletamine. Z Narvy do Tallina dostaliśmy się dość sprawnie, choć nie obyło się bez pieszej przeprawy ze wschodu na zachód przygranicznego miasta. Zajęła ona nam pół godziny. Gdy dodamy do tego, że Narva jest trzecim co do wielkości miastem Estonii, daje nam to pojęcie o rozmiarach tego kraju. Opuściliśmy zatem Narvę ok. 17:30 (zyskując po drodze godzinę na zmianie czasu). Uczynny azerski zapaśnik przewiózł nas jakieś 50 km, wyrzucając na jedynym chyba w Estonii odcinku autostrady. Padało, więc chcąc nam pomóc Azer zostawił nas pod wiaduktem – w miejscu na stopa, delikatnie mówiąc, fatalnym. Do dziś zastanawiam się jakim cudem wydostaliśmy się stamtąd zaledwie po 40 min. I to na pokładzie eleganckiego Renault, należącego do mówiącego po angielsku Estończyka, który wysadził nas 100 metrów od tallińskiej starówki. Plan na następne godziny był prosty – znaleźć hosta na najbliższe dwa dni. Naszą jedyną nadzieją było cotygodniowe spotkanie CouchSurferów. Biorąc pod uwagę fakt, że wracaliśmy z dalekich Chin przyjęcie spotkało nas na nim raczej chłodne. Poza tym zmuszeni zostaliśmy do zamówienia piwa za 3,5 euro, co było dość bolesne dla mojego tygodniowego budżetu w wysokości 20 euro. Ostatecznie przygarnął nas Milan – Słowak, który niedawno przeprowadził się do Tallinna i już gościł parę z Francji (właściwie to oni wynegocjowali nam nocleg). Do mieszkania na obrzeżach Tallinna dotarliśmy o trzeciej w nocy, skrajnie wyczerpani i rozgoryczeni faktem, że musieliśmy jechać tam taksówką, do której wsadzeni zostaliśmy jedynie we dwójkę, a która kosztowała nas kolejne 10 euro.

Petersburg, czyli Wenecja Północy

System kanałów wzorowano na Wenecji, rozkład ulic podpatrzono w Amsterdamie, a przy budowie Pałacu Zimowego architekci za wzór postawili sobie pałac wersalski. Najpierw perła w koronie Piotra Wielkiego, później gwiazda w uszance Lenina, a dla nas wisienka na torcie i zwieńczenie dwumiesięcznej podróży przez całą Azję. Petersburg.

Zabudowa. Petersburg jest jedną z nielicznych kilkumilionowych metropolii na świecie, w której nie uświadczymy wysokich biurowców. Co prawda w 2006 r. Gazprom planował wznieść tutaj 400-metrowy wieżowiec i uczynić ją jedną ze swoich wizytówek, ale zarówno mieszkańcy, jak i ówczesny prezydent Dmitrij Miedwiediew zaprotestowali – skutecznie. W gąszczu stylowych budynków i budyneczków mieści się aż 80 teatrów i ponad 200 muzeów – piwoszom polecamy Muzeum Piwa ulokowane w najstarszym browarze w Rosji, filozofom zmagającym się ze swoim id muzeum „Marzenie Zygmunta Freuda”, a upierdliwym i ciekawskim sąsiadkom olbrzymią makietę Petersburga wraz z pokojem z obrazami z monitoringu miejskiego. Podobno podczas wizyty w tym pokoju jeden z turystów zaobserwował kiedyś napad na staruszkę i przyczynił się do ujęcia przestępcy. Aha, jest jeszcze Muzeum Rasputina, w którym rzekomo znajduje się jego członek. Ile w tym prawdy – nie wiem, ale eksponat to absolutne must-see dla wszystkich, którzy myślą, że to oni mają największego. Podobno Rasputin przebija(ł) każdego.

co zwiedzać w petersburguErmitaż. Jedno z największych muzeów na świecie, w którym pobieżne zapoznanie się z co ważniejszymi dziełami zajmuje bagatela kilka godzin. Oczywiście nie omieszkaliśmy go ominąć, tym bardziej, że wstęp dla studentów był bezpłatny. Jedynym mankamentem było półtoragodzinne wyczekiwanie w kolejce do wejścia. W samym muzeum tłumów już się nie odczuwa – jak na rosyjskie standardy przystało, wszystko zrobiono z rozmachem: sale są olbrzymie, sufity wysokie, żyrandole ciężkie, a ściany mienią się złotem. Sekcja poświęcona artystom rosyjskim jest w porównaniu z resztą muzeum mikroskopijna, a najbardziej znane nazwiska, jakie możemy podziwiać to Monet, Rembrandt, van Gogh i Picasso. Zaczątek kolekcji skompletował na zlecenie carycy Katarzyny Wielkiej sam Denis Diderot, czołowy jajcarz i demaskator XVIII-wiecznej Francji. My najbardziej z wizyty w Ermitażu zapamiętamy spotkanie z Michałem, który usłyszawszy naszą rozmowę w języku polskim i rozpoznając moją fryzurę (a właściwie jej tradycyjny brak) przerwał nam kontemplowania sztuki dyskusję czy zmieniamy hosta czy dalej testujemy jego cierpliwość: -Ej, to Wy, co prowadzicie bloga o podróży do Chin?

Parki. Petersburg to jedna z najbardziej zielonych metropolii, jakie widziałem. Olbrzymi ośrodek parkowy w centrum miasta (m.in. Marsowe Pola, Letniy Sad) z górującym malowniczym Soborem Zmartwychwstania Pańskiego, który moim zdaniem na głowę bije słynną Cerkiew Wasyla Błogosławionego w Moskwie. Poza tym na północy miasta, nad samym morzem, na wyspie Elagin, mieści się petersburski Central Park – miejsce schadzek i niedzielnych spacerów.

co zwiedzać w petersburguPrawosławna msza. Zaciekawiony wybrałem się do jednej z cerkwi i dzielnie stałem przez dwie godziny słuchając monologu popa w języku rosyjskim. Z różnic widocznym gołym, niepraktykującym katolicyzmu okiem, rzuca się przede wszystkim brak ławek oprócz dwóch-trzech niewygodnych desek zainstalowanych z myślą o starszych wiernych. Msza jest znacznie dłuższa (ok. dwóch godzin), a panująca atmosfera znacznie bardziej mistyczna i poważna. Prawosławni zrezygnowali z dziecięcych chórków na rzecz Pussy Riot chóru dostojnych męskich barytonów, którym akompaniował równie dostojny organista. Poza tym trzeba uważać, aby nie przeżegnać się po katolicku, a po prawosławnemu – czyli czoło-klatka piersiowa-prawe ramię-lewe ramię (na znak tego, iż Jezusowi przybito najpierw do krzyża prawą rękę). Znajoma katoliczka, która nieopatrznie przeżegnała się „po naszemu” spotkała się z dość niemiłą reakcją ze strony jednego z wiernych. Z ciekawych historii związanych luźno z cerkwią, to po wyjściu z mszy omal nie oberwałem metalowym prętem od Cygana. Kiedy pręt zadzwonił na wysokości mojej głowy o płot, o który się opierałem, zrobiło się groźnie, ale kiedy wytłumaczyłem próbującemu wysłowić się Cyganowi, że ja nie panimaju szto ty gawarisz, ja Poljak, okazało się, że Cygan umie co nieco po polsku, lubi Polaków i dlatego daruje mi życie portfel.

Wiza rosyjska. Warto wiedzieć, że wizyta w Petersburgu wcale nie musi wiązać się z koniecznością uzyskania wizy. Przybijając do miasta ze zorganizowaną wycieczką od strony Morza Bałtyckiego wystarczy, że wylegitymujemy się ważnym paszportem. Jest jednak jeden warunek – nie możemy zwiedzać miasta na własną rękę, tylko podążać za wcześniej opłaconym przewodnikiem. Samodzielna wizyta wiąże się już z koniecznością wyrobienia wizy turystycznej w rosyjskiej ambasadzie. Koszt wizy wraz z opłatą dla pośrednika i voucherem turystycznym (zastępującym zaproszenie) to koszt ok. 250 zł. Wizy można wyrabiać w Poznaniu i w Warszawie.

Jak wybrać właściwy hostel?

Noclegi za granicą można znaleźć bez większych problemów (korzystając ze specjalnych wyszukiwarek, jak np. HRS), jednak hotel hotelowi i hostel hostelowi nierówny. Hostele to dzisiaj nie tylko sposób na ekonomiczne podróżowanie, ale podróżnicza subkultura – osób, które przemieszczają się od jednego miejsca do drugiego i spotykają razem właśnie w hostelach sącząc wieczorami piwo, słuchając opowieści innych obieżyświatów i opowiadając o tym, co ich spotkało w drodze. Nie każdy jednak hostel znajduje się w łaskach podróżników i nie każdy zauroczy nas atmosferą w nim panującą. Jak więc wybrać ten właściwy?

Przede wszystkim – wybierając hostel warto spojrzeć na jego lokalizację. Niekoniecznie musi być on położony w centrum (aczkolwiek im bliżej, tym lepiej), ale być dobrze skomunikowany z dworcem kolejowym, autobusowym, lotniskiem (zależnie jakim środkiem transportu podróżujemy) czy atrakcjami turystycznymi, które zamierzamy odwiedzić. Serio, oszczędność tych kilku złotych prędzej czy później odbije nam się czkawką – a to okaże się, że bilet na metro podrożał dwukrotnie w porównaniu z tym, co czytaliśmy w przewodniku, albo metro zostanie zalane i zostaniemy uwięzieni na jakichś antypodach, albo będziemy spieszyli się na spotkanie ze znajomymi i przez korki zmarnujemy wieczór i im, i sobie. Wszystkie przykłady wzięte z życia.

Po drugie – czytajcie recenzje, jakie użytkownicy zostawiają w wyszukiwarkach hosteli i zwracajcie uwagę na podpunkt „atmosfera”. Nie ma nic gorszego niż stypa w hostelu. Zwracajcie uwagę, czy hostel oferuje salon towarzyski z bilardem i piłkarzykami, bar albo chociaż ogródek, gdzie można poznać innych podróżników i spędzić wieczór w miły sposób.

Po trzecie – udogodnienia. Rzućcie okiem, czy hostel oferuje wi-fi, pralnię, kuchnię, organizuje wieczorki tematyczne, wycieczki, a może proponuje zniżki na wstępy do różnych miejsc? Często w parze z hostelami idą niewielkie biura podróży, które dla klientów mają dużo przystępniejsze ceny niż dla reszty turystów. Poza tym, bardzo zmyślnym dodatkiem są jednorazowe laczki, które zajmują tyle miejsca co paczka chusteczek higienicznych, w związku z czym nadają się idealnie do zabrania w dalszą podróż.

Cena – w dobie CouchSurfingu płacenie za nocleg może wydawać się niepotrzebne, ale nie pamiętajmy, że hostel to nie tylko wydatek, a inna subkultura, którą również współtworzą ciekawi świata ludzie. Podczas podróży autostopem na Nordkapp dwukrotnie zatrzymywałem się w hostelach i za każdym razem spotykałem tę samą ekipę motocyklistów podróżujących w tym samym kierunku. Na Lofotach wspólnie oglądaliśmy Pulp Fiction pokładając się ze śmiechu i odgrywając scenki z filmu. Innym razem spotkałem ekipę Francuzów podróżujących dookoła świata, a kiedy indziej Holendra jeżdżącego po Chinach autostopem.