Archiwum kategorii: Podróże

Moskwa, czyli metro, metro i jeszcze raz metro. I Lenin

Co zwiedzać w Moskwie
stacja Komsomolskaja

Metro. Jedno z najstarszych funkcjonujących na świecie mieści się właśnie w stolicy Rosji – pierwsza linia została otwarta już w 1935 r. W trakcie drugiej wojny światowej system metra był wykorzystywany jako schron przeciwbombowy, o którego bezpieczeństwie Rosjanie byli bezgranicznie przekonani – na położonej 33 metry pod ziemią stacji Mayakovskaya Józef Stalin wygłosił w 1941 r. mowę upamiętniająca rocznicę Rewolucji Październikowej. Zjeżdżając po schodach ruchomych w dół jednej ze 186 stacji moskiewskiego metra nietrudno sobie wyobrazić, że kilkadziesiąt metrów nad nami toczyła się kiedyś Wielka Wojna Ojczyźniana – utrzymane w socrealistycznym stylu wnętrza, wszędobylskie popiersia Lenina i freski przedstawiające lud pracujący chyba u każdego wywołują wrażenie podróży w czasie. Do moskiewskiego metra należy kilka rekordów – mieszcząca się 84 m pod ziemią stacja Park Pobedy jest trzecią najgłębiej położoną na świecie (po stacji Arsenalna w Kijowie i Admiralteyskaya w Sankt Petersburgu), prowadzą do niej najdłuższe ruchome schody w Europie – 126 metrów, czyli 740 stopni. Metro jest oczywiście jedną z największych atrakcji turystycznych miasta i choć z pewną rezerwą podchodzimy do miejsc okrzykiwanych mianem „main tourist attraction”, moskiewskie metro możemy z czystym sumieniem polecić, bo nie tylko będzie niezapomnianym wrażeniem, ale uzmysłowi, jak głęboko w rosyjskiej świadomości jest wciąż zakorzeniony Lenin i przekonanie o jego wielkości. Wycieczka po najciekawszych stacjach metra zajmuje około dwóch godzin, a jej koszt to 28 rubli (czyli cena biletu na jeden przejazd).

Co zwiedzać w Moskwie
pstrokaty symbol Moskwy

Plac Czerwony. Centrum Moskwy wygląda zgoła odmiennie od reszty miasta – w oczy nie rzucają się popiersia Lenina (zamiast tego mamy m.in. parki, fontanny i posągi bajkowych postaci), a nad całością góruje kolorowa Cerkiew Wasyla Błogosławionego i tylko monumentalizm Kremla przypomina nam o silnej ręce, która ten kompleks wybudowała. Plac Czerwony tylko utwierdza w przekonaniu jak mocne piętno komunizm odcisnął (i wciąż odciska) na historii Rosji – mieści się tutaj mauzoleum Lenina, do którego prowadzi ścieżka obsadzona naturalnej wielkości posągami komunistycznych przywódców XX wieku.

Lenin. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, mauzoleum Włodzimierza Lenina jest jedną z głównych atrakcji turystycznych na Placu Czerwonym. Aby zobaczyć śpiącego przywódcę trzeba odstać około kwadransa w kolejce, aby następnie gęsiego za innymi turystami wejść do klockowatego budynku, zejść do podziemi i w dyskretnie oświetlonej czerwonym światłem komnacie przejść obok gabloty z ciałem wodza. Każdy zatrzymujący się jest poganiany, a rozmawiający uciszany przez strażników. Lenin trzyma się nieźle, choć bardziej przypomina manekina niżeli człowieka. Jeden z naszych hostów powiedział nam, że kilka lat temu pewien naukowiec porównał ciało z gabloty ze zdjęciami Lenina i obwieścił, że sztywniak za pancerną szybą wcale nie jest naczelnym ideologiem komunizmu – rzekomo nie zgadzał się kształt uszu, bo Lenin oryginalny miał je względnie normalne, a ten z mauzoleum nie dość, że małe to jeszcze odstające. Poza tym Lenin z mauzoleum zaczął się już rozpadać i po tym jak odkryto, że kciuk oderwał się od reszty ciała zaciśnięto wodzowi pięść i przykryto ręce starannie ubraniem, aby wyglądał na wodza w jednym kawałku.

Co zwiedzać w Moskwie
u Bułhakowa padały tu głowy, u nas padła jedynie butelka „Szumaka”

Patriarsze Prudy. Park, w którym rozpoczyna się akcja powieści „Mistrz i Małgorzata”. Co prawda nie można kupić w nim morelowego soku, ale w pobliskim sklepie dostaniemy całkiem tanie piwo. O tym, że park jest jednym z plenerów dla powieści Michaiła Bułhakowa informuje znak zakazu, na którym przekreślone są trzy postaci – Azazello, Korowiow i kot Behemot. Oczywiście oznaczenie przestrzega nas przed rozmawianiem z nieznajomymi. W parku spędziliśmy upojne (dosłownie – konsumowaliśmy butelczynę „Szumaka”) popołudnie, przez co spóźniliśmy się kilka godzin do naszego hosta. Na szczęście gospodarz okazał się na tyle wyrozumiały, że po tym jak przygotowaliśmy mu kolację, wychyliliśmy jeszcze po kilka kolejek rosyjskiego Standardu, jednej z najlepszych rosyjskich wódek.

Kitay-Gorod. Spodziewaliśmy się rosyjskiego Chinatown, a zamiast tego otrzymaliśmy dzielnicę jak każda inna. Zero Chińczyków, zero chińskiej tandety, zero chińskich zapachów – bynajmniej nas to nie rozczarowało, bo Chin mieliśmy już dość (za wyjątkiem chińskiej kuchni, która nas urzekła). Długo zastanawialiśmy się dlaczego Rosjanie określają Chiny mianem „Kitaj”, a Chińczyków „Kitajcami” i po przepytaniu wszystkich naszych hostów, z pomocą przyszła dopiero Wikipedia – nazwą Kataj średniowieczni Europejczycy określali Państwo Środka. Nazwa pochodzi od ludu Kitanów, zamieszkującego region północnych Chin w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia po Chr. [Wiemy, że mało kogo to interesuje, ale łamaliśmy sobie nad tym głowę przez kilkanaście dni, więc musiało się to tutaj znaleźć – przyp. aut.]

Co zwiedzać w Moskwie
prawdziwa skarbnica ruskiego kiczu i postsowieckiej spuścizny

Izmailovsky Market. Za radą naszego hosta wybraliśmy się z buta (tak, to już to stadium podróży, kiedy oszczędzasz na metrze) na największy moskiewski targ. Początkowo miałem obawy, że naszym oczom ukaże się rosyjski odpowiednik Silk Marketu, ale na całe szczęście główna stacja zaopatrzeniowa w turystyczne pamiątki okazał się być czymś zgoła odmiennym. W życiu nie widziałem większego targowiska, a można było na nim dostać dosłownie wszystko – od matrioszek Star Warsa, przez stare winyle, nikomu niepotrzebne starocie (np. żetony z klubów nocnych sprzed 50-ciu lat), przepięknie wykonane ikony, koszulki z nieśmiertelnym Leninem, aż po ubrania żywcem wyciągnięte z XIX wieku. Ceny znacznie przystępniejsze niż te znane z chińskich targowisk, a targowanie przebiega znacznie łatwiej i przyjemniej. O ile wizyty w zagłębiach pamiątkowych przyprawiają mnie o ból głowy, o tyle Izmailovsky Market bardzo przypadł mi do gustu.

CouchSurfing. W Moskwie funkcjonuje fantastycznie – gościliśmy u Poznaniaka (u którego spotkaliśmy mówiącego po polsku Łotysza i Polaka wracających do domu z Krasnojarska), u hinduskiego dyplomaty (u którego z kolei integrowaliśmy się z trójką Irańczyków podróżujących po Rosji), a także u Danego, podróżnika pełną gębą, który właśnie wrócił z kilkumiesięcznej wyprawy po Azji, w trakcie której zjechał autostopem m.in. Papuę-Nową Gwineę wraz z innym wielkim rosyjskim wagabundą, Antonem Krotovem.

Chamar-Daban – trekking nad Bajkałem

Wakacje nad Bajkałem
panorama

Chamar Daban. Punktem kulminacyjnym naszych wakacji nad Bajkałem był dla nas dwudniowy trekking w górach Chamar-Daban, zwieńczony zdobyciem Piku Czerskiego (2090 m. n.p.m. nazwa, a jakże, od nazwiska polskiego badacza-zesłańca). Droga na szczyt nie była zbyt trudna, jednak prowadziła wzdłuż strumienia, przez co obfitowała w liczne przezeń przeprawy. W większości miejsc pobudowane były drewniane mostki (po chińskich schodach na szczyt, tą jedynie szczątkową infrastrukturę powitaliśmy z niekrytą ulgą). W pewnym momencie meandrująca rzeka w dwóch miejscach przecinała trakt w taki sposób że wydawało się, że aby iść dalej w górę, trzeba ją pokonać bez pomocy mostu. Wystarczyło natomiast iść wzdłuż zachodniego brzegu. Jako zaprawieni w boju traperzy nie korzystaliśmy z pomocy mapy, więc nie wiedzieliśmy o tym. Cena tej niewiedzy była dla mnie bardzo wysoka. Podczas drugiej przeprawy wylądowałem w strumieniu, który porwał moje buty (szczęśliwie w porę odłowione przez Łukasza) i zamoczył całą zawartość kieszeni z portfelem, paszportem i aparatem fotograficznym włącznie. Ten ostatni z tego szoku niestety już się nie otrząsnął. Spoczywaj w spokoju Nikonie [*]. Ja zaś otrząsnąłem się z całej przygody dość szybko i nawet nie przypłaciłem jej większymi problemami zdrowotnymi, jednak 8-kilometrową drogę do turbazy, w przemoczonym do granic nieprzyzwoitości obuwiu zapamiętam na długo. Na miejsce noclegu dotarliśmy ostatecznie ok. godziny 23:00. Było już zupełnie ciemno i dosyć chłodno. Na ostatnich kilometrach wędrówki towarzyszyli nam młody Rosjanin i jego dziadek (sic!), którzy właśnie byli w trakcie 280-km trekkingu po paśmie Chamar-Daban, o czym niezbicie świadczył rozmiar ich plecaków (nie śmialiśmy spytać, ale na oko minimum 30-40 kg) i posiadany ekwipunek z siekierą i zapasem suszonej kory na rozpałkę na czele. W turbazie nieopodal stacji meteorologicznej, jakieś 4 godz. drogi od szczytu, pod swój dach przygarnęła nas gospodyni ośrodka (niestety nie za darmo – nocleg kosztował 350 rubli od osoby) i uraczyła nas gorącą herbatą. Ja jednak nie miałem już siły czekać na zagotowanie wody. Wtuliłem się tylko w cieplutki śpiwór i zasnąłem jak kamień (ten ze strumyka) suseł.

Wakacje nad Bajkałem
pik Czerskiego i Baltika

Pik Czerskiego. Następnego dnia z rana ruszyliśmy do ataku na szczyt. O ile dotychczasowa trasa nie obfitowała w widowiskowe panoramy, o tyle ostatnie kilka kilometrów wynagrodziło nam to z nawiązką. Pejzaże przywołujące skojarzenia z tolkienowskim Shire, jezioro w kształcie serca i szlak wijący się wśród porośniętych jedynie krzewami zboczy – oto największe skarby Chamar-Daban. Po dotarciu na szczyt nie mogliśmy oczywiście darować sobie rytualnego piwka (niebieska Балтика). Po powrocie do turbazy gospodyni powitała nas gorącą zupą. Był to nasz pierwszy ciepły posiłek od tygodnia (nie licząc herbaty i zupek chińskich) i nie muszę chyba dodawać w jakim tempie ogromny jej garnek zupy został niemal opróżniony. Przed nami wszak dość długa droga na dół. Planowany czas przybycia do Sludianki to godz. 23:00. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy po drodze nie spróbowali złapać stopa. I oczywiście udało się, choć powinienem raczej napisać, że to stop złapał nas. Mieszkający mniej więcej w połowie drogi jegomość zaproponował nam podwózkę, gdyż akurat wybierał się do miasta po nową butlę gazową. Niestety za przyjemność przejechania się Kamazem po górskiej dróżce zmuszeni byliśmy zapłacić 100 rubli od osoby. Nie rozpatruję jednak tej kwoty inaczej niż, jak najlepiej wydane podczas tego wyjazdu pieniądze. Kochany pan kierowca, nie zważając bowiem na fakt, że na pace wiezie trójkę ludzi i nie do końca pustą butlę gazową, a kamienie na drodze mają z pół metra średnicy, pruł w dół średnio 40 km/h. Żaden rollercaster nie odda tego, co przeżyliśmy i choć przez następne dwa dni siadanie przychodziło mi z trudem, nie zmienię zdania – warto było.

Wakacje nad Bajkałem
Sludianka skyline

Sludianka. Na dole byliśmy zatem ok. 21:30. Witając się już z gąską zapukaliśmy do turbazy, gdzie planowaliśmy przenocować, a tu „me jo” – brak miejsc (ach, zupełnie jak w Chinach!). Ruszyliśmy zatem w kierunku centrum, zbierając od napotkanych mieszkańców sprzeczne informacje, co do miejscowych hoteli. Sludianka nocą wyglądała jeszcze bardziej przygnębiająco niż w dzień, szczególnie, że znaleźliśmy się na jej obrzeżach. Idąc wzdłuż jedynej oświetlonej ulicy „podziwialiśmy” domki i bloki, które z pewnością pamiętały jeszcze czasy towarzysza Józka. I bylibyśmy się tak błąkali jeszcze długie godziny, gdyby nie spotkanie z panią Iriną, która najpierw uruchomiła wszystkich swoich znajomych w celu odnalezienia dla nas noclegu, a gdy i oni zawiedli, pozwoliła nam przenocować w swoim mieszkaniu. Okazało się, że ma ona krewnych w Hajnówce i polskie korzenie, co znacznie ułatwiło nam odnalezienie wspólnego języka. Dlatego, gdy ostatecznie udało się ustalić, że w hotelu przy dworcu są wolne miejsca w cenie 70 rubli/godz., pani Irina widząc nasze zasmucone tę kwotą twarze bez wahania zaproponowała nam nocleg w swoim mieszkaniu. Na miejscu okazało się, że jest fotografem i pokazała nam wspaniałe zdjęcia trasy kolei krugbajkalskiej. Był to chyba najbardziej niespodziewany i spontaniczny CouchSurfing w moim życiu. Niech żyje rosyjska gościnność!