Petersburg, czyli Wenecja Północy

System kanałów wzorowano na Wenecji, rozkład ulic podpatrzono w Amsterdamie, a przy budowie Pałacu Zimowego architekci za wzór postawili sobie pałac wersalski. Najpierw perła w koronie Piotra Wielkiego, później gwiazda w uszance Lenina, a dla nas wisienka na torcie i zwieńczenie dwumiesięcznej podróży przez całą Azję. Petersburg.

Zabudowa. Petersburg jest jedną z nielicznych kilkumilionowych metropolii na świecie, w której nie uświadczymy wysokich biurowców. Co prawda w 2006 r. Gazprom planował wznieść tutaj 400-metrowy wieżowiec i uczynić ją jedną ze swoich wizytówek, ale zarówno mieszkańcy, jak i ówczesny prezydent Dmitrij Miedwiediew zaprotestowali – skutecznie. W gąszczu stylowych budynków i budyneczków mieści się aż 80 teatrów i ponad 200 muzeów – piwoszom polecamy Muzeum Piwa ulokowane w najstarszym browarze w Rosji, filozofom zmagającym się ze swoim id muzeum „Marzenie Zygmunta Freuda”, a upierdliwym i ciekawskim sąsiadkom olbrzymią makietę Petersburga wraz z pokojem z obrazami z monitoringu miejskiego. Podobno podczas wizyty w tym pokoju jeden z turystów zaobserwował kiedyś napad na staruszkę i przyczynił się do ujęcia przestępcy. Aha, jest jeszcze Muzeum Rasputina, w którym rzekomo znajduje się jego członek. Ile w tym prawdy – nie wiem, ale eksponat to absolutne must-see dla wszystkich, którzy myślą, że to oni mają największego. Podobno Rasputin przebija(ł) każdego.

co zwiedzać w petersburguErmitaż. Jedno z największych muzeów na świecie, w którym pobieżne zapoznanie się z co ważniejszymi dziełami zajmuje bagatela kilka godzin. Oczywiście nie omieszkaliśmy go ominąć, tym bardziej, że wstęp dla studentów był bezpłatny. Jedynym mankamentem było półtoragodzinne wyczekiwanie w kolejce do wejścia. W samym muzeum tłumów już się nie odczuwa – jak na rosyjskie standardy przystało, wszystko zrobiono z rozmachem: sale są olbrzymie, sufity wysokie, żyrandole ciężkie, a ściany mienią się złotem. Sekcja poświęcona artystom rosyjskim jest w porównaniu z resztą muzeum mikroskopijna, a najbardziej znane nazwiska, jakie możemy podziwiać to Monet, Rembrandt, van Gogh i Picasso. Zaczątek kolekcji skompletował na zlecenie carycy Katarzyny Wielkiej sam Denis Diderot, czołowy jajcarz i demaskator XVIII-wiecznej Francji. My najbardziej z wizyty w Ermitażu zapamiętamy spotkanie z Michałem, który usłyszawszy naszą rozmowę w języku polskim i rozpoznając moją fryzurę (a właściwie jej tradycyjny brak) przerwał nam kontemplowania sztuki dyskusję czy zmieniamy hosta czy dalej testujemy jego cierpliwość: -Ej, to Wy, co prowadzicie bloga o podróży do Chin?

Parki. Petersburg to jedna z najbardziej zielonych metropolii, jakie widziałem. Olbrzymi ośrodek parkowy w centrum miasta (m.in. Marsowe Pola, Letniy Sad) z górującym malowniczym Soborem Zmartwychwstania Pańskiego, który moim zdaniem na głowę bije słynną Cerkiew Wasyla Błogosławionego w Moskwie. Poza tym na północy miasta, nad samym morzem, na wyspie Elagin, mieści się petersburski Central Park – miejsce schadzek i niedzielnych spacerów.

co zwiedzać w petersburguPrawosławna msza. Zaciekawiony wybrałem się do jednej z cerkwi i dzielnie stałem przez dwie godziny słuchając monologu popa w języku rosyjskim. Z różnic widocznym gołym, niepraktykującym katolicyzmu okiem, rzuca się przede wszystkim brak ławek oprócz dwóch-trzech niewygodnych desek zainstalowanych z myślą o starszych wiernych. Msza jest znacznie dłuższa (ok. dwóch godzin), a panująca atmosfera znacznie bardziej mistyczna i poważna. Prawosławni zrezygnowali z dziecięcych chórków na rzecz Pussy Riot chóru dostojnych męskich barytonów, którym akompaniował równie dostojny organista. Poza tym trzeba uważać, aby nie przeżegnać się po katolicku, a po prawosławnemu – czyli czoło-klatka piersiowa-prawe ramię-lewe ramię (na znak tego, iż Jezusowi przybito najpierw do krzyża prawą rękę). Znajoma katoliczka, która nieopatrznie przeżegnała się „po naszemu” spotkała się z dość niemiłą reakcją ze strony jednego z wiernych. Z ciekawych historii związanych luźno z cerkwią, to po wyjściu z mszy omal nie oberwałem metalowym prętem od Cygana. Kiedy pręt zadzwonił na wysokości mojej głowy o płot, o który się opierałem, zrobiło się groźnie, ale kiedy wytłumaczyłem próbującemu wysłowić się Cyganowi, że ja nie panimaju szto ty gawarisz, ja Poljak, okazało się, że Cygan umie co nieco po polsku, lubi Polaków i dlatego daruje mi życie portfel.

Wiza rosyjska. Warto wiedzieć, że wizyta w Petersburgu wcale nie musi wiązać się z koniecznością uzyskania wizy. Przybijając do miasta ze zorganizowaną wycieczką od strony Morza Bałtyckiego wystarczy, że wylegitymujemy się ważnym paszportem. Jest jednak jeden warunek – nie możemy zwiedzać miasta na własną rękę, tylko podążać za wcześniej opłaconym przewodnikiem. Samodzielna wizyta wiąże się już z koniecznością wyrobienia wizy turystycznej w rosyjskiej ambasadzie. Koszt wizy wraz z opłatą dla pośrednika i voucherem turystycznym (zastępującym zaproszenie) to koszt ok. 250 zł. Wizy można wyrabiać w Poznaniu i w Warszawie.

Jak wybrać właściwy hostel?

Noclegi za granicą można znaleźć bez większych problemów (korzystając ze specjalnych wyszukiwarek, jak np. HRS), jednak hotel hotelowi i hostel hostelowi nierówny. Hostele to dzisiaj nie tylko sposób na ekonomiczne podróżowanie, ale podróżnicza subkultura – osób, które przemieszczają się od jednego miejsca do drugiego i spotykają razem właśnie w hostelach sącząc wieczorami piwo, słuchając opowieści innych obieżyświatów i opowiadając o tym, co ich spotkało w drodze. Nie każdy jednak hostel znajduje się w łaskach podróżników i nie każdy zauroczy nas atmosferą w nim panującą. Jak więc wybrać ten właściwy?

Przede wszystkim – wybierając hostel warto spojrzeć na jego lokalizację. Niekoniecznie musi być on położony w centrum (aczkolwiek im bliżej, tym lepiej), ale być dobrze skomunikowany z dworcem kolejowym, autobusowym, lotniskiem (zależnie jakim środkiem transportu podróżujemy) czy atrakcjami turystycznymi, które zamierzamy odwiedzić. Serio, oszczędność tych kilku złotych prędzej czy później odbije nam się czkawką – a to okaże się, że bilet na metro podrożał dwukrotnie w porównaniu z tym, co czytaliśmy w przewodniku, albo metro zostanie zalane i zostaniemy uwięzieni na jakichś antypodach, albo będziemy spieszyli się na spotkanie ze znajomymi i przez korki zmarnujemy wieczór i im, i sobie. Wszystkie przykłady wzięte z życia.

Po drugie – czytajcie recenzje, jakie użytkownicy zostawiają w wyszukiwarkach hosteli i zwracajcie uwagę na podpunkt „atmosfera”. Nie ma nic gorszego niż stypa w hostelu. Zwracajcie uwagę, czy hostel oferuje salon towarzyski z bilardem i piłkarzykami, bar albo chociaż ogródek, gdzie można poznać innych podróżników i spędzić wieczór w miły sposób.

Po trzecie – udogodnienia. Rzućcie okiem, czy hostel oferuje wi-fi, pralnię, kuchnię, organizuje wieczorki tematyczne, wycieczki, a może proponuje zniżki na wstępy do różnych miejsc? Często w parze z hostelami idą niewielkie biura podróży, które dla klientów mają dużo przystępniejsze ceny niż dla reszty turystów. Poza tym, bardzo zmyślnym dodatkiem są jednorazowe laczki, które zajmują tyle miejsca co paczka chusteczek higienicznych, w związku z czym nadają się idealnie do zabrania w dalszą podróż.

Cena – w dobie CouchSurfingu płacenie za nocleg może wydawać się niepotrzebne, ale nie pamiętajmy, że hostel to nie tylko wydatek, a inna subkultura, którą również współtworzą ciekawi świata ludzie. Podczas podróży autostopem na Nordkapp dwukrotnie zatrzymywałem się w hostelach i za każdym razem spotykałem tę samą ekipę motocyklistów podróżujących w tym samym kierunku. Na Lofotach wspólnie oglądaliśmy Pulp Fiction pokładając się ze śmiechu i odgrywając scenki z filmu. Innym razem spotkałem ekipę Francuzów podróżujących dookoła świata, a kiedy indziej Holendra jeżdżącego po Chinach autostopem.

Moskwa, czyli metro, metro i jeszcze raz metro. I Lenin

Co zwiedzać w Moskwie
stacja Komsomolskaja

Metro. Jedno z najstarszych funkcjonujących na świecie mieści się właśnie w stolicy Rosji – pierwsza linia została otwarta już w 1935 r. W trakcie drugiej wojny światowej system metra był wykorzystywany jako schron przeciwbombowy, o którego bezpieczeństwie Rosjanie byli bezgranicznie przekonani – na położonej 33 metry pod ziemią stacji Mayakovskaya Józef Stalin wygłosił w 1941 r. mowę upamiętniająca rocznicę Rewolucji Październikowej. Zjeżdżając po schodach ruchomych w dół jednej ze 186 stacji moskiewskiego metra nietrudno sobie wyobrazić, że kilkadziesiąt metrów nad nami toczyła się kiedyś Wielka Wojna Ojczyźniana – utrzymane w socrealistycznym stylu wnętrza, wszędobylskie popiersia Lenina i freski przedstawiające lud pracujący chyba u każdego wywołują wrażenie podróży w czasie. Do moskiewskiego metra należy kilka rekordów – mieszcząca się 84 m pod ziemią stacja Park Pobedy jest trzecią najgłębiej położoną na świecie (po stacji Arsenalna w Kijowie i Admiralteyskaya w Sankt Petersburgu), prowadzą do niej najdłuższe ruchome schody w Europie – 126 metrów, czyli 740 stopni. Metro jest oczywiście jedną z największych atrakcji turystycznych miasta i choć z pewną rezerwą podchodzimy do miejsc okrzykiwanych mianem „main tourist attraction”, moskiewskie metro możemy z czystym sumieniem polecić, bo nie tylko będzie niezapomnianym wrażeniem, ale uzmysłowi, jak głęboko w rosyjskiej świadomości jest wciąż zakorzeniony Lenin i przekonanie o jego wielkości. Wycieczka po najciekawszych stacjach metra zajmuje około dwóch godzin, a jej koszt to 28 rubli (czyli cena biletu na jeden przejazd).

Co zwiedzać w Moskwie
pstrokaty symbol Moskwy

Plac Czerwony. Centrum Moskwy wygląda zgoła odmiennie od reszty miasta – w oczy nie rzucają się popiersia Lenina (zamiast tego mamy m.in. parki, fontanny i posągi bajkowych postaci), a nad całością góruje kolorowa Cerkiew Wasyla Błogosławionego i tylko monumentalizm Kremla przypomina nam o silnej ręce, która ten kompleks wybudowała. Plac Czerwony tylko utwierdza w przekonaniu jak mocne piętno komunizm odcisnął (i wciąż odciska) na historii Rosji – mieści się tutaj mauzoleum Lenina, do którego prowadzi ścieżka obsadzona naturalnej wielkości posągami komunistycznych przywódców XX wieku.

Lenin. Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, mauzoleum Włodzimierza Lenina jest jedną z głównych atrakcji turystycznych na Placu Czerwonym. Aby zobaczyć śpiącego przywódcę trzeba odstać około kwadransa w kolejce, aby następnie gęsiego za innymi turystami wejść do klockowatego budynku, zejść do podziemi i w dyskretnie oświetlonej czerwonym światłem komnacie przejść obok gabloty z ciałem wodza. Każdy zatrzymujący się jest poganiany, a rozmawiający uciszany przez strażników. Lenin trzyma się nieźle, choć bardziej przypomina manekina niżeli człowieka. Jeden z naszych hostów powiedział nam, że kilka lat temu pewien naukowiec porównał ciało z gabloty ze zdjęciami Lenina i obwieścił, że sztywniak za pancerną szybą wcale nie jest naczelnym ideologiem komunizmu – rzekomo nie zgadzał się kształt uszu, bo Lenin oryginalny miał je względnie normalne, a ten z mauzoleum nie dość, że małe to jeszcze odstające. Poza tym Lenin z mauzoleum zaczął się już rozpadać i po tym jak odkryto, że kciuk oderwał się od reszty ciała zaciśnięto wodzowi pięść i przykryto ręce starannie ubraniem, aby wyglądał na wodza w jednym kawałku.

Co zwiedzać w Moskwie
u Bułhakowa padały tu głowy, u nas padła jedynie butelka „Szumaka”

Patriarsze Prudy. Park, w którym rozpoczyna się akcja powieści „Mistrz i Małgorzata”. Co prawda nie można kupić w nim morelowego soku, ale w pobliskim sklepie dostaniemy całkiem tanie piwo. O tym, że park jest jednym z plenerów dla powieści Michaiła Bułhakowa informuje znak zakazu, na którym przekreślone są trzy postaci – Azazello, Korowiow i kot Behemot. Oczywiście oznaczenie przestrzega nas przed rozmawianiem z nieznajomymi. W parku spędziliśmy upojne (dosłownie – konsumowaliśmy butelczynę „Szumaka”) popołudnie, przez co spóźniliśmy się kilka godzin do naszego hosta. Na szczęście gospodarz okazał się na tyle wyrozumiały, że po tym jak przygotowaliśmy mu kolację, wychyliliśmy jeszcze po kilka kolejek rosyjskiego Standardu, jednej z najlepszych rosyjskich wódek.

Kitay-Gorod. Spodziewaliśmy się rosyjskiego Chinatown, a zamiast tego otrzymaliśmy dzielnicę jak każda inna. Zero Chińczyków, zero chińskiej tandety, zero chińskich zapachów – bynajmniej nas to nie rozczarowało, bo Chin mieliśmy już dość (za wyjątkiem chińskiej kuchni, która nas urzekła). Długo zastanawialiśmy się dlaczego Rosjanie określają Chiny mianem „Kitaj”, a Chińczyków „Kitajcami” i po przepytaniu wszystkich naszych hostów, z pomocą przyszła dopiero Wikipedia – nazwą Kataj średniowieczni Europejczycy określali Państwo Środka. Nazwa pochodzi od ludu Kitanów, zamieszkującego region północnych Chin w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia po Chr. [Wiemy, że mało kogo to interesuje, ale łamaliśmy sobie nad tym głowę przez kilkanaście dni, więc musiało się to tutaj znaleźć – przyp. aut.]

Co zwiedzać w Moskwie
prawdziwa skarbnica ruskiego kiczu i postsowieckiej spuścizny

Izmailovsky Market. Za radą naszego hosta wybraliśmy się z buta (tak, to już to stadium podróży, kiedy oszczędzasz na metrze) na największy moskiewski targ. Początkowo miałem obawy, że naszym oczom ukaże się rosyjski odpowiednik Silk Marketu, ale na całe szczęście główna stacja zaopatrzeniowa w turystyczne pamiątki okazał się być czymś zgoła odmiennym. W życiu nie widziałem większego targowiska, a można było na nim dostać dosłownie wszystko – od matrioszek Star Warsa, przez stare winyle, nikomu niepotrzebne starocie (np. żetony z klubów nocnych sprzed 50-ciu lat), przepięknie wykonane ikony, koszulki z nieśmiertelnym Leninem, aż po ubrania żywcem wyciągnięte z XIX wieku. Ceny znacznie przystępniejsze niż te znane z chińskich targowisk, a targowanie przebiega znacznie łatwiej i przyjemniej. O ile wizyty w zagłębiach pamiątkowych przyprawiają mnie o ból głowy, o tyle Izmailovsky Market bardzo przypadł mi do gustu.

CouchSurfing. W Moskwie funkcjonuje fantastycznie – gościliśmy u Poznaniaka (u którego spotkaliśmy mówiącego po polsku Łotysza i Polaka wracających do domu z Krasnojarska), u hinduskiego dyplomaty (u którego z kolei integrowaliśmy się z trójką Irańczyków podróżujących po Rosji), a także u Danego, podróżnika pełną gębą, który właśnie wrócił z kilkumiesięcznej wyprawy po Azji, w trakcie której zjechał autostopem m.in. Papuę-Nową Gwineę wraz z innym wielkim rosyjskim wagabundą, Antonem Krotovem.

Chamar-Daban – trekking nad Bajkałem

Wakacje nad Bajkałem
panorama

Chamar Daban. Punktem kulminacyjnym naszych wakacji nad Bajkałem był dla nas dwudniowy trekking w górach Chamar-Daban, zwieńczony zdobyciem Piku Czerskiego (2090 m. n.p.m. nazwa, a jakże, od nazwiska polskiego badacza-zesłańca). Droga na szczyt nie była zbyt trudna, jednak prowadziła wzdłuż strumienia, przez co obfitowała w liczne przezeń przeprawy. W większości miejsc pobudowane były drewniane mostki (po chińskich schodach na szczyt, tą jedynie szczątkową infrastrukturę powitaliśmy z niekrytą ulgą). W pewnym momencie meandrująca rzeka w dwóch miejscach przecinała trakt w taki sposób że wydawało się, że aby iść dalej w górę, trzeba ją pokonać bez pomocy mostu. Wystarczyło natomiast iść wzdłuż zachodniego brzegu. Jako zaprawieni w boju traperzy nie korzystaliśmy z pomocy mapy, więc nie wiedzieliśmy o tym. Cena tej niewiedzy była dla mnie bardzo wysoka. Podczas drugiej przeprawy wylądowałem w strumieniu, który porwał moje buty (szczęśliwie w porę odłowione przez Łukasza) i zamoczył całą zawartość kieszeni z portfelem, paszportem i aparatem fotograficznym włącznie. Ten ostatni z tego szoku niestety już się nie otrząsnął. Spoczywaj w spokoju Nikonie [*]. Ja zaś otrząsnąłem się z całej przygody dość szybko i nawet nie przypłaciłem jej większymi problemami zdrowotnymi, jednak 8-kilometrową drogę do turbazy, w przemoczonym do granic nieprzyzwoitości obuwiu zapamiętam na długo. Na miejsce noclegu dotarliśmy ostatecznie ok. godziny 23:00. Było już zupełnie ciemno i dosyć chłodno. Na ostatnich kilometrach wędrówki towarzyszyli nam młody Rosjanin i jego dziadek (sic!), którzy właśnie byli w trakcie 280-km trekkingu po paśmie Chamar-Daban, o czym niezbicie świadczył rozmiar ich plecaków (nie śmialiśmy spytać, ale na oko minimum 30-40 kg) i posiadany ekwipunek z siekierą i zapasem suszonej kory na rozpałkę na czele. W turbazie nieopodal stacji meteorologicznej, jakieś 4 godz. drogi od szczytu, pod swój dach przygarnęła nas gospodyni ośrodka (niestety nie za darmo – nocleg kosztował 350 rubli od osoby) i uraczyła nas gorącą herbatą. Ja jednak nie miałem już siły czekać na zagotowanie wody. Wtuliłem się tylko w cieplutki śpiwór i zasnąłem jak kamień (ten ze strumyka) suseł.

Wakacje nad Bajkałem
pik Czerskiego i Baltika

Pik Czerskiego. Następnego dnia z rana ruszyliśmy do ataku na szczyt. O ile dotychczasowa trasa nie obfitowała w widowiskowe panoramy, o tyle ostatnie kilka kilometrów wynagrodziło nam to z nawiązką. Pejzaże przywołujące skojarzenia z tolkienowskim Shire, jezioro w kształcie serca i szlak wijący się wśród porośniętych jedynie krzewami zboczy – oto największe skarby Chamar-Daban. Po dotarciu na szczyt nie mogliśmy oczywiście darować sobie rytualnego piwka (niebieska Балтика). Po powrocie do turbazy gospodyni powitała nas gorącą zupą. Był to nasz pierwszy ciepły posiłek od tygodnia (nie licząc herbaty i zupek chińskich) i nie muszę chyba dodawać w jakim tempie ogromny jej garnek zupy został niemal opróżniony. Przed nami wszak dość długa droga na dół. Planowany czas przybycia do Sludianki to godz. 23:00. Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy po drodze nie spróbowali złapać stopa. I oczywiście udało się, choć powinienem raczej napisać, że to stop złapał nas. Mieszkający mniej więcej w połowie drogi jegomość zaproponował nam podwózkę, gdyż akurat wybierał się do miasta po nową butlę gazową. Niestety za przyjemność przejechania się Kamazem po górskiej dróżce zmuszeni byliśmy zapłacić 100 rubli od osoby. Nie rozpatruję jednak tej kwoty inaczej niż, jak najlepiej wydane podczas tego wyjazdu pieniądze. Kochany pan kierowca, nie zważając bowiem na fakt, że na pace wiezie trójkę ludzi i nie do końca pustą butlę gazową, a kamienie na drodze mają z pół metra średnicy, pruł w dół średnio 40 km/h. Żaden rollercaster nie odda tego, co przeżyliśmy i choć przez następne dwa dni siadanie przychodziło mi z trudem, nie zmienię zdania – warto było.

Wakacje nad Bajkałem
Sludianka skyline

Sludianka. Na dole byliśmy zatem ok. 21:30. Witając się już z gąską zapukaliśmy do turbazy, gdzie planowaliśmy przenocować, a tu „me jo” – brak miejsc (ach, zupełnie jak w Chinach!). Ruszyliśmy zatem w kierunku centrum, zbierając od napotkanych mieszkańców sprzeczne informacje, co do miejscowych hoteli. Sludianka nocą wyglądała jeszcze bardziej przygnębiająco niż w dzień, szczególnie, że znaleźliśmy się na jej obrzeżach. Idąc wzdłuż jedynej oświetlonej ulicy „podziwialiśmy” domki i bloki, które z pewnością pamiętały jeszcze czasy towarzysza Józka. I bylibyśmy się tak błąkali jeszcze długie godziny, gdyby nie spotkanie z panią Iriną, która najpierw uruchomiła wszystkich swoich znajomych w celu odnalezienia dla nas noclegu, a gdy i oni zawiedli, pozwoliła nam przenocować w swoim mieszkaniu. Okazało się, że ma ona krewnych w Hajnówce i polskie korzenie, co znacznie ułatwiło nam odnalezienie wspólnego języka. Dlatego, gdy ostatecznie udało się ustalić, że w hotelu przy dworcu są wolne miejsca w cenie 70 rubli/godz., pani Irina widząc nasze zasmucone tę kwotą twarze bez wahania zaproponowała nam nocleg w swoim mieszkaniu. Na miejscu okazało się, że jest fotografem i pokazała nam wspaniałe zdjęcia trasy kolei krugbajkalskiej. Był to chyba najbardziej niespodziewany i spontaniczny CouchSurfing w moim życiu. Niech żyje rosyjska gościnność!

W sercu Syberii

Pierwszym, a zarazem jedynym przystankiem w naszej transsyberyjskiej podróży był Irkuck. Jednak nasz główny cel to nie nieoficjalna stolica Syberii, lecz położone w jej bliskim sąsiedztwie jezioro Bajkał i góry Chamar Daban.

Wakacje nad Bajkałem
Starbucks w wersji irkuckiej

Irkuck. Miasto położone nad rzeką Angarą powitało nas nad wyraz przyjemną pogodą i jeszcze przyjemniej wyglądającym dworcem, nieopodal którego niezwykle przyjemnie usposobieni mieszkańcy bardzo szybko wskazali nam drogę na najbliższy przystanek. Dosyć szybko znaleźliśmy też bezprzewodowy Internet, nie posiadający żadnych ograniczeń co do odwiedzanych stron – po opuszczeniu Chin rzeczy zupełnie normalne wydawały nam się takie przyjemne. Uosobieniem tej „przyjemności” stał się dla mnie samochód, który uszanował moje pierwszeństwo na przejściu dla pieszych. Niestety, rozkoszując się poziomem cywilizacyjnym Irkucka zatraciliśmy nieco poczucie czasu (choć nie bez winy było tu także zimne rosyjskie piwo, które w końcu miało tyle procent ile trzeba) i na przystanek dotarliśmy spóźnieni na „ostatni dzienny”. Niestety nocnej komunikacji Irkuck nie posiada, więc nie pozostało nam nic innego jak taksówka. Na wyciągnięty kciuk Łukasza, jeden z kierowców zareagował natychmiastowo. Za kurs na drugi koniec miasta zapłaciliśmy 300 rubli (ok. 30 zł). Jak się później dowiedzieliśmy od naszego hosta była to normalna cena za przejechanie tego dystansu. Zatem kolejny plus dla Irkucka – tym razem za brak specjalnej taryfy dla turystów. Minus za to należy się pewnemu pijanemu jegomościowi, który przechodził przez dwupasmową jezdnię w miejscu totalnie nieoznaczonym i nieoświetlonym i tylko cudem dostrzeżony został w porę przez mijających go kierowców (nasz samochód przejechał jakieś 15 cm od niego). Irkuck jako miasto jest dość specyficzny. Brak tutaj wysokich budynków, a w centrum można natrafić jeszcze na drewnianą zabudowę z początku XX w. I miałoby to swój urok, gdyby większość tych budynków nie była w stanie kiepsko-opłakanym. Poza tym wmieszane w archaiczną zabudowę pomniki stylu socrealistycznego również – delikatnie mówiąc – nie zachwycają (szczególnie Polaków). Dość powiedzieć, że centrum miasta stanowi skrzyżowanie ulic Marksa i Lenina, przy którym znajduje się pomnik tego drugiego. Jak się później zdążyliśmy dowiedzieć, sytuacje takie są normą w Rosyjskich miastach, a większość Rosjan nie wstydzi się totalitarnej przeszłości swego kraju, ba, jest z niej nawet dumna.

Wakacje nad Bajkałem
krajobrazy

Bajkał. „Perła Syberii” – tak zwykło nazywać się jezioro Bajkał i przyznać muszę, że niewiele jest przesady w tym określeniu. Widok roztaczający się w pogodne dni z brzegów jeziora trudno bowiem porównać z czymkolwiek. Woda, niemal identycznej barwy jak niebo, odbija niczym lustro górujące nad brzegami pasma górskie. Trudno to opisać – po prostu trzeba zobaczyć. Nasza wizyta nad Bajkałem ograniczyła się niestety tylko do kilku godzin, do tego spędzonych w zapuszczonym turystycznym kurorcie – Sludiance. Mimo to jezioro zrobiło na nas piorunujące wrażenie. Urzekło nas do tego stopnia, że nie mogliśmy odmówić sobie kąpieli. Nie straszna nam była temperatura wody oscylująca w granicach 12 st. C (znacznie zimniejsza niż w Bałtyku) i chłodny wiatr. Cała nasz trójka dała nura do lodowatej wody i w jeszcze szybszym tempie uciekła w objęcia ciepłego koca. No ale nikt nam nie powie, że nie kąpaliśmy się w Bajkale.

Pogromcy mitów: Kolej Transsyberyjska

Kolej Transsyberyjska i cała otoczka z nią związana – pociąg toczący się powoli pośród bezkresu stepów, hektolitry alkoholu wlewanego do ruskich gardeł, łapówki dla maszynisty, który oświadcza, że nie ruszy dalej dopóki nie zbierze daniny – zdążyła urosnąć do rangi mitu i wciąż jako taki funkcjonuje. Przy okazji przejazdu z Zabajkalska do Moskwy szlakiem transmandżurskim postanowiliśmy zabawić się w pogromców mitów i obedrzeć Kolej Transsyberyjską z legend, w które obrosła.

Po pierwsze, Kolej Transsyberyjska wcale nie jest zajebista. Jest zwyczajnie nudna. Wielogodzinne odcinki bez przystanku bądź z krótkimi postojami, w trakcie których ledwie zdążysz zakupić mityczne pierożki „od babuszek” na dworcu, bynajmniej nie przyprawiają podróżujących o dreszczyk emocji. Zamiast tego w wagonie daje się słyszeć ziewanie i chrapanie, od czasu do czasu przerywane krzykiem dzieci, którym najwyraźniej jednostajny stukot kół wcale nie ułatwia zaśnięcia, Czasami uszu naszych dobiegną dźwięki rozmowy sąsiadów dzielących wspólne kabiny, ale daleko im do burzliwych dyskusji, jakie zwykło się toczyć po alkoholu.

Po drugie, w Kolei Transsyberyjskiej się nie pije. Owszem, pojedyncze osoby sięgają po wódkę, ale czynią to nieśmiało i z rzadka, jakby skrępowani wzrokiem pociągowych abstynentów, którzy stanowią znakomitą większość. W podróż pociągiem z Irkucka do Moskwy za radą przewodnika zaopatrzyliśmy się w butelkę wódki, aby asymilować się z tubylcami i samemu móc czymś uraczyć naszych współtowarzyszy. Nadzieje okazały się jednak płonne i zakupiony przez nas „Szumak” został spożyty już po przyjeździe do Moskwy, na Patriarszych Prudach – w miejscu, w którym zaczyna się akcja powieści „Mistrz i Małgorzata”. I nie wypiliśmy go wcale z Rosjaninem, a z poznanym przygodnie Polakiem.

Kolej Transsyberyjska
pozycja nie do końca leżąca

Po trzecie, leżenie może być męczące. Po ponad stu godzinach spędzonych na hard seatach w chińskich pociągach pierwsze godziny leżakowania na transsyberyjskiej płackarcie były balsamem dla naszego kręgosłupa, jednak do czasu. Cały dzień leżenia, noc z podkurczonymi nogami (łóżka są dość krótkie i wyciągnięcie się może być dla przeciętnego mężczyzny nieco problematyczne), kolejny dzień spędzony na wznak (pech chciał, że mieliśmy miejsca na górze, w związku z czym na łóżku niemożliwym było usiąść), noc na prawym, lewym boku, brzuchu, plecach, półleżąco, z nogą podkurczoną – najpierw prawą, później lewą – zaczęło brakować mi pozycji, a przed nami był jeszcze jeden dzień i jedna noc. Może głupio to zabrzmi, ale 80 godzin leżenia może zmęczyć.

Po czwarte, babuszki oferujące na dworcu przysmaki domowej roboty to bajka. Na każdym dłuższym postoju z nadziejami wylegaliśmy na peron wypatrując koszyków wypełnionych świeżymi pierogami i suszonymi rybami, aby ostatecznie tylko raz spotkać słynne babuszki, o których trąbił nasz przewodnik i relacje czytane w Internecie. Owszem, na każdej stacji można kupić pierogi i inne przekąski – ale zazwyczaj są one sprzedawane w kioskach, barach bądź przydworcowych sklepikach. Babuszki najwyraźniej nie wytrzymują konkurencji i odchodzą na zasłużona emeryturę, ale oddajmy królowi, co królewskie – zakupione od babuszek pierogi były wyśmienite.

Kolej Transsyberyjską celnie podsumował nasz moskiewski host Dany: – To marka wykreowana przez Lonely Planet. Wydali własny przewodnik opisujący szlak transsyberyjski i od razu namnożyło się „bakcpackersów” – tutaj zrobił gest cudzysłowu – ale nie takich prawdziwych, tylko zachodnich turystów z plecakami, którzy chcą być modni, a teraz modna jest Kolej Transsyberyjska. A to tylko pociąg; pociąg i nic więcej. Leżysz przez tydzień na łóżku po to żeby zrobić sobie kilka fotek nad Bajkałem i pochwalić się przed znajomymi na Facebooku. Nie widzisz prawdziwej Rosji, jej dzikiej przyrody i zapuszczonych wsi, tylko przestrzeń wagonu z samowarem, czystym kiblem i odkurzoną podłogą.


Koszty. Za trzy bilety (Zabajkalsk-Irkuck, Irkuck-Moskwa, Moskwa-Petersburg) zapłaciliśmy dokładnie 1237,50 zł. Poszczególne odcinki kosztowały natomiast:

  • Zabajkalsk–Irkuck (czas podróży 29:20), cena płackarty 3 097 RUB/os.
  • Irkuck-Moskwa (czas podróży 81:59), cena płackarty 5 692 RUB/os.
  • Moskwa – Petersburg (czas podróży: 08:27), cena płackarty 1 533 RUB/os.

Bilety kupowaliśmy przez pośrednika Wspólnota 2000, dlatego do każdego biletu była naliczana dodatkowa opłata w wysokości 30 zł. Koszt stosunkowo niewielki jak na bezproblemowe załatwienie wszystkiego przez Internet. Z Koleją Transsyberyjską jest taki myk, że większość biletów trafia do agencji turystycznych jeszcze przed otwartą sprzedażą i niełatwo dostać bilet ot tak, w kasie na dworcu.

Daleko jeszcze?

Po 27 dniach pobytu w Chinach przyszedł w końcu czas by pożegnać się z Państwem Środka, jego zwyczajami, charakterystycznym budownictwem, a przede wszystkim z jego obywatelami. Szczerze mówiąc to od pewnego czasu wyczekiwaliśmy tego momentu z utęsknieniem, bo jak to mówią – co za dużo to nie zdrowo.

kolej transsyberyjska
Stepowe Las Vegas

Manzhouli. Do tej chińskiej przygranicznej miejscowości dotarliśmy po kolejnym 38-godzinnym kolejowym maratonie. Na miejsce nasz pociąg przybył z dwugodzinnym opóźnieniem, ok. godz. 22:00. Znaleźliśmy się zatem w nocy, w obcym mieście, bez zaplanowanego noclegu. W głowie kłębiła się w zasadzie już tylko jedna myśl – jak najszybciej do Rosji. W sumie to bliskość naszego wschodniego sąsiada była największym atutem Manzhouli. Dzięki temu większość osób mówiła po rosyjsku, a w sklepach można było dostać rosyjskie produkty. Korzystając z tych okoliczności zabraliśmy się z dworca do centrum z grupką Rosjan (jak się następnego dnia okazało zupełnie niepotrzebnie, bo dystans na jaki przewieziono nas za 50 juanów, to raptem 15 minut marszu), a na kolację spożyliśmy bułki z dżemem (choć jedzenie znacząco utrudniali nam uliczni sprzedawcy oraz przeprowadzające na nas desant chrabąszcze). Mimo dosyć późnej pory miasto rozświetlone było blaskiem neonów informujących głównie w języku rosyjskim o dostępnym asortymencie. Generalnie Manzhouli pełni rolę swego rodzaju centrum handlowego dla Rosjan. Mogą oni kupić tu dosłownie wszystko – od części samochodowych poczynając, poprzez różnego rodzaju alkohole i artykuły codziennego użytku, na rosyjskich (sic!) pamiątkach kończąc. Miasto wyrasta pośrodku stepu, górując nad nim stylizowanymi na socrealistyczny styl wieżowcami i kiczowatymi pałacykami, których tandetę dodatkowo podkreślają neony we wszystkich barwach tęczy. Choć w chwili naszego przybycia wiele sklepów było jeszcze otwartych, teraz powoli już je zamykano. Dla nas był to niechybny znak, że czas udać się na spoczynek. Tylko gdzie? Zaproponowany nam podczas podwózki hotel w cenie 350 juanów za osobę znajdował się dalece poza naszym finansowym zasięgiem. Udaliśmy się zatem starym, traperskim sposobem do KFC po kartony i używając ich za podłoże rozbiliśmy obóz na klatce schodowej jednego z hoteli. Po mniej więcej 40 minutach zmuszeni zostaliśmy jednak do skonsultowania legalności naszego obozowiska z administracją hotelu. Ta zazwyczaj dosyć nieprzyjemna powinność tym razem okazała się zbawienna w skutkach. Na siódmym piętrze hotelu odkryliśmy bowiem otwartą całą dobę restaurację, gdzie zjedliśmy pysznego piroga i przesiedzieliśmy dobrą godzinę. Następnie zaś rozsiedliśmy się na kanapach w recepcji i w końcu mogliśmy spokojnie zasnąć.

kolej transsyberyjska
ostatnie zdjęcie z Chin

Na granicy. Następny dzień upłynął pod znakiem poszukiwania transportu do Zabajkalska. W końcu chętny do przewiezienia nas autobus znaleźliśmy na dworcu, znajdującym się w najdalszym chyba zakątku miasta. Nauczeni doświadczeniem z dużą nieufnością podeszliśmy do chińskiego kierowcy i „pilota” wycieczki. Wynikło stąd dosyć spore nieporozumienie już podczas pakowania się do autobusu, kiedy zażądano od nas 100 rubli dopłaty za umieszczenie naszych plecaków w dolnym luku. Okazało się jednak, że nie jest to próba oszustwa, lecz normalna drobnym-druczkiem-pisana formalność. Podobnie zresztą jak kwit wydawany na granicy za taką samą opłatą. Do dziś nie wiem, po co on był, ani co takiego było na nim napisane. Wiem tylko, że skoro wszyscy kupowali, to i my musieliśmy. Nienormalna była natomiast opłata 250 rubli, którą nasz „pilot” zażądał od każdego z pasażerów już po opuszczeniu posterunku celnego, nie kryjąc się nawet specjalnie z faktem, że jest to łapówka. Musiał jednak zadowolić się kwotą 300 rubli od całej naszej trójki, gdyż więcej pieniędzy zwyczajnie nie mieliśmy. Wszystkie procedury trwały około czterech godzin, przez co 25-kilometrową trasę pokonaliśmy w pięć godzin. Stracony czas nic już jednak dla nas nie znaczył. Byliśmy w Rosji.

kolej transsyberyjska
bar „Bawaria”

Zabajkalsk. Gdy wysiedliśmy z autobusu na centralnym placu (czyt. klepisku) Zabajkalska poczuliśmy się niemal jak w domu. Otaczały nas bowiem rozpadające się bloki, blaszane budy pełniące rolę lokalnych spożywczaków i ulice, na których asfalt występował jedynie incydentalnie. Do tego zmęczone życiem twarze braci-Słowian wpatrujących się w nasze uradowane oblicza z niekrytą podejrzliwością, mieszającą się z chęcią sprawdzenia zawartości naszych plecaków. Wszystko to czyniło Zabajkalsk miejscem, dla Polaka, niezwykle swojskim. Uczucie to spotęgowała jeszcze bardziej uczta, jaką urządziliśmy sobie z miejscowych produktów. I choć chleb który kupiliśmy trącił starością (było to wszak niedzielne popołudnie), a powidło jabłkowe ewidentnie zawierało więcej cukru niż jabłek to, jak Boga kocham, był to najlepszy chleb z powidłami w moim życiu. Nie samym jednak chlebem żyje człowiek, dlatego też po zaspokojeniu pierwszej z podstawowych potrzeb, ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu miejsca noclegowego. W toku poszukiwań, podczas których o drogę do najbliższego hotelu przepytana została chyba połowa mieszkańców miasteczka, zidentyfikowaliśmy cztery miejscowe „gostinnice”, w każdej jednak odpowiedź na pytanie o wolny pokój była taka sama – „miest njet”. Czyżby i tu dotarł syndrom chińskiego „me jo”? Czy może, aż tak bardzo nie lubią tutaj obcokrajowców? Wszak jedna z recepcjonistek dopiero po obejrzeniu naszych paszportów przypomniała sobie, ze przecież nie ma wolnych pokoi. Tak czy inaczej zbliżał się zmierzch, a my stanęliśmy przed dość nieprzyjemną wizją drugiego z rzędu improwizowanego noclegu. Zdesperowani udaliśmy się w kierunku dworca (każdy kloszard wie przecież, że nie ma lepszego miejsca na darmowy nocleg). I tu niestety spotkał nas srogi zawód, gdyż budynek był zamykany na noc. Na szczęście dopełniający swych obowiązków ochroniarz zaprowadził nas do przydworcowego hotelu, gdzie wynegocjowaliśmy pobyt w trzyosobowym pokoju do godziny szóstej rano w dość przystępnej cenie (oczywiście zapomnieliśmy o zmianie czasu na granicy i rano zaspaliśmy). Pani recepcjonistka wyjaśniła nam natomiast, że dzień wcześniej obchodzono w Rosji święto kolejarza, co tłumaczy skacowanie/stan lekkiego podpicia większości pracowników dworca. Cóż, tym razem spóźniliśmy się na najlepsze.

Szanghaj – powiew Europy

Szanghaj – najbardziej zachodnie z chińskich miast i obowiązkowy punkt na trasie każdej wycieczki po Państwie Środka. I nas nie mogło tam zabraknąć, choć cena, jaką przyszło nam zapłacić za dojazd była wysoka – 36 godzin w pociągu z mlaskającymi, krzykliwymi i nie najładniej pachnącymi jegomościami. Miasto było jednak tego warte. Czytaj dalej Szanghaj – powiew Europy

Chengdu – w samym sercu Syczuanu

Po krótkim, aczkolwiek treściwym pobycie w Xi’an udaliśmy się jeszcze bardziej na południe – do Syczuanu. Zachęceni opiniami na temat tego miejsca, a także żądni smaków słynnej syczuańskiej kuchni i widoku zamieszkujących te tereny pand, po 19 godzinach spędzonych w pociągu wysiedliśmy na dworcu w Chengdu.

Czytaj dalej Chengdu – w samym sercu Syczuanu

Mt. Emei – święta góra

W trakcie dotychczasowej podróży ograniczaliśmy się do miast i ich najbliższych okolic. W końcu przyszedł czas wychylić się nieco bardziej i zaznać uroków chińskiej przyrody. Wybór padł na Mt. Emei, miejsce pielgrzymek wyznawców buddyzmu, a zarazem jeden z największych w okolicy rezerwatów przyrody. Po 150 km jazdy autobusem wysiedliśmy pod bramą świątyni Baguo Temple i ruszyliśmy na trzy dni w góry.

Nocleg w buddyjskim klasztorze po drodze na Mt. Emei
Nocleg w buddyjskim klasztorze po drodze na Mt. Emei

Mt. Emei (3099 m n.p.m.). Najwyższa z czterech świętych gór buddyzmu, miejsce pieszych pielgrzymek tysięcy Chińczyków i jedno z najpopularniejszych miejsc turystycznych w Syczuanie (oczywiście wpisane na listę UNESCO). Dojazd z Chengdu kosztował nas 50 juanów (ok. 25 zł), a wejście do parku narodowego, w którym znajduje się szczyt – 80 juanów (bilet studencki, normalny to koszt 150 juanów). Szlak inaczej niż w Europie składa się w całości ze schodów (oczywiście poza nielicznymi płaskimi odcinkami), dlatego wspinaczka jest nieco prostsza, a więcej wysiłku wymaga za to schodzenie. Na szczyt prowadzi 52-kilometrowa trasa, na której można przenocować w jednej z buddyjskich świątyń bądź prywatnych kwater oferowanych przez miejscową ludność. Szczególnie polecamy odcinek rozpoczynający się od świątyni Wannian Temple, gdzie ruch jest niewielki, a świątynie wyjątkowo malownicze. Problem zaopatrzenia w jedzenie i wodę rozwiązują snack bary i straganiki rozstawione co około pół kilometra. Oczywiście ceny rosną wraz z wysokością i w okolicach szczytu półlitrowa butelka wody dobija do bariery 10 juanów (5 złotych). Warto również pamiętać, że Chińczycy nie znają naszego europejskiego chleba, praktycznie nie jadają czekolady, więc w górach kupimy co najwyżej nudle, tofu i mięsne przekąski. Tylko w jednym miejscu udało mi się znaleźć chiński chleb (nieco większa pyza/kluska na parze), który jest smaczny, pożywny i do tego tani (3 juany za jeden chlebek).

Morze chmur i buddyjskie halo. Dwa zjawiska atmosferyczne, których wypatrują wszyscy wspinający się na Mt. Emei. Szczególnie spektakularne jest pierwsze z nich – po przedarciu się przez kilkusetmetrową warstwę chmur na szczycie aż po horyzont roztacza się widok na tzw. „morze chmur”. Nam niestety nie dane było to zaobserwować, gdyż chmury spowijały również sam wierzchołek Mt. Emei. Według lokalnych przewodników najlepszymi porami na zaobserwowanie tych zjawisk są godz. 9-10 oraz 15-16.

Świątynie. Obok religijnych, spełniają również wiele bardziej przyziemnych funkcji – począwszy od zakwaterowania, przez wyżywienie, na toalecie kończąc. Na szlaku znajduje się kilkanaście takich świątyń i w większości z nich możliwy jest nocleg za ok. 20-30 juanów (10-15 zł), a z dostępnością miejsc nie ma najmniejszych problemów. Co prawda odźwierny może nam początkowo oferować nocleg o wyższym standardzie i cenie, ale po krótkim migowym dialogu można wyprosić miejsce na podłodze bądź w 20-osobowym pokoju dla najmniej wymagających pielgrzymów. Nie ma problemów z ciepłą wodą czy toaletą (choć zdarzają się urządzenia sanitarne niesknalizowane typu „dziura w ziemi”), a przy odrobinie szczęścia można liczyć na posiłek z mnichami. Gdzieniegdzie można również spróbować napoju z rozgotowanego ryżu, którym posilają się pielgrzymi wspinający się na szczyt. Ja spróbowałem – w smaku był w porządku, ale już jego przechowywanie (olbrzymia micha bez żadnego przykrycia) było później przyczyną pierwszej rewolucji gastrycznej.

Makaki tybetańskie, czyli wizytówka Mt. Emei i samego Syczuanu
Makaki tybetańskie, czyli wizytówka Mt. Emei i samego Syczuanu

Makaki tybetańskie. W Parku Narodowym Mt. Emei znajduje się małpi rezerwat, w którym dzielą i rządzą makaki tybetańskie. Wiele z nich jest na tyle oswojonych z ludźmi, że pozuje do zdjęć, wchodzi na ręce, oczekując w zamian zapłaty w postaci przekąski z ziaren kukurydzy. Wydaje się, że makaki są niegroźne i pokojowo nastawione, ale w miejscach, gdzie parkowi strażnicy nie dyżurują, małpy rabują nieświadomych turystów z wszystkiego, co tylko znajdą. Wspinając się na górę od czasu do czasu można natknąć się na miejsca, w których porozrzucane są papierki, plastikowe torebki, butelki, szczoteczki do zębów czy strzępki ubrań – można rzec małpie czarne punkty. W jednym z takich miejsc makak o wyjątkowo czerwonej twarzy uparł się, że nie przepuści nas bez żadnego haraczu – wyciągnął z mojego plecaka butelkę z wodą, zdjął zakrętkę i wypił całą zawartość. Stan próbował ją przy tym bohatersko przegonić kilkumetrowym kijem, ale makak tylko obnażył w złości zęby i speszeni oddaliśmy butelkę bez dalszej walki, po czym przemknęliśmy się bokiem. Na dalszą część podróży wypełniliśmy kieszenie zaczepno-obronną amunicją w postaci fistaszków.

Widok na góry Syczuanu
Widok na góry Syczuanu

Autostop. Zejście z Mt. Emei oznaczało 50 km marszu ulicą do najbliższej stacji autobusowej. Jako że ostatni autobus do Chengdu odchodził o godz. 15:00, nastawiliśmy budzik na 5:00 i ruszyliśmy na szlak z samego rana. Szybko stało się jasne, że mimo wyśrubowanego tempa możemy nie zdążyć, dlatego zaczęliśmy łapać autostop. Początkowe próby w europejskim stylu – z wyciągniętym kciukiem – spełzły na niczym, gdyż kierowcy odpowiadali nam takim samym gestem życząc powodzenia. W końcu zaczęliśmy machać rękoma w taki sposób, w jaki na ulicach chińskich miast zatrzymuje się taksówkę i po czterech godzinach (w trakcie których przeszliśmy ok. 16 km) w końcu ktoś się zatrzymał. Okazało się, że życzliwy Chińczyk nie umie ani słowa po angielsku, nie rozumie tego, co my mówimy do niego po chińsku (wymowa chińskich zwrotów jest skomplikowana choćby ze względu na intonację), ale chętnie nas podrzuci. W rezultacie przejechaliśmy z nim 50 km, a dzięki rozmówkom polsko-chińskim dogadaliśmy się, żeby wysadził nas na dworcu autobusowym. Tego samego dnia, przechadzając się nocą po Chengdu, spotkaliśmy Holendra, który przejechał autostopem trasę Pekin-Chengdu (1800 km) i z jego relacji wynikało, że ten sposób podróżowania jest całkiem sprawny pod jednym warunkiem – znajomości języka chińskiego. Sam podróżował z Czechem, który studiował sinologię, w związku z czym dogadanie się z przygodnymi kierowcami nie było dla niego większym problemem.

Alternatywny blog podróżniczy. Wnikliwe reportaże o Wschodzie, wyjazdy śladami legendarnych pisarzy, dużo street artu i kultury alternatywnej.