Wielu włóczęgów mówi, że podróż albo droga są celem samym w sobie. Trudno się z tym jednak zgodzić – to nie sam fakt podróży, bycia w drodze, decyduje o tym, że człowiek staje się bogatszy w nowe doświadczenia, mądrzejszy życiowo i silniejszy mentalnie. Podroż jest tylko środkiem do poznawania ludzi i odkrywania miejsc, które poruszają cząstkę naszej duszy i zmieniają nas. To właśnie oni i one skłaniają nas do przemyśleń, przewartościowań, zatrzymania się na chwilę i zastanowienia nad własnym życiem czy zmiany spojrzenia na rzeczy, które od zawsze postrzegaliśmy w tych samych barwach. Henry David Thoreau porównał kiedyś czas do strumienia, w którym łowi ryby. To samo można powiedzieć o podróży – wikłamy się w nią po to, aby utrwalać pojedyncze chwile radości i smutku, aby łapać to, czego brakuje nam na co dzień. Cierpliwie czekamy na to co i kto pojawi się na naszej drodze tak jak rybak czeka na ruch spławika. Kiedy już poczujemy szarpnięcie, wiemy, że przygoda nas znalazła i nie możemy jej teraz puścić. Później odkładamy ją na półkę, oznaczamy etykietką i wracamy do niej za każdym razem, kiedy mamy ochotę przeżyć ją jeszcze raz. Czytaj dalej Boston: Podróż to tylko strumień, w którym łowię ryby
Archiwum kategorii: Podróże
USA: Zawsze może być wygodniej
W najchętniej odwiedzanym parku narodowym w USA, czyli Great Smoky Mountains z 9 mln turystów rocznie, droga z parkingu na najwyższy szczyt zajmuje niespełna pół godziny. Ale Amerykanie postanowili jeszcze skrócić zdobycie Clingmans Dome – aplikacja Nature Valley Trail View pozwala wejść na górę nie ruszając się sprzed komputera. Prawda, że wygodne? Czytaj dalej USA: Zawsze może być wygodniej
Seattle: Podróżowanie samemu, czyli jak otworzyć się na ludzi?
Podróżowanie samemu otwiera na ludzi. Kiedy nie masz się do kogo odezwać, poszukujesz kontaktu bardziej niż zwykle – chętniej pytasz nieznajomych o drogę, przedłużasz rozmowy z ulicznymi naciągaczami, zadając im pytania, których normalnie byś nie zadał, wyczekujesz każdego spotkania zwoływanego przez CouchSurfing. Nawet kiedy samotność na co dzień tobie nie przeszkadza. Ludzie mogą działać jak narkotyk, wciągać ciebie w swój świat, porywać własnymi historiami, pokazywać rzeczy, o których nigdy wcześniej nie słyszałeś. Poznawanie kolejnych ludzi tylko wzmaga ciekawość, kogo spotkasz następnym razem. To naprawdę działa jak narkotyk.
Czytaj dalej Seattle: Podróżowanie samemu, czyli jak otworzyć się na ludzi?
Maroko w rysunkach Craiga Thompsona
Wpisem o dziennikach George’a Pattona wkroczyłem tematycznie do Afryki Północnej, dlatego jako miłośnik komiksu, postanowiłem sięgnąć do „Dziennika Podróżnego” Craiga Thompsona i zachęcić do jego lektury. Komiks jest to niecodzienny – choćby dlatego, że powstawał niejako przy okazji pracy nad większym dziełem, prawie 700-stronicowym „Habibi”, obyczajową historią osadzoną w arabskich realiach. Thompson, z pochodzenia Kanadyjczyk, w celu zebrania materiału do swojego nowego komiksu udał się do Maroka, gdzie miał okazję wsiąknąć w obcą kulturę. Czytaj dalej Maroko w rysunkach Craiga Thompsona
Z pierwszej ręki o work&travel w USA
Miałem okazję uczestniczyć w rozmowie z Jeffreyem Vickiem, Szefem Działu Konsularnego w Konsulacie Generalnym Stanów Zjednoczonych, która odbyła się niedawno na czacie Interii. Tematem były programy typu work&travel. Pozwoliłem sobie nieco zredagować zapis czata, aby był bardziej czytelny. Niestety nie udało mi się dotrzeć do całej rozmowy, niemniej kilka istotnych kwestii z pewnością udało się wyjaśnić. Czytaj dalej Z pierwszej ręki o work&travel w USA
San Francisco: z wizytą w muzeum bitników
San Francisco, w latach 50. ubiegłego wieku stolica artystycznej bohemy i Medyna Jacka Kerouaca, dzisiaj w niczym nie przypomina miasta z kart powieści „Big Sur”. Ślad bitników jednak tutaj pozostał – obok zaułka Jacka Kerouaca i księgarni City Lights Bookstore amatorzy twórczości bitników mogą odwiedzić The Beat Museum. Inicjatywa, inaczej niż się spodziewałem, nie jest tylko próbą finansowego żerowania na odcinającym się przez całe życie od komercji Kerouacu, Ginsbergu i reszcie generacji. Zapraszam na krótką (a dla zainteresowanych – dłuższą) wycieczkę po tym miejscu.
Jeżeli nie zetknęliście się nigdy z Beat Generation lub chcielibyście pogłębić swoją wiedzę w tym zakresie zapraszam do artykułu poświęconego bitnikom.
Wycieczka po The Beat Museum
.
Galeria
[nggallery id=2]
Get your motor runnin’. Autostopem przez Kalifornię
Przed wyjazdem rozprawiałem trochę o teorii autostopu w USA. No właśnie – teoria to jedno, praktyka drugie. Tak jak zapowiadałem, podczas pobytu w Ameryce sprawdziłem jak funkcjonuje ten środek komunikacji po drugiej stronie globu – przejechałem 480 mil z Flagstaff w Arizonie do Los Angeles.
Lookin’ for adventure
Na wstępie muszę zaznaczyć, że w podróż autostopem wybrałem się z kolegą, dlatego już na początku potencjalny krąg kierowców był nieco ograniczony. Nie będąc pewni, czy machanie ręką z wyciągniętym kciukiem jest legalne w Arizonie, postanowiliśmy udać się na pobliski truckstop. Zawitaliśmy tam dość późno, bo o 23:00, jednak widok imponujących rozmiarów parkingu dla ciężarówek wlał w nasze serca nadzieję, że jeszcze dzisiaj uda nam się wyruszyć na zachód. Naszym celem początkowo było San Francisco, ale jak się później okazało nie była to najpopularniejsza destynacja wśród truckmanów i musieliśmy zmienić swoje plany.
Na największym truckstopie, jaki w życiu widziałem (mieścił się po dwóch stronach drogi na obrzeżach miasta) znajdowało się kilkadziesiąt, może nawet w okolicach stu, ciężarówek. Co kilka minut pojawiał się nowy pojazd, który albo tankował benzynę, albo udawał się na spoczynek. Zaczęliśmy więc podchodzić do ciężarówek i pytać kierowców o możliwość podwózki. Niestety najczęstszą odpowiedzią było „sorry, no-riding policy”, która oznaczała ni mniej, ni więcej, że firma przewozowa kategorycznie zakazuje podwożenia autostopowiczów.
Po przepytaniu w ciągu godziny kilkudziesięciu kierowców (do jednego przez przypadek podszedłem dwa razy) nasz początkowy entuzjazm nieco opadł, ale ciągle mieliśmy nadzieję, że ktoś się zlituje nad turystami z Europy. Około północy zaczepiliśmy Meksykanina, który wygramolił się ze swojej ciężarówki, żeby zakupić na stacji benzynowej kawę. Porozmawialiśmy chwilę, dowiedzieliśmy się od niego, że „hitchhiking doesn’t work anymore” w USA, ale jeżeli do rana nie uda nam się opuścić Flagstaff, Meksykanin spróbuje nas umówić ze swoim znajomym truckmanem przez CB radio. Sam niestety nie mógł nad podwieźć, ponieważ miał na lawecie kilka samochodów i był to transport „podwyższonego ryzyka” (być może przypominaliśmy Jacka T.).
Nieco podniesieni na duchu zaczepialiśmy kierowców jeszcze przez następną godzinę, ale w końcu zmęczenie wzięło górę i na samiutkim końcu truckstopu rozbiliśmy namiot. Po pięciu godzinach i zmaganiach ze złożeniem tegoż (nad ranem okazało się, że rozbiliśmy się na wyjątkowo grząskim gruncie, którego grząskość spotęgował padający w nocy deszcz) wróciliśmy na truckstop i kontynuowaliśmy nasze starania.
Po dwóch godzinach bezskutecznych prób jedynym pożytkiem ze sterczenia na parkingu dla ciężarówek było 5$, które jeden z kierowców wręczył nam na bilet autobusowy do centrum miasta, żebyśmy dali sobie spokój z koczowaniem na truckstopie. Przez cały ten czas zerkaliśmy w stronę lawety Meksykanina licząc na jego CB radio. W końcu kolega zauważył ruch firanki w kokpicie i podbiegł do naszego nowego znajomego przywitać się. Po chwili pomachał mi żebym podszedł. „Powiedział, że nas podwiezie! – Serio?! Fuck yeah!”. Wrzuciliśmy plecaki do bagażnika Chevroleta zamykającego sznurek samochodów na lawecie, ulokowaliśmy się wygodnie w kokpicie na łóżku i po chwili sunęliśmy autostradą I-40 na zachód.
Head out on the highway
Meksykanin miał na imię Payam i w rzeczywistości był Irańczykiem. Transport, który miał na lawecie wiózł do Los Angeles, dlatego zamiast wprost do San Francisco postanowiliśmy zawitać wcześniej do Miasta Aniołów. Czekał nas cały dzień drogi przez pół Arizony i całą Kalifornię.
Kokpit kierowcy miał obwieszony chrześcijańskimi krzyżami, a zamiast fotela pasażera urządził sobie centrum multimedialne z piętnastocalowym laptopem na czele. Całą drogę spędziliśmy więc na kuszetce ulokowanej w głębi kabiny. Pierwsze pytanie, jaki nam zadał dotyczyło religii, co automatycznie skierowało resztę naszej kilkugodzinnej rozmowy na tory mistyczno-duchowe. Okazało się, że jest bahaitą – wyznawcą perskiej religii, której główne założenie opiera się na istnieniu jednego Boga. Według bahaitów chrześcijański, islamski czy hinduski bóg to jedna i ta sama istota. Co kilkaset lat na ziemię zstępowali kolejni głosiciele słowa bożego (Jezus, Budda, Kryszna, Mahomet), którzy co prawda krzewili tą samą wiarę, ale w różnych kręgach kulturowych i stąd dzisiaj możemy zaobserwować różnice między katolikami, muzułmanami, hindusami i resztą bogobojnych ludków zamieszkujących naszą planetę. Ostatni z boskich posłanników – urodzony w XIX-wiecznej Persji Báb – pokazał garstce swoich wyznawców, że oto nadchodzi czas religijnego zespolenia. Perski mesjasz zdradził kulisy boskiego planu i wytłumaczył, że wszyscy poprzedni głosiciele słowa bożego byli tylko jego poprzednikami przygotowującymi ludzkość na poznanie prawdy, że we wszechświecie jest tylko jeden Pan i jest on bogiem wszystkich ludzi. Według szacunków Payama dzisiaj na świecie egzystuje około siedmiu milionów bahaitów, a największa ich świątynia znajduje się w Chicago.
Wywody Payama o bahaizmie i jego bezskuteczne próby nawrócenia nieco nas znużyły, a kiedy nasz nowy znajomy odtworzył na YouTubie playlistę złożoną z perskich modlitw, najpierw mój kolega, a później i ja smacznie zasnęliśmy na łóżku w głębi kabiny. Przez sen dobiegł mnie jeszcze głos pytający, czy chcę posłuchać pacierza w angielskiej wersji językowej, ale nie pamiętam co i czy w ogóle odpowiedziałem.
Obudziłem się, kiedy Payam zaczął nas szturchać. – Obudźcie się, zbliżamy się do granicy – usłyszałem w jego głosie nutkę zaniepokojenia. – Kontrola drogowa nie może was zobaczyć, schowajcie się i zasłońcie firankę – zaczął szukać po omacku firan, które oddzielały kokpit od sypialni. Faktycznie – po chwili, wyglądając ukradkiem przez szparę między firanami, zauważyliśmy znak drogowy informujący o możliwości kontroli przejeżdżających pojazdów. Gdyby policja znalazła nas w trucku Payama, wszyscy mielibyśmy problemy i zmuszeni bylibyśmy zapłacić niemały mandat. Na szczęście udało nam się uniknąć kłopotów – widocznie rozbrajający uśmiech Payama wystarczył, aby przekonać policjantów, że kto jak kto, ale on nie mógłby złamać prawa.
Po przejechaniu prawie 500 mil, Payam wysadził nas koło stacji autobusowej Greyhounda. Mówiliśmy mu, że wysiądziemy gdzieś na obrzeżach miasta, żeby nie musiał wjeżdżać do centrum, ale uparł się, że odstawi nas pod samą kasę, gdzie będziemy mogli kupić bilet na ostatni etap podróży do San Francisco. Na odchodnym wręczył nam jeszcze dwadzieścia dolarów, a w kasie autobusowej utargował 10% zniżki dla kierowców ciężarówek. Kiedy machaliśmy mu na pożegnanie, a on próbował wyjechać z parkingu, zahaczył lawetą o słupek oddzielający chodnik od jezdni, ale nawet nie zwrócił na to uwagi. Zapewne kontemplował kolejne kazanie Bába.
And whatever comes our way
Jak widać, autostop w USA funkcjonuje zgoła inaczej niż w Europie. Sam próbowałem łapać okazję tylko na truckstopie (za radą niejakiego Hikecrazy’ego, użytkownika CouchSurfingu, który w ten sposób zjechał cały kraj), jednak z tego co zdążyłem się zorientować, możliwe jest również zaczepienia kierowców w osobówkach. Niestety ten drugi sposób zwiększa prawdopodobieństwo bliskiego spotkania z copsami, co zazwyczaj wiąże się z mandatem w wysokości 100$. Z kolei Payam doradził mi, aby koczując na truckstopach w pierwszej kolejności pytać o podwózkę kierowców ciężarówek z naczepami bez logo firm. Zazwyczaj są to prywatni przewoźnicy, którzy prędzej nagną zasadę „no-riding policy” niż ich koledzy pracujący dla Coca-Coli czy Walmartu.
Bo w dużym mieście można więcej zobaczyć, a w małym więcej usłyszeć
Francuski poeta i reżyser filmowy Jean Cocteau powiedział kiedyś, że różnica między dużym a małym miastem polega na tym, że w dużym mieście można więcej zobaczyć, a w małym więcej usłyszeć. W dzisiejszym świecie, w którym zabiegani z trudem łapiemy oddech podczas kilkudniowego urlopu, nie mamy ani czasu, ani ochoty słuchać, dlatego na miejsce wypoczynku wybieramy duże metropolie. Wybieramy te miejsca, w których tylko rejestrujemy, najczęściej na miniaturowej karcie pamięci, widoki znane z okładek czasopism i ekranów telewizorów. Czasem jednak warto podrzeć ulotki wciskane przez biura podróży i wybrać się na urlop gdzieś indziej. I wysłuchać historii, które mają nam do opowiedzenia mury miasta.
Czytaj dalej Bo w dużym mieście można więcej zobaczyć, a w małym więcej usłyszeć
Camp America. Fakty i mity
Na oficjalnym forum programu można spotkać się z opiniami, że Camp America wyzyskuje uczestników, zarabiając krocie na ciężkiej pracy przy obsłudze ośrodków kolonijnych dla dzieci. Do tego przeciętne zarobki są dużo niższe niż oferują konkurenci. A jak wygląda rzeczywistość? Dlaczego Camp America cieszy się taką popularnością i niezłą renomą?
EpicThrills – wakacje z dreszczykiem
W ramach pionierskiego projektu podróżniczego EpicThrills, który w Internecie funkcjonuje już od ponad roku, uruchomiono opcję kupna wycieczek. Na pierwszy ogień poszła 11-dniowa wyprawa rowerowa po Nepalu (200 mil). Do udziału zostało zaproszone grono wytrawnych podróżników z całego świata. Chcesz zostać jednym z nich?
EpicThrills, jak czytamy na oficjalnej stronie portalu, jest ekskluzywnym klubem zrzeszającym odkrywców i podróżników z całego świata. Status członka można uzyskać tylko poprzez specjalne zaproszenie, z kolei samo członkostwo jest bezpłatne. Każdego tygodnia eksperci współpracujący z portalem wybierają spośród ofert różnych biur ekspedycyjnych jedną, która trafia na tzw. bucket list. Członkowie klubu otrzymują zniżkę na zakup wyselekcjonowanych wycieczek (nawet do 30%) – promocja trwa od 7 do 14 dni. Pierwsza oferta – 11-dniowa wyprawa rowerowa w Himalaje obsługiwana jest przez Pedlars Pub & Grille, jedną z najpopularniejszych firm zajmującą się organizacją ekspedycji dla amatorów dwóch kółek. Wycieczka kosztuje zwykle 2595 dol., z kolei zniżka proponowana przez EpicThrills pozwala obniżyć ją do 1817 dol. W dziale zapowiedzi możemy przeczytać, że w najbliższym czasie członkowie klubu będą mogli wybrać się na narty na Alaskę, posurfować w Kostaryce, spłynąć rzekami Patagonii, a także wziąć udział w wyścigu F1 w Hiszpanii.
Przy okazji ogłoszenia pierwszej wycieczki sygnowanej marką EpicThrills, pomysłodawca i założyciel portalu Allen Burt, w wywiadzie dla serwisu Matador Network, zdradził jakie były początki projektu:
Kocham magazyny podróżnicze i mogę powiedzieć, że większość z moich wypraw była zainspirowana historiami z mediów pokroju Matador czy National Geographic. Niestety, większość biur podróży i firm wymienianych w artykułach posiadała nieczytelne strony internetowe i skomplikowane systemy rezerwacji.
Burt wpadł na pomysł, że można połączyć rozmach podróży proponowanych przez renomowane magazyny z łatwością ich rezerwacji. W ten sposób światło dzienne ujrzał projekt EpicThrills, który co tydzień dostarcza członkom klubu jedną specjalną ofertę. Odpowiedzialność za zgranie w czasie przelotów, noclegów, różnego rodzaju zezwoleń i dodatkowych atrakcji bierze na siebie ekipa EpicThrills do spółki z wybraną firmą. Czemu ten projekt jest więc wyjątkowy? Czym ich oferty różnią się od propozycji, którymi zewsząd bombardują nas biura podróży? – Internet jest pełen ofert wymarzonych wakacji pod palmą – tłumaczy Allen Burt. – EpicThrills jest inny, bo dostarcza adrenaliny, to świeży podmuch na rynku. Klienci zamiast ofert urlopowych otrzymują propozycję przygody i ekstremalnych doświadczeń.
Wywiad z Allenem Burtem, pomysłodawcą projektu EpicThrills
Matador Network: EpicThrills zostało zainspirowane twoimi własnymi podróżami po świecie. Które miejsca powinny twoim zdaniem znaleźć się na liście każdego miłośnika podróży?
Allen Burt: Dobre pytanie – ciężko skrócić tę listę tylko do kilku pozycji. Niemniej, uważam, że każdy powinien zobaczyć festiwal San Fermin w Pampelunie (klasyczna corrida). Nic nie dostarcza tyle emocji, co ucieczka przed rozwścieczonym bykiem. Do moich ulubionych destynacji należy ponadto Patagonia na granicy argentyńsko-chilijskiej. Te miejsca każdy powinien zobaczyć przed śmiercią. Obecnie przymierzam się do podróży statkiem. Podążanie przed siebie będąc gnanym tylko siłą wiatru, samemu dbając o nawigację, ma swój urok. Na szczycie mojej morskiej listy must-visit znajduje się miesięczna podróż przez Grenadyny (Ameryka Środkowa).
MN: W jaki sposób selekcjonujesz wyprawy, które oferujesz członkom EpicThrills?
AB: Etap selekcji potraktowaliśmy bardzo poważnie. Nawiązaliśmy znajomości z lokalnymi usługodawcami, przewodnikami a także travel-writerami na całym świecie i to właśnie ich prosimy o pomoc. Bazujemy również na własnych doświadczeniach i informacjach z zaufanych źródeł. Przykładowo, pierwsze cztery nasze wyprawy zostały zorganizowane przez firmy, które zostały wyróżnione przez National Geographic jako „Best Adventure Travel Companies on Earth”. Dobrze się z tym czujemy.
MN: Kocham podróżowanie równie bardzo jak kobiety (o ile nie bardziej), ale z racji swojego trybu życia miewam problemy z przerostem mięśnia piwnego. Czy od uczestników waszych wypraw jest wymagana jakaś minimalna lub rekomendowana sprawność fizyczna?
AB: Przyznajemy, że EpicThrills nie jest dla każdego. Chcemy dostarczać unikalnych ofert dla wąskiego grona podróżników, którzy mają dość chodzenia przetartymi szlakami. W związku z tym nasze propozycje są adresowane do wysportowanych i/lub żądnych nowych doznań osób. Ciepłe kluchy odpadają. Trzeba jednak w tym miejscu zaznaczyć, że nie każda z naszych wypraw wymaga określonej sprawności. Owszem, przy wielu z nich stawiamy różne wymagania, ale równie dużo ofert nie zawiera żadnych obostrzeń.
MN: Przykra prawda: przygody generalnie nie należą do tanich sposobów spędzania wolnego czasu, a ja nie jestem typem osoby, która potrafi wszystko zgrać w czasie i zamknąć się w rozsądnej cenie. Kto będzie mógł korzystać z waszych usług?
AB: Podróżowanie zazwyczaj nie jest tanie. Ale nie oznacza to, że każda wycieczka musi wiązać się z horrendalnymi wydatkami. Mamy wiele ofert all-inclusive, co oznacza, że klient ma zapewniony transport, wyżywienie, nocleg itp. (wyłączając loty międzynarodowe).
MN: Opowiedz nam o blogu EpicThrills.
AB: Wierzymy, że każda wielka podróż zaczyna się od inspiracji. Współpracowaliśmy z wieloma niesamowitymi travel-writerami na całym świecie, dzięki czemu dostarczamy naszym czytelnikom treści najwyższej jakości. EpicThrills nie jest jedynym miejscem w sieci, gdzie można znaleźć bardzo atrakcyjne oferty, ale jest miejscem, które zostało zainspirowane opowieściami współczesnych odkrywców.
Źródło: MatadorNetwork


