Z pierwszej ręki o work&travel w USA

Miałem okazję uczestniczyć w rozmowie z Jeffreyem Vickiem, Szefem Działu Konsularnego w Konsulacie Generalnym Stanów Zjednoczonych, która odbyła się niedawno na czacie Interii. Tematem były programy typu work&travel. Pozwoliłem sobie nieco zredagować zapis czata, aby był bardziej czytelny. Niestety nie udało mi się dotrzeć do całej rozmowy, niemniej kilka istotnych kwestii z pewnością udało się wyjaśnić. Czytaj dalej Z pierwszej ręki o work&travel w USA

Kalifornia: lobbyści blokują legalizację marihuany

John Lovell jest lobbystą, który zarabia na tym, że Amerykanie nie mogą palić marihuany. To jego praca. Lobbuje policję w Sacramento i kieruje strumień federalnych pieniędzy do Kalifornii, aby te były wydawane na walkę z konopnym przemysłem. Zanim jednak przedstawimy dowody tego procederu, umieśćmy postać Lovella i kontrowersyjną sprawę penalizacji weedu w szerszym kontekście.

Czytaj dalej Kalifornia: lobbyści blokują legalizację marihuany

San Francisco: z wizytą w muzeum bitników

San Francisco, w latach 50. ubiegłego wieku stolica artystycznej bohemy i Medyna Jacka Kerouaca, dzisiaj w niczym nie przypomina miasta z kart powieści „Big Sur”. Ślad bitników jednak tutaj pozostał – obok zaułka Jacka Kerouaca i księgarni City Lights Bookstore amatorzy twórczości bitników mogą odwiedzić The Beat Museum. Inicjatywa, inaczej niż się spodziewałem, nie jest tylko próbą finansowego żerowania na odcinającym się przez całe życie od komercji Kerouacu, Ginsbergu i reszcie generacji. Zapraszam na krótką (a dla zainteresowanych – dłuższą) wycieczkę po tym miejscu.

Jeżeli nie zetknęliście się nigdy z Beat Generation lub chcielibyście pogłębić swoją wiedzę w tym zakresie zapraszam do artykułu poświęconego bitnikom.

Wycieczka po The Beat Museum

.

Galeria

[nggallery id=2]

Get your motor runnin’. Autostopem przez Kalifornię

Przed wyjazdem rozprawiałem trochę o teorii autostopu w USA. No właśnie – teoria to jedno, praktyka drugie. Tak jak zapowiadałem, podczas pobytu w Ameryce sprawdziłem jak funkcjonuje ten środek komunikacji po drugiej stronie globu – przejechałem 480 mil z Flagstaff w Arizonie do Los Angeles.

Lookin’ for adventure

Na wstępie muszę zaznaczyć, że w podróż autostopem wybrałem się z kolegą, dlatego już na początku potencjalny krąg kierowców był nieco ograniczony. Nie będąc pewni, czy machanie ręką z wyciągniętym kciukiem jest legalne w Arizonie, postanowiliśmy udać się na pobliski truckstop. Zawitaliśmy tam dość późno, bo o 23:00, jednak widok imponujących rozmiarów parkingu dla ciężarówek wlał w nasze serca nadzieję, że jeszcze dzisiaj uda nam się wyruszyć na zachód. Naszym celem początkowo było San Francisco, ale jak się później okazało nie była to najpopularniejsza destynacja wśród truckmanów i musieliśmy zmienić swoje plany.

Na największym truckstopie, jaki w życiu widziałem (mieścił się po dwóch stronach drogi na obrzeżach miasta) znajdowało się kilkadziesiąt, może nawet w okolicach stu, ciężarówek. Co kilka minut pojawiał się nowy pojazd, który albo tankował benzynę, albo udawał się na spoczynek. Zaczęliśmy więc podchodzić do ciężarówek i pytać kierowców o możliwość podwózki. Niestety najczęstszą odpowiedzią było „sorry, no-riding policy”, która oznaczała ni mniej, ni więcej, że firma przewozowa kategorycznie zakazuje podwożenia autostopowiczów.

Po przepytaniu w ciągu godziny kilkudziesięciu kierowców (do jednego przez przypadek podszedłem dwa razy) nasz początkowy entuzjazm nieco opadł, ale ciągle mieliśmy nadzieję, że ktoś się zlituje nad turystami z Europy. Około północy zaczepiliśmy Meksykanina, który wygramolił się ze swojej ciężarówki, żeby zakupić na stacji benzynowej kawę. Porozmawialiśmy chwilę, dowiedzieliśmy się od niego, że „hitchhiking doesn’t work anymore” w USA, ale jeżeli do rana nie uda nam się opuścić Flagstaff, Meksykanin spróbuje nas umówić ze swoim znajomym truckmanem przez CB radio. Sam niestety nie mógł nad podwieźć, ponieważ miał na lawecie kilka samochodów i był to transport „podwyższonego ryzyka” (być może przypominaliśmy Jacka T.).

Nieco podniesieni na duchu zaczepialiśmy kierowców jeszcze przez następną godzinę, ale w końcu zmęczenie wzięło górę i na samiutkim końcu truckstopu rozbiliśmy namiot. Po pięciu godzinach i zmaganiach ze złożeniem tegoż (nad ranem okazało się, że rozbiliśmy się na wyjątkowo grząskim gruncie, którego grząskość spotęgował padający w nocy deszcz) wróciliśmy na truckstop i kontynuowaliśmy nasze starania.

Po dwóch godzinach bezskutecznych prób jedynym pożytkiem ze sterczenia na parkingu dla ciężarówek było 5$, które jeden z kierowców wręczył nam na bilet autobusowy do centrum miasta, żebyśmy dali sobie spokój z koczowaniem na truckstopie. Przez cały ten czas zerkaliśmy w stronę lawety Meksykanina licząc na jego CB radio. W końcu kolega zauważył ruch firanki w kokpicie i podbiegł do naszego nowego znajomego przywitać się. Po chwili pomachał mi żebym podszedł. „Powiedział, że nas podwiezie! – Serio?! Fuck yeah!”. Wrzuciliśmy plecaki do bagażnika Chevroleta zamykającego sznurek samochodów na lawecie, ulokowaliśmy się wygodnie w kokpicie na łóżku i po chwili sunęliśmy autostradą I-40 na zachód.

Head out on the highway

Meksykanin miał na imię Payam i w rzeczywistości był Irańczykiem. Transport, który miał na lawecie wiózł do Los Angeles, dlatego zamiast wprost do San Francisco postanowiliśmy zawitać wcześniej do Miasta Aniołów. Czekał nas cały dzień drogi przez pół Arizony i całą Kalifornię.

Kokpit kierowcy miał obwieszony chrześcijańskimi krzyżami, a zamiast fotela pasażera urządził sobie centrum multimedialne z piętnastocalowym laptopem na czele. Całą drogę spędziliśmy więc na kuszetce ulokowanej w głębi kabiny. Pierwsze pytanie, jaki nam zadał dotyczyło religii, co automatycznie skierowało resztę naszej kilkugodzinnej rozmowy na tory mistyczno-duchowe. Okazało się, że jest bahaitą – wyznawcą perskiej religii, której główne założenie opiera się na istnieniu jednego Boga. Według bahaitów chrześcijański, islamski czy hinduski bóg to jedna i ta sama istota. Co kilkaset lat na ziemię zstępowali kolejni głosiciele słowa bożego (Jezus, Budda, Kryszna, Mahomet), którzy co prawda krzewili tą samą wiarę, ale w różnych kręgach kulturowych i stąd dzisiaj możemy zaobserwować różnice między katolikami, muzułmanami, hindusami i resztą bogobojnych ludków zamieszkujących naszą planetę. Ostatni z boskich posłanników – urodzony w XIX-wiecznej Persji Báb – pokazał garstce swoich wyznawców, że oto nadchodzi czas religijnego zespolenia. Perski mesjasz zdradził kulisy boskiego planu i wytłumaczył, że wszyscy poprzedni głosiciele słowa bożego byli tylko jego poprzednikami przygotowującymi ludzkość na poznanie prawdy, że we wszechświecie jest tylko jeden Pan i jest on bogiem wszystkich ludzi. Według szacunków Payama dzisiaj na świecie egzystuje około siedmiu milionów bahaitów, a największa ich świątynia znajduje się w Chicago.

Wywody Payama o bahaizmie i jego bezskuteczne próby nawrócenia nieco nas znużyły, a kiedy nasz nowy znajomy odtworzył na YouTubie playlistę złożoną z perskich modlitw, najpierw mój kolega, a później i ja smacznie zasnęliśmy na łóżku w głębi kabiny. Przez sen dobiegł mnie jeszcze głos pytający, czy chcę posłuchać pacierza w angielskiej wersji językowej, ale nie pamiętam co i czy w ogóle odpowiedziałem.

Obudziłem się, kiedy Payam zaczął nas szturchać. – Obudźcie się, zbliżamy się do granicy – usłyszałem w jego głosie nutkę zaniepokojenia. – Kontrola drogowa nie może was zobaczyć, schowajcie się i zasłońcie firankę – zaczął szukać po omacku firan, które oddzielały kokpit od sypialni. Faktycznie – po chwili, wyglądając ukradkiem przez szparę między firanami, zauważyliśmy znak drogowy informujący o możliwości kontroli przejeżdżających pojazdów. Gdyby policja znalazła nas w trucku Payama, wszyscy mielibyśmy problemy i zmuszeni bylibyśmy zapłacić niemały mandat. Na szczęście udało nam się uniknąć kłopotów – widocznie rozbrajający uśmiech Payama wystarczył, aby przekonać policjantów, że kto jak kto, ale on nie mógłby złamać prawa.

Po przejechaniu prawie 500 mil, Payam wysadził nas koło stacji autobusowej Greyhounda. Mówiliśmy mu, że wysiądziemy gdzieś na obrzeżach miasta, żeby nie musiał wjeżdżać do centrum, ale uparł się, że odstawi nas pod samą kasę, gdzie będziemy mogli kupić bilet na ostatni etap podróży do San Francisco. Na odchodnym wręczył nam jeszcze dwadzieścia dolarów, a w kasie autobusowej utargował 10% zniżki dla kierowców ciężarówek. Kiedy machaliśmy mu na pożegnanie, a on próbował wyjechać z parkingu, zahaczył lawetą o słupek oddzielający chodnik od jezdni, ale nawet nie zwrócił na to uwagi. Zapewne kontemplował kolejne kazanie Bába.

And whatever comes our way

Jak widać, autostop w USA funkcjonuje zgoła inaczej niż w Europie. Sam próbowałem łapać okazję tylko na truckstopie (za radą niejakiego Hikecrazy’ego, użytkownika CouchSurfingu, który w ten sposób zjechał cały kraj), jednak z tego co zdążyłem się zorientować, możliwe jest również zaczepienia kierowców w osobówkach. Niestety ten drugi sposób zwiększa prawdopodobieństwo bliskiego spotkania z copsami, co zazwyczaj wiąże się z mandatem w wysokości 100$. Z kolei Payam doradził mi, aby koczując na truckstopach w pierwszej kolejności pytać o podwózkę kierowców ciężarówek z naczepami bez logo firm. Zazwyczaj są to prywatni przewoźnicy, którzy prędzej nagną zasadę „no-riding policy” niż ich koledzy pracujący dla Coca-Coli czy Walmartu.

Bo w dużym mieście można więcej zobaczyć, a w małym więcej usłyszeć

Francuski poeta i reżyser filmowy Jean Cocteau powiedział kiedyś, że różnica między dużym a małym miastem polega na tym, że w dużym mieście można więcej zobaczyć, a w małym więcej usłyszeć. W dzisiejszym świecie, w którym zabiegani z trudem łapiemy oddech podczas kilkudniowego urlopu, nie mamy ani czasu, ani ochoty słuchać, dlatego na miejsce wypoczynku wybieramy duże metropolie. Wybieramy te miejsca, w których tylko rejestrujemy, najczęściej na miniaturowej karcie pamięci, widoki znane z okładek czasopism i ekranów telewizorów. Czasem jednak warto podrzeć ulotki wciskane przez biura podróży i wybrać się na urlop gdzieś indziej. I wysłuchać historii, które mają nam do opowiedzenia mury miasta.

Czytaj dalej Bo w dużym mieście można więcej zobaczyć, a w małym więcej usłyszeć

Camp America. Fakty i mity

Na oficjalnym forum programu można spotkać się z opiniami, że Camp America wyzyskuje uczestników, zarabiając krocie na ciężkiej pracy przy obsłudze ośrodków kolonijnych dla dzieci. Do tego przeciętne zarobki są dużo niższe niż oferują konkurenci. A jak wygląda rzeczywistość? Dlaczego Camp America cieszy się taką popularnością i niezłą renomą?

Czytaj dalej Camp America. Fakty i mity

O Greyhoundzie słów kilka

Autokary firmy Greyhound wydają się być nieodłącznym atrybutem amerykańskich autostrad. To właśnie Szary Pies jako jedyny autobusowy przewoźnik połączył oba wybrzeża, jest też niekwestionowanym liderem wśród przewoźników obsługujących poszczególne stany. Niestety w parze nie idzie jakość świadczonych usług, o czym miałem okazję wielokrotnie się przekonać. Czytaj dalej O Greyhoundzie słów kilka

USA 2011: Plany są po to, aby je zmieniać

Podróż ma to do siebie, że lubi zaskakiwać w najmniej spodziewanym miejscu i czasie. Mnie zaskoczyła w trakcie wykonywania jednej z najmniej porywających czynności na świecie – zmywania garnków ubrudzonych hummusem (nieznany mi dotąd hummus nieco mnie początkowo intrygował, ale po tym jak odkryłem, że w zmywaniu zachowuje się jak kuskus, cała zabawa stała się nudna i przewidywalna). Przy okazji pobytu na campie (nieuważnym bądź nowym czytelnikom przypominam, że wyjechałem do USA w ramach programu work&travel) poznałem grupę przyjaciół, z którymi od kilku tygodni praktycznie się nie rozstajemy. Nietrudno się było domyślić, że ktoś prędzej czy później wysunie propozycję wspólnych wojaży, na którą – jak że by inaczej – wszyscy przystaną. Tak też się stało i oto 29 sierpnia wyruszamy w pięciu (trzech włóczykijów i dwie globtroterki) do parku narodowego Great Smoky Mountains.

Moje plany wzięły w łeb – nie podążę szlakiem Jacka Kerouaca (choć z pewnością poszukam jego śladów na swojej drodze), uda mi się za to odłożyć o trzy tygodnie w czasie moment, w którym będziemy musieli się pożegnać. Nie ukrywam, że będzie mi brakowało codziennych rozmów przy śniadaniu, toastów na cześć każdego, kogo imię usłyszeliśmy po raz pierwszy, nagminnych żartów z trybu pracy życia Justyny (ochrzciliśmy ją Hermioną, zgadnijcie dlaczego?), undergroundowego gotowania niekoszernych potraw w żydowskim ośrodku, zakładania spadających łańcuchów na rowery, nocnego surfowania po Internecie, śpiewów Sebka, opowieści o Sanczu (najmądrzejszym psie na świecie), a nawet spania z otwartymi oczami Icka Tomka (serio, umie spać z otwartymi oczami!). Nie pozostaje mi nic innego jak cieszyć się nadchodzącym miesiącem, który spędzę w doborowym towarzystwie i – mam nadzieję – jeszcze piękniejszych miejscach.

Pracę kończymy 29 sierpnia w Ortonville (Michigan), skąd musimy się przedostać do Gatlinburga (Tennessee) będącego bramą Smoky Mountains, najczęściej i najchętniej odwiedzanych gór w USA (9 mln turystów rocznie). Dzięki wspomnianej już Hermionie udało nam się zarezerwować w przed-przed-przedsprzedaży przejazd liniami autobusowymi z Detroit (Michigan) do Knoxville (Tennessee). Po drodze zatrzymamy się na noc w Pittsburghu, kilka godzin spędzimy również w Waszyngtonie DC. Całość (ponad 1000 mil) wyniosła nas jedynie 10,50 dol. (dla porównania – skrzynka najtańszego piwa w Walmarcie kosztuje 15 dol.). Etap Knoxville-Gatlinburg (ok. 40 mil) pokonamy natomiast za darmo, co okazało się możliwe dzięki uprzejmości jednego z couchsurferów.

Po trzech dniach wspinaczki w Smoky Mountains kierujemy się do Wielkiego Kanionu. Transport powierzyliśmy sprawdzonej marce – Greyhoundowi, który wyniósł nas już nieco więcej, bo 100 dol. Podróż z Knoxville do Flagstaff (Arizona) zajmie nam ponad 12 godzin. Na miejscu mamy zarezerwowane już pole namiotowe (tak, zgadliście – dzięki Hermionie) w cenie 18 dol. za dobę. Co ciekawe, w Ameryce nie płacimy ani za rozbicie namiotu, ani od ilości jego mieszkańców, a za miejsce namiotowe, którego rozmiary zazwyczaj są takie, że można na nim spokojnie pomieścić dwie standardowe dwójki. W Wielkim Kanionie spędzimy cztery dni, których organizacja jeszcze przed nami.

Niestety pożegnanie z Wielkim Kanionem będzie oznaczało również rozstanie naszej piątki. W dalszą drogę ruszam z Tym-Co-Śpi-z-Otwartymi-Oczami. Ruszamy w kierunku San Francisco, a po drodze spróbujemy zahaczyć o Las Vegas i Dolinę Śmierci. Ile z naszych planów uda się zrealizować, zależy od szczęścia i uprzejmości amerykańskich kierowców, gdyż z Arizony do Kalifornii będziemy podróżowali autostopem (ok. 800 mil). W ukochanym mieście bitników spędzimy niemalże tydzień, w trakcie którego z pewnością wybierzemy się na wycieczkę do Alcatraz (reklamowaną jako „Best Tour of the Bay Area”). Ważnym punktem wyprawy jest również całonocny rajd po lokalnych barach, gdzie mamy nadzieję zaznać atmosfery, która tak zauroczyła bitników. Sprawy noclegów jeszcze nie rozwiązaliśmy, aczkolwiek mamy nadzieję na zorganizowanie couchów (utrzymujemy kontakt z couchsurferką, która zaoferowała nam na razie jeden nocleg).

Co dalej? Zobaczymy:)

Żegnając się z moim ośrodkiem Tamarack Camps, udało mi się uzyskać od szefowej podsumowanie naszej dwumiesięcznej pracy. Jako, że do wyobraźni najlepiej przemawiają liczby, przytoczę kilka z nich:

  • zaserwowane posiłki – 133 498
  • zrobione kanapki z serem (tzw. grilled cheese) – 11 351
  • ugotowane piersi kurczaka – 10 640
  • ilość startego sera – 2283 funty, co dało razem 1226 pizz
  • ilość zrobionego ranchu (takiego sosu sałatkowego) – 168 galonów
  • ilość zużytych kartonów jajek na jajecznicę (tak, jajka mamy już rozbite i popakowane w kartony) – 724
  • ilość opróżnionych koszy na śmieci – 2040
  • pomyte tacki (czyli talerze) – 115 780
  • pomyte sztućce – 130 000
  • przygotowany sok pomarańczowy – 3 072 galonów

Bitnicy: Krótka historia złotego pokolenia Ameryki

Gdybym mógł wybrać miejsce i czas na ziemi, w którym przyszłoby mi żyć, wskazałbym lata 50. w San Francisco. Nie ominąłby mnie odczyt „Skowytu” Allena Ginsberga w Six Gallery, podróże Jacka Kerouaca czy narkotykowe tripy Williama S. Burroughsa. Czas wolny spędzałbym w księgarni City Lights Bookstore, gdzie spotykali się bitnicy i artystyczna bohema. Wsłuchiwałbym się w muzykę Charliego „Birda” Parkera pijąc wino i paląc jointy z największymi nonkonformistami ówczesnego światka literackiego.

Czytaj dalej Bitnicy: Krótka historia złotego pokolenia Ameryki

Jak uzyskać 10% zniżki na przejazd Greyhoundem?

Najpopularniejszym i jednym z najtańszych sposobów podróżowania po USA jest Greyhound. Charakterystyczne logo, rozpoznawane na całym świecie, powoduje, że wielu turystów przebywających w Ameryce Północnej, planuje podróż popularnymi autobusami. A ci, którzy o Szarym Psie jeszcze nie słyszeli, zapewne i tak zdecydują się na jego usługi po przejrzeniu ofert innych przewoźników. Zaraz dowiecie się, jak uzyskać dodatkowe 10% zniżki na zakup swojego pierwszego greyhoundowego biletu.

Na głównej stronie przewoźnika greyhound.com nie znajdziemy informacji o 10-procentowej zniżce, którą możemy uzyskać już na zakup pierwszego biletu. Aby ją otrzymać, należy wejść w zakładkę „Road Rewards” i założyć konto użytkownika. Po rejestracji powinniśmy otrzymać e-mail potwierdzający naszą obecność w systemie Greyhounda – wówczas możemy rozpocząć zakupy. W pierwszej kolejności należy zalogować się do systemu „Road Rewards” i wybrać z panelu użytkownika opcję kupna biletu on-line. Zostaniemy przekierowani na główną stronę, a w polu „Discount Type” powinna widnieć nasza 10-procentowa zniżka. Dalej postępujemy zgodnie z pojawiającymi się instrukcjami i już po chwili możemy cieszyć się z potwierdzenia rezerwacji.

Pozostałe promocje w ramach systemu „Road Rewards”:

  • po sześciu przejazdach: darmowy bilet full-fare Companion Pass (dla osoby towarzyszącej) oraz 15% zniżki na następny przejazd Greyhoundem,
  • po dziesięciu przejazdach: darmowy bilet Companion Pass (dla osoby towarzyszącej) oraz 20% zniżki na kolejny przejazd Greyhoundem,
  • po szesnastu przejazdach: darmowy bilet w jakiekolwiek miejsce obsługiwane przez przewoźnika.

Niestety Greyhound wprowadził pewne ograniczenie – licznik przejazdów zeruje się co 12 miesięcy, w związku z czym turyści przebywający w USA kilka tygodni raczej nie będą mieli okazji skorzystać ze specjalnych ofert. Niemniej jednak warto poświęcić kilka minut na rejestrację w systemie „Road Rewards” – sam zaoszczędziłem prawie 20 dol. na trasie Knoxville (Tennessee) – Flagstaff (Arizona). Należy również pamiętać, że nasza początkowa, 10-procentowa zniżka wygasa po upływie roku. Więcej informacji dotyczących promocji można znaleźć w dziale „Terms and Conditions”.

Oprócz systemu „Road Rewards”, Greyhound przygotował dla swoich klientów kilka innych ofert, których cena nie przekracza kosztów zakupu jednej skrzynki piwa (ok. 20 dol.). Na stronie internetowej Uncommon Transport możemy znaleźć następujące promocje (cena biletu w jedną stronę):

  • Boston – Nowy Jork (14 dol.),
  • Waszyngton DC – Nowy Jork (15 dol.),
  • Philly – Nowy Jork (6 dol.),
  • Baltimore – Nowy Jork (10 dol.).

Na powyższych trasach oferta Greyhounda bije na głowę nawet konkurencję z Megabusa – przewoźnika reklamującego się hasłem „U nas pojedziesz już od dolara”. Co prawda przy odrobinie szczęścia lub rezerwując przejazd z dużym wyprzedzeniem (około dwa miesiące) można otrzymać megabusowe bilety już od jednego dolara, jednak poszukując transportu w kilka dni przed podróżą nieco taniej wyniesie nas kurs Greyhoundem. Z Megabusem z Nowego Jorku do Waszyngtonu pojedziemy za ok. 17-27 dol.

Rezerwując bilet należy pamiętać, niezależnie od przewoźnika, z którego usług korzystamy, że najpopularniejsze kursy (np. NY – Boston, NY – Waszyngton DC) osiągają wyższą cenę w weekendy. Planując podróż po północno-wschodnim wybrzeżu, warto przejrzeć oferty linii Peter Pan, które od ponad 10 lat blisko współpracują z Greyhoundem i również oferują ceny konkurencyjne względem Megabusa.

Alternatywny blog podróżniczy. Wnikliwe reportaże o Wschodzie, wyjazdy śladami legendarnych pisarzy, dużo street artu i kultury alternatywnej.