Archiwum kategorii: Ostatnio

200 pesos

Chciałem uciec stąd jak najszybciej. Czasem już tak masz, ze wszystko idzie świetnie, pogoda dopisuje, wczoraj na imprezie wyrwałeś pierwszorzędną dziewczynę, na konto wpłynęły pieniądze za jakieś zlecenie, ale jednak czujesz, że coś jest nie tak. I wiesz, że jedynym sposobem na wyprostowanie wszystkiego, a w pierwszej kolejności siebie, jest powrót do domu. Po prostu – wracasz do kraju, stawiasz stopę w swoim pokoju i możesz powiedzieć: „Okej. Wszystko okej. No to mogę wracać”. Czasem odłożysz jeszcze na swoje miejsce książkę, którą ktoś tobie przełożył. Ale to wszystko, nic więcej.

Na lotnisko przyjechałem dwie godziny przed czasem. Wciąż odliczałem: dwie godziny do check-inu, cztery godziny do odlotu, około dziesięciu minut do końca rozdziału w audiobooku, którego akurat słuchałem, jakieś dwadzieścia kroków do sklepu, w którym zabiję trochę czasu rozglądając się tu i ówdzie. Nie zabawiłem w nim jednak zbyt długo, gdyż przewróciłem najpierw jednego manekina, a próbując go łapać, potrąciłem drugiego. Sztywne sylwetki kobiety i mężczyzny ubranych w tradycyjne tureckie stroje upadły na podłogę rozsypując po sklepie cekiny, którymi były przyozdobione ich ubrania. Chciałem podnieść kobietę, ale kiedy chwyciłem za jej rękę, ta oderwała się od korpusu. Mężczyźnie odpadła z kolei głowa i pokulała się pod kosz z przecenionymi chustami.

No problem – usłyszałem od tureckiego sprzedawcy, który wyrósł obok mnie jak spod ziemi. Wyczułem w jego głosie hamowaną irytację, jak gdyby chciał powiedzieć „weź pan spadaj stąd, zanim zdemolujesz mi resztę sklepu”. Ulotniłem się szybko nie wystawiając więcej na próbę jego cierpliwości.

Check-in rozpoczął się wcześniej i po przejściu dwóch kontroli (przy obu zapomniałem ściągnąć paska do spodni i zapiszczałem przechodząc przez bramki) usadowiłem się w fotelu w poczekalni przed bramką 201A. Byłem pierwszy. Słuchając audiobooka najpierw wpatrywałem się w zegar na ścianie, ale kiedy każda sekunda zdawała się wydłużać, a wskazówka sekundnika przesuwała się z coraz większym ociąganiem, odchyliłem głowę do tyłu i zamknąłem oczy.

Entschuldigung – usłyszałem przez słuchawki. Otworzyłem oczy i rzuciłem okiem na zegar – minął kwadrans. Przede mną stał około czterdziestoletni Niemiec, typ byłego sportowca, któremu niedawno zaczął rosnąć brzuszek. Sądząc po karnacji, był zapewne tureckiego pochodzenia jak co drugi pasażer podróżujący na trasie Stambuł-Berlin. Ubrany był w wytarty dres, a przez ramię przewieszony miał śpiwór Tesco. W podobnym spałem przy okazji podróży autostopem na Nordkapp i przeklinałem każdej nocy kiedy temperatura zbliżała się w okolice 0 stopni Celsjusza. Na Turcję taki śpiwór był jednak wystarczający.
I don’t speak German – wygłosiłem standardową formułę w takich sytuacjach.
Are you waiting for a flight to Berlin? – nieznajomy przeszedł na angielski. Mówił płynnie I z wcale niezłym akcentem.
Yes – odpowiedziałem krótko.
Could you give me a favour and wake me up when boarding will start? I need to sleep.
Sure. No problem.
Thank you, bro – nieznajomy klepnął mnie po przyjacielsku w ramię i oddalił się. Chodził przez chwilę wokół poczekalni, aż w końcu znalazł sobie miejsce pod filarem. Położył się kładąc zwinięty śpiwór pod głowę i zaczął robić brzuszki skośne. Po kilku razach rozłożył szeroko ręce, westchnął głęboko i przymknął oczy.

Na chwilę zapomniałem o odliczaniu. Przypatrywałem się nieznajomemu i zastanawiałem się kim jest. Pasował mi na byłego komandosa, ewentualnie żołnierza. Spotkałem niedawno takiego w Rosji i pomijając okazały brzuch prezentował się podobnie – włosy ścięte krótko, po żołniersku, umięśniony i ubrany w dres – jednym słowem typ, którego nie chciałbyś spotkać nocą w ciemnym zaułku. Ale na lotnisku – czemu nie? Po kilku minutach nieznajomy wstał gwałtownie, jakby ktoś wzywał go do szeregu i udał się w stronę toalety zostawiając na ziemi śpiwór i pas biodrowy z kieszenią, którego wcześniej nie zauważyłem. Wrócił po chwili, znowu zrobił kilka brzuszków i przymknął oczy. Spojrzałem ponownie na zegar (od ostatniego razu minęło dziesięć minut) i przymknąłem oczy pogrążając się w lekturze.
I can’t sleep – głos nieznajomego znowu przebił się przez słuchawkę i lektora czytającego „Hard-Boiled Wonderland” Harukiego Murakamiego. Stał obok mnie z irytacją wypisaną na twarzy i rozprostowywał palce strzelając chrząstkami w dłoniach. – Chciałbym już być w Berlinie. Nie spałem od kilku dni, tutaj też nie mogę zasnąć.

Okazało się, że nieznajomy ma na imię Yousuf i choć sam mieszka w Berlinie, w dzielnicy imigrantów, jego rodzice urodzili się na terenie Palestyny. Pracował w jednej z niemieckich gazet, a w Turcji przebywał w charakterze reportera zbierając informacje z pogranicza syryjsko-tureckiego. Zanim podjął pracę w gazecie kursował między Niemcami a Ameryką Południową – opowiedział mi o bogatych turystach w Belize płacących tysiące dolarów za możliwość nurkowania z delfinami, przestępcach z Gwatemali, McDonald’sach w Panamie, europejskich metropoliach Brazylii i Argentyny, a także o kolumbijskich dziewczynach.
– Nie ma nic lepszego ponad kolumbijskie dziewczyny. Szczególnie, jeżeli jesteś biały, tak jak ty – uśmiechnął się dwuznacznie. – Kiedy jeździłem metrem z białym kumplem, zawsze opuszczaliśmy metro otoczeni grupką napalonych dziewczyn. Zresztą jeżdżę tam trzy-cztery razy do roku, więc wiem co mówię.

Yousuf nie chciał mi powiedzieć, dlaczego tak często odwiedza Kolumbię, ale fakt iż dzielił historię tego kraju na epokę przed Escobarem i po Escobarze, sprawił że kiedy udał się po raz kolejny do łazienki sprawdziłem, czy czasem w moim bagażu podręcznym nie znajdę tajemniczego woreczka z białym proszkiem. Nic nie znalazłem, ale w miarę jak poznawałem historię Yousufa dowiadując się między innymi, że ma zakaz wstępu do USA, wyobrażałem sobie, jak bierze mnie za zakładnika i przystawiając nóż do gardła rozkazuje kapitanowi samolotu lecieć do Kolumbii, gdzie ma odebrać transport kokainy.
– Cholera, lot do Berlina będzie trwał ponad dwie godziny – zmienił temat widząc stewardessę chodzącą między pasażerami i sprawdzającą bilety. – Gdybym mógł porwać samolot bylibyśmy tam w półtorej!
Nagle chciałem, żeby czas płynął wolniej. Nie żebym brał jego słowa na poważnie, ale kiedy słyszysz coś takiego z ust faceta, dla którego życie dzieli się na epokę przed i po Escobarze, żołądek zaczyna się mimowolnie skręcać, a kolana miękną. A już na pewno nie masz ochoty uśmiechnąć się i skwitować całej sytuacji słowami: „Good joke”.
– Wiesz, jestem Palestyńczykiem. W końcu to my wynaleźliśmy porywanie samolotów – uśmiechnął się od ucha do ucha, jakby mówił o wynalezieniu zupek błyskawicznych czy szynki konserwowej. – Dwadzieścia, trzydzieści lat temu kiedy potrzebowaliśmy samolotu, po prostu sobie go braliśmy. Po 9/11 z tych latających puszek zrobili pierdolone Fort Knox i już nie ma tak łatwo.

Stewardessa wywołała nasz lot, a w oczach Yousufa dostrzegłem przemykający cień. A może tylko mi się wydawało?
– Wiesz co, podobasz mi się. Mam dla ciebie prezent – Yousuf sięgnął do swojego pasa biodrowego, odgarnął opadający na niego brzuch i otworzył kieszeń. – Trzymaj – wręczył mi monetę. – Dwieście kolumbijskich pesos.

Wziąłem ją w dłoń i obejrzałem ze wszystkich stron. Pierwszy raz widziałem kolumbijskie pesos. Moneta była duża, ciężka i miała w sobie coś magicznego – jakby ktoś zaklął w niej historię mafijnych porachunków, jakby kiedyś leżała w bagażniku pickupa, którym kumple Yousufa wozili broń i kokainę, a może nawet trzymali zakładników. Kiedy podniosłem wzrok, Yousufa już nie było. Wstałem z siedzenia, sięgnąłem po swoją torbę i ustawiłem się w kolejce na pokład.

200 pesos dzisiaj. Teraz czai się na nie mój pies.

Halny w Chinach – relacja ze slajdowiska

Zawsze cieszy, kiedy ktoś chce słuchać naszych opowieści. Tym bardziej, gdy bohater zbiorowy, jakim jest nasz słuchacz, występuje w tak znacznej liczbie jak podczas prezentacji zorganizowanej wraz z Akademickim Klubem Górskim „Halny”.

Ostatniego dnia lutego a.d. 2013, sala C9 centrum wykładowego Politechniki poznańskiej zapełniła się po brzegi rządnymi dalekowschodnich opowieści fanami podróżniczych gawęd. Choć widząc z jaką zaciekłością spóźnieni goście walczą o ostatnie siedzące miejsca, ogarnęła nas nieco trema (w końcu był to nasz pierwszy tego typu występ) wiedzieliśmy, że nie ma już odwrotu i nie zostaniemy puszczeni wolno przez naszych słuchaczy bez solidnej dawki anegdot, ciekawostek i wspomnień z Państwa Środka.

Mówiliśmy zatem o nudlach z ulicy, noclegu na pociągowej podłodze, fascynacji tybetańskich mnichów owłosieniem na rękach, chińskich pomysłach na biznes, przeprawie przez rwący potok w samym centrum Pekinu oraz o Muzeum przypominającym Rynek Łazarski. Słuchacze przejawiali wyjątkowe zainteresowanie w tych najbardziej osobliwych historiach. Przepis na 100-letnie jaja, kurza łapa wyłowiona z zupy czy nocleg na kartonach z KFC w hotelowym lobby – to poruszało tłumy. Prawdziwą furorę zrobiły jednak psotne małpy bezecnie walczące o swe złodziejskie łupy. Żeby nie było tak, że tylko my się męczymy, zaprosiliśmy również ochotnika z widowni do degustacji chińskiej wódki. Niesmak w ustach zbić można było następnie herbatą z chińskiego Tesco. A wszystko to przy akompaniamencie operowych arii w wersji techno.

Jeszcze raz serdecznie dziękujemy wszystkim za przybycie, a klubowi „Halny” za umożliwienie nam wystąpienia. Mamy nadzieję, że zaciekawiliśmy Was choć trochę, i że w przyszłości zechcecie wysłuchać relacji z naszych kolejnych wypraw.

Spotkaj się z nami w Poznaniu!

Jak złapać stopa w Chinach? Czym jest Great Firewall? Jak przenocować w herbaciarni i buddyjskim klasztorze? Czym jest parytet alkoholowy? Ile schodów zajmuje wejście na Emei Shan? Kim jest chiński dr House? Jak wygląda chińska agroturystyka? Ile trwa przygotowanie stuletniego jaja? Jak daleko pluje Chińczyk? Ile kosztuje pięć litrów chińskiej wódki? Jak się najlepiej wyczillować i przestać zamartwiać trudami podróży?

Jeżeli chcecie poznać odpowiedź na te i inne pytania zapraszamy na naszą prezentację, która odbędzie się w czwartek, 28 lutego, o godz. 19:30 na Politechnice Poznańskiej. Spotkanie odbędzie się w ramach cyklu slajdowisk Akademickiego Klubu Górskiego „Halny”. Wskazówki odnośnie dojazdu można znaleźć na stronie internetowej klubu „Halny”.

Ten właściwy moment

– Kiedy odejść? Wtedy, kiedy serce podpowiada nam, że już najwyższy czas – radzi 81-letni Harry Lee McGinnis. Po przejściu na emeryturę postanowił zrealizować swoje marzenie z dzieciństwa i wyruszył w podróż dookoła świata. Pieszo.

McGinnis nigdy nie dał się wtłoczyć w ramy codziennego, stabilnego życia – rozwodził się pięciokrotnie, parał się różnymi zajęciami – od żołnierza (służył jako snajper podczas II wojny światowej), przez menedżera klubu z muzyką country, aż po kapłana w kościele metodystów. Pomysł obejścia świata dookoła nie był jednak tylko kaprysem społecznego outsidera. – Wiele razy mówiłem, że moje marzenie zakiełkowało gdzieś w głowie, jeszcze kiedy dziadek otwierał przede mną National Geographic i uczył mnie czytać. Nie miałem wtedy nawet sześciu lat. Nauczyłem sie czytać właśnie dzięki tym magazynom. Wszystkie te zdjęcia i odległe miejsca z ich dziwnie brzmiącymi nazwami zapadły mi głęboko w pamięć i powracały.

Historię dwudziestoletniego spaceru McGinnisa należałoby jednak rozpocząć znacznie wcześniej – w 1983 roku, po kolejnym nieudanym małżeństwie zdecydował się wyruszyć w pieszą wyprawę przez Stany Zjednoczone. Udało mu się przejść cały kontynent w cztery lata i po powrocie do domu spróbował jeszcze raz uwić rodzinne gniazdko – niestety kolejny związek również zakończył się rozwodem i wtedy Hawk uświadomił sobie, że nie jest mu pisana starość w bujanym fotelu na drewnianej werandzie domku jednorodzinnego. W ogóle nie jest mu pisana starość. Pisane jest mu drugie życie. W podróż dookoła świata postanowił wyruszyć w 1992 roku. Przeszedł ponad 80 tys. mil odwiedzając w tym czasie 70 państw na wszystkich kontynentach. Podróż zajęła mu dwadzieścia lat – do rodzinnego Arlington w Teksasie powrócił w styczniu tego roku. Przez cały ten czas jego jedynymi towarzyszami podróży były 45-kilogramowy plecak i potężny kostur. I ludzie, których spotykał na swojej drodze. Z wieloma z nich do dziś utrzymuje kontakt – jedną z takich osób jest Bob Ehrenheim, nauczyciel języka angielskiego w jednej z etiopskich szkół. Hawk trafił do niego przypadkiem w 1996 roku, idąc przez Afrykę. Opisując McGinnisa, używa przede wszystkim dwóch słów: „najbardziej” i „zwariowany”.

Przy okazji dwudziestoletniej tułaczki nie brakowało również niebezpiecznych epizodów – w państwach Afryki Północnej Hawk trzykrotnie zajrzał śmierci w oczy, stykając się z islamskimi bojownikami. O ile w Algierii poradził sobie z napastnikami używając jednego z kilku noży, które nosił przy sobie „na wszelki wypadek”, o tyle w Egipcie uratowała go tylko interwencja egipskich żołnierzy. Równie kłopotliwy okazał się odcinek wiodący przez Sudan, gdzie władze nie chciały go wypuścić z Wadi Halfy, miasta położonego blisko granicy z Egiptem. McGinnis jednak nie żałuje spaceru przez tamte rejony, a zachęca żeby ruszyć się z fotela i zobaczyć świat. – Chcesz odejść z tego świata nie wiedząc, co było za rogiem? – pyta. – Kiedy przechodzisz na emeryturę nie siadaj przed telewizorem, nie przybieraj na wadze 10-20 kg, nie pij piwa i nie jedz kanapek. Podnieś się z fotela i idź zobaczyć świat.

The Longest Way

Na zupełnie innym etapie swojego życia, w kilkutysiąckilometrową pieszą podróż, zdecydował się wybrać Christoph Rehage. W wieku dwudziestu sześciu lat, po dwóch latach studiowania sinologii i kinematografii na uczelniach w Pekinie, postanowił wrócić pieszo do swojego domu w Niemczech. Podobnie jak wspomniany Hawk, tak i on pomysł powziął po lekturze artykułu w „National Geographic”, w którym wyczytał, że żołnierze w Starożytnym Rzymie potrafili pokonywać dziennie nawet 50 km w pełnym ekwipunku. – Lubię chodzić, ponieważ jestem wtedy panem własnego losu. Kiedy wybieram się gdzieś, nie chcę tylko zapamiętywać drogi, która prowadzi mnie do celu, ale chcę również poczuć, że zasłużyłem na to, aby być tu i teraz – dodaje.

Jak zaplanował, tak zrobił. Christoph wyruszył w 2008 roku i przeszedł ponad 4,5 tys. km dokumentując swoją wędrówkę na stronie internetowej i w filmiku, który na Youtubie obejrzało już przeszło półtora miliona internautów. Podczas spaceru przez pustynię, Niemiec natknął się na chińskiego wędrownika Xie Jianguanga, który od 1982 roku wędruje pieszo po Chinach. Ochrzcił go mianem Nauczyciela Xie i zadedykował mu kręcony przez siebie film.

Po roku podróży i przebyciu dokładnie 4646 km Christoph zdecydował o przerwaniu wędrówki i powrocie do kraju. Na pytanie dlaczego zdecydował się zarzucić swoje początkowe plany, odpowiada: – Chciałem wrócić do swojego życia. Musiałem odzyskać kontrolę nad sobą i wyeliminować tę wewnętrzną siłę, która dyktowała mi co mam robić. Wielu ludzi po obejrzeniu filmiku, który nakręciłem podczas wędrówki, myśli sobie „Chcę być wolny, tak jak ten facet!” – ale nie rozumieją, że coś mnie popychało, żeby robić to co robiłem i momentami nie miałem nad tym kontroli.

Pod koniec filmiku z podróży pada pytanie: – Was it really me? – „czy to naprawdę byłem ja?” Christoph odpowiada, że gdy podejmował decyzję o wyruszeniu w drogę, liczyła się dla niego tylko podróż i mimo, że cała rodzina próbowała mu wybić ją z głowy, był gotów poświęcić wszystko dla realizacji swojego pomysłu. Jak sam przyznaje, oglądając zdjęcia z początku drogi, widzi w swoich oczach dziwny błysk. – Pod koniec zdałem sobie sprawę, że moje priorytety się pozmieniały, a może nigdy nie były tym czym wydawały się być? W każdym razie, wiedziałem, że muszę dokonać w swoim życiu kilku zmian. I jestem za to wdzięczny.

Ten sam błysk pojawił się w jego oczach w tym roku. Christoph postanowił wrócić tam, gdzie przerwał swoją wędrówkę i dokończyć podróż. Licznik bije: 5318 km.

A Ty? Jesteś gotowy wyruszyć przed siebie?

Gdzie spać w podróży?

Noclegi są jednym z najbardziej kosztownych elementów podróży, dlatego przed wyjazdem warto zorientować się, gdzie i w czym najlepiej spać. W czasach kryzysu, kiedy każdą złotówkę oglądamy dwa razy, popularność zdobywają sieci zrzeszające podróżników, którzy wymieniają się mieszkaniami, wynajmują je innym członkom społeczności, bądź zapraszają do siebie całkowicie za darmo.

CouchSurfing. Z czym to się je? Użytkownicy udostępniają swoje kanapy (ang. couch; stąd nazwa portalu) innym członkom społeczności, a w zamian mogą skorzystać z gościnności innych osób w różnych zakątkach globu. Wszystko odbywa się nieodpłatnie i opiera na zasadzie wzajemnej pomocy bądź zwykłej serdeczności. Z czasem wokół portalu wykształciła się towarzyska otoczka, dlatego dzisiaj możemy mówić już o subkulturze CouchSurferów – obok noclegów można znaleźć tutaj pomysły na spędzenie weekendu, ogłoszenia o imprezach, propozycje wyjazdów na wakacje, oferty wynajmu mieszkania czy informacje o cenach, pogodzie bądź sytuacji politycznej w każdym miejscu na ziemi, w jakim tylko można postawić stopę. Obecnie platforma zrzesza ponad 4 miliony amatorów podróży z 86 tysięcy miast na całym świecie, a Polacy są jedną z jej najaktywniejszych nacji. Sam podróżowałem z wykorzystaniem CouchSurfingu po Europie, Ameryce i Azji i wszędzie – bez względu na różnice kulturowe czy sytuację polityczną – spotykałem się z życzliwością i otwartością innych CouchSurferów. Po pewnym czasie można jednak zauważyć pewne mankamenty pomysłu, a największym z nich jest ciągła niepewność, na kogo trafi się następnym razem. Niektórym przeszkadza także zależność od hosta w kwestii powrotów do domu czy opuszczania mieszkania (czasem problem rozwiązuje się sam, kiedy gospodarz wręcza nam komplet kluczy).

Prywatne apartamenty. Coraz większą popularność zdobywają takie portale jak Wimdu, który notabene reklamuje się nawet hasłem: „Travel like a local”. Korzystając z tego typu platform co prawda płacimy za nocleg, jednak zamiast mieszkać w hotelu, mamy możliwość zasmakować życia mieszkańca Nowego Jorku, Pekinu czy Paryża mieszkając w jego apartamencie. Poza tym, wyjeżdżając na wakacje do innego miasta, nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy udostępnili swoje mieszkanie innemu członkowi społeczności i tym samym zasilili nasze portfele. O ile zaletą CouchSurfingu jest styczność z ludźmi, z którymi mieszkamy – możliwość rozmowy czy wspólnych wyjść na miasto – o tyle wynajmując prywatne apartamenty można przebierać w niecodziennych ofertach, np. cygańskim wozie, mieszkaniu w pociągu czy ekologicznej chatce. Poza tym wynajmując apartament otrzymujemy klucze i zyskujemy prywatną przestrzeń, której brakuje zazwyczaj u CouchSurferów. Również ceny – w porównaniu z hotelami, a nawet hostelami – są atrakcyjne i elastyczne.

Wolontariat. Tydzień pracy na farmie w Niemczech, przeprowadzka na dwa tygodnie do Paryża, do jednego z hosteli w centrum miasta, a następnie podróż do Hiszpanii, gdzie już mamy zaklepane miejsce w niewielkim gospodarstwie agroturystycznym nad morzem. W każdym z tych miejsc w zamian za kilka godzin pracy (zazwyczaj około 5 godz. przez 5 dni w tygodniu) otrzymujemy zakwaterowanie i wyżywienie. Podczas podróży po Norwegii spotkałem hippisa z Niemiec, który właśnie w ten sposób zjeździł całą Skandynawię. Korzystał z sieci WWOOF (World Wide Opportunities on Organic Farms) zrzeszającej farmy ekologiczne. Do jego zajęć należały m.in. prace ogrodnicze, czasem odmalowanie szklarni czy zbieranie owoców. Za jego przykładem sam zacząłem szukać możliwości podróżowania w ten sposób i znalazłem dziesiątki podobnych platform. Ostatecznie zdecydowałem się zarejestrować na Workaway.info, która w bazie miała oferty z wielu egzotycznych miejsc, m.in. Panamy, Amazonii, peruwiańskich Andów czy Kambodży. Przy okazji tegorocznej podróży do Rosji skontaktowałem się z jednym z moskiewskich hosteli, ale ostatecznie plany pokrzyżowały ograniczenia wizowe. Na szczęście abonament w wysokości 15 euro gwarantuje dwuletni dostęp do bazy pracodawców.

Sposobów na podróżowanie tanie, ciekawe i z dala od biur podróży jest wiele. Niektórych może dziwić, że nie wymieniłem hosteli czy namiotu, ale o nich chyba już wszystko zostało powiedziane. Natomiast popularność wszystkich wyżej wymienionych platform szybko rośnie, ale wciąż nie są one obecne w turystycznym mainstreamie. Jeżeli chcesz spędzić wakacje inaczej niż reszta, spróbuj czegoś nowego!

Erasmus w Stambule

Kilka miesięcy temu otrzymałem z sekretariatu mojej uczelni wiadomość, że wciąż są wolne miejsca w ramach programu wymiany studenckiej Erasmus. Przebiegłem wzrokiem po liście destynacji: Bratysława? Zbyt blisko, zbyt zwyczajnie. Ryga? Nie ujęła mnie. Szeged? Wolałbym coś większego. Turku? Nie na semestr zimowy, spędzę Erasmusa w ciemnościach. Stambuł? Miejsce, gdzie pięćset lat temu starło się Bizancjum z Imperium Osmańskim, a dzisiaj ściera się Europa z Azją. Jadę!

Erasmus. Jako jeden z nielicznych programów Unii Europejskiej jest oceniany jednoznacznie pozytywnie wśród braci studenckiej. Pieniądze z unijnego budżetu nie są bowiem przeznaczane na projekt rozbudowy sieci teatrów kukiełkowych czy podniesienia innowacyjności przedsiębiorstwa poprzez zakup wózka widłowego, a na stypendium, które pozwala wyfrunąć z Polski nawet na 10 miesięcy. Wymogi uczestnictwa w programie są różne, w zależności od uczelni, ale zazwyczaj nie są one zbyt wygórowane. Na Wydziale Prawa i Administracji poznańskiego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza wystarczała średnia min. 3,25 i pozytywne wyniki w testach językowych (pisemnym oraz ustnym). W ramach drugiego naboru, w którym rozpocząłem walkę o miejsce w Stambule, odbył się tylko etap ustny, gdyż jak zwykle było więcej miejsc niż chętnych. W rezultacie po pięciu minutach rozmowy o USA, Michigan i zeszłorocznym work&travel za Oceanem, zostałem oficjalnie stypendystą Erasmusa.

Pewność siebie. Dla wielu studentów barierą w wyjeździe jest nie tyle nieznajomość języka, a brak pewności siebie związany z wyjazdem do obcego kraju, a nierzadko również zetknięcia się z obcą kulturą: „Jak się dogadam?”, „Czy poradzę sobie?”, „Poza tym, skoro na egzaminie brakuje mi czasem języka, aby powiedzieć coś po polsku, jak zdam egzaminy w języku obcym?”. Na wszystkie te pytania jest jedna odpowiedź: „Nie przejmuj się, jedź!”. Na miejscu spotkasz od kilkudziesięciu do kilkuset studentów, takich jak ty – dla niektórych będzie to pierwszy wyjazd za granicę, dla innych nie, niektórzy z nich będą mówili w języku obcym lepiej od ciebie, inni nie będą mówili w nim niemalże wcale itp. Dwóch Hiszpanów z Andaluzji, z którymi studiuję, nie mówi po angielsku niemalże w ogóle, a na pierwsze zajęcia dotarli dopiero po miesiącu. Kiedy ich zapytałem, dlaczego tak późno, odpowiedzieli, że wcześniej nigdy nie mogli znaleźć sali. Z kolei William, sympatyczny, ale nieco zakręcony Włoch, do dzisiaj nie załatwił wszystkich formalności związanych z przyjęciem na uniwersytet, ba, nawet nie odebrał legitymacji studenckiej z dziekanatu, ale jak na Włocha przystało, nie zawraca sobie tym głowy.

Organizacja. Zazwyczaj istnieje ona tylko po jednej stronie – uczelni wysyłającej. Ze strony uczelni przyjmującej można spodziewać się bałaganu, a jeżeli jesteś w Stambule – kompletnego chaosu. W Biurze Erasmusa działającym przy Istanbul Universitesi na pięciu pracowników tylko jeden umie porozumieć się w języku innym niż turecki, a każdy z nich na słowa „Learning Agreement” (porozumienie w ramach zaliczanych za granicą przedmiotów) robi wielkie oczy i tylko rozkłada bezradnie ręce. Do tego dochodzą ciągłe zmiany planu lekcji, o których nikt nie jest informowany, brak informacji odnośnie egzaminów czy terminów ferii zimowych. Wczoraj próbowałem dowiedzieć się, kiedy rozpocznie się przedmiot International Business Law – niestety bezskutecznie. Dodam, że zajęcia miały rozpocząć się półtora miesiąca temu.

Życie. Co tu dużo mówić – rytm życia Erasmusowicza wyznaczają zajęcia pozalekcyjne. W zależności od upodobań: imprezy, podróże, spotkania ze znajomymi, haratanie w gałę czy granie na gitarze. Sam byłem już na wycieczce w Kapadocji, pod koniec tygodnia ruszam do Gruzji, a w planach mam jeszcze Izmir i Bułgarię. Nauka ogranicza się do sporadycznego uczestnictwa w zajęciach, które paradoksalnie nie jest sporadyczne ze względu na moje lenistwo, a kompletny brak organizacji ze strony uniwersytetu. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że na razie uczestniczyłem we wszystkich zajęciach, które mam wpisane w swój Learning Agreement;-)

Via Baltica Tour, czyli autostop w państwach bałtyckich (cz.2)

urokliwe uliczki starego miasta
urokliwe uliczki starego miasta

Tallinn. Tallinn jest miastem kameralnym – 500 000 mieszkańców. Starówkę i jej okolicę obejść można w dwie godziny (z braku funduszy wszelkie muzea zwiedzałem z zewnątrz), a do wszelkich bardziej oddalonych atrakcji dotrzeć piechotą w nie więcej niż 40 minut. Z odkrytych ciekawostek, w Tallinnie mieści się najstarsza w Europie apteka, oraz baszta o pieszczotliwej nazwie „Gruba Gocha”. Wyższych wieżowców nie stwierdziłem. Znalazłem za to ogromny amfiteatr, gdzie co roku odbywa się największy na świecie festiwal piosenki amatorskiej. Tego dnia akurat odbywał się tam koncert Lady Gagi (dzięki temu wiem, że jej fani wyglądają nie mniej niecodziennie od niej samej). Nie była to jednak jedyna atrakcja kulturalna jaką zaliczyłem tego dnia. Wieczorem pojechałem do starej fabryki wziętej w posiadanie przez środowisko tallińskich hipsterów, gdzie obejrzałem doprawdy fascynujące widowisko. Trzy dziewczyny skaczące po żelaznych instalacjach i robiące przy ich pomocy hałas – chyba jestem zbyt mainstreamowy by to zrozumieć. Następnego dnia postanowiłem wybrać się na plażę. Początkowo zdziwiło mnie, że było tam pełno ludzi (niedziela), lecz nikt nie leżał plackiem na piachu. Gdy spróbowałem rozłożyć się obozem na brzegu, zrozumiałem w czym rzecz. Zewsząd zaczęły atakować mnie bowiem muchy. Wytrzymałem ledwie kwadrans. Musiałem uciekać za wydmy i dopiero tam zaznałem spokojnej popołudniowej drzemki. Resztę dnia spędziłem na ławeczce, korzystając z plażowego wi-fi. Następnego dnia z rana trzeba już było ruszać w drogę. Przyznam szczerze, że stresowałem się nieco gdyż miał to być mój pierwszy samotny autostop.

nocka na autostradzie
nocka na autostradzie

Stopošana. Z Tallina wywiózł mnie Fin, fascynat medycyny alternatywnej, który przez 1,5 godziny opowiadał mi o leczniczych właściwościach witaminy D i kory brzozowej. Jego furgonetkę opuściłem w miejscowości Parnawa i tu moja samotna podróż dobiegła końca. Przyłączyłem się bowiem do Słowaka, który wracał właśnie z wizyty u krewnych w Rosji. Co ciekawe, on mówił po słowacku, ja po polsku i doskonale się rozumieliśmy. Co ważne mój towarzysz doskonale władał także językiem rosyjskim, co pozwoliło odpocząć moim szarym komórkom i wybawiło mnie z obowiązku niezręcznego dukania w tym języku. Razem dotarliśmy do Rygi. Powitała nas tam rzęsista ulewa, dlatego kierowca postanowił wysadzić nas na parkingu jednego z podmiejskich centrów handlowych. Jako, że było jeszcze wcześnie postanowiłem ruszyć w dalszą drogę bez postoju (inna sprawa, że nie udało mi się znaleźć na tę noc hosta). Przejazd z północy na południe miasta zajął mi ok. godziny czym do dziś chwalę się znajomym. Na rogatkach udało mi się nawet złapać autobus podmiejski, który kursuje raz na godzinę, a który wywiózł mnie nieco za miasto. Tam, na rondzie w miejscowości Kekava, spotkałem najdziwniejszego autostopowicza świata. Murzyn, ubrany w lakierki, spodnie uprasowane na kant i tweedowy płaszczyk z malutką torebeczką i plecakiem wybierał się do Paryża. Dodam, że mówił perfekcyjnie po angielsku i gdy zaprosiłem go do złapanego przeze mnie samochodu musiałem zbierać z ziemi koparę, po tym jak okazało się, ze jest… Łotyszem. Wspólnie dotarliśmy do litewskiej miejscowości Panavezys.

nareszcie w Polsce
nareszcie w Polsce

Autostopas. Na litewskiej ziemi stanęliśmy ok. godziny 21:00. Było już zupełnie ciemno, a my znaleźliśmy się na nieoświetlonym węźle autostradowym. Jedynym naszym źródłem światła były dwie LED-owe latareczki. Tak uzbrojeni ruszyliśmy wzdłuż drogi. Ruch był jednak delikatnie mówiąc niewielki. cofnęliśmy się zatem nieco do miejsca, w którym stało kilka latarni. Znaleźliśmy tam wiatkę, która okazała się naszym schronieniem na tę noc. Od mojego nowego przyjaciela byłem w o tyle lepszej sytuacji, że miałem przy sobie śpiwór. On w podróż wybrał się bez jakiegokolwiek niepotrzebnego, jego zdaniem, obciążenia. Użyczyłem mu zatem swojego koca. Około godziny trzeciej nad ranem afrołotewski przyjaciel obudził mnie twierdząc, że złapał stopa, ale tylko dla siebie. Na wpół przytomny zgodziłem się by jechał sam. I tak oto zostałem porzucony. Ja swoją okazję złapałem ok. godziny piątej. Do Polski wwiózł mnie kierowca tira, słuchający porannego różańca i mszy w Radio Maryja i opowiadający w przerwach między kolejnymi dziesiątkami o przydrożnych „kurewkach”. Z nim dotarłem do Białegostoku. Tam zmieniłem resztkę euro i rubli, aby ruszyć do Biedronki, gdzie produkty takie jak mleko, banany i czekolada urosły w moich ustach do rangi najwykwintniejszych dań. Resztką pieniędzy zapłaciłem PKP haracz za przewiezienie mnie rozklekotaną puszką, dumnie zwaną pociągiem, do Poznania. I tak właśnie na peronie czwartym poznańskiego dworca, o godz. 17:07, dnia 28 sierpnia 2012 r. zakończyła się najwspanialsza podróż mojego życia.

Via Baltica Tour, czyli autostop w państwach bałtyckich (cz.1)

Rozstanie i trudne początki. Po spędzonych wspólnie niemalże 2 miesięcznicach, na stacji metra Admiralczeskaya w Petersburgu, nastał czas rozwiązania naszej drużyny. Łukasz powędrował na dworzec autobusowy, a Asia i ja ruszyliśmy w kierunku szosy tallińskiej, gdzie liczyliśmy na złapanie kogoś, kto zechce wywieźć nas z Rosji. Dogodne miejsce znaleźliśmy dzięki niezawodnej Hitchwiki, encyklopedii każdego autostopowicza. Mając w pamięci doświadczenia z Litwy, kiedy chętny do podwózki kierowca odnalazł się dopiero po dwóch godzinach, zakładałem długie oczekiwanie. Dlatego też tym większe było moje zdziwienie, gdy pierwszy samochód zatrzymał się po… 5 minutach (magia kobiety na stopie). Okazało się jednak, że szanowny kierowca chciał raczej zaoferować usługę przewozową i zarobić na kursie w kierunku, gdzie akurat jechał. Podobnie zresztą jak i kilkunastu następnych. Słysząc słowa „autostop” lub bjezpłatno wszyscy jak jeden mąż ruszali z piskiem opon i drwiącym uśmieszkiem (jeden z nich nawet nie zaczekał, aż zamknę drzwi). Ostatecznie z Petersburga wydostaliśmy się po trzech godzinach, choć „wydostaliśmy się” to chyba za dużo powiedziane, gdyż ujechaliśmy raptem 20 km.

Автостоп i granica. Jak widać, autostopowicz w Rosji jest często brany za potencjalnego klienta taksówki. Na szczęście głównie w okolicach większych miastach. Po opuszczeniu Petersburga nie spotkaliśmy się już z takimi pomyłkami. Co więcej, podróż szła nam dosyć sprawnie i późnym popołudniem (ok. 17:00) znaleźliśmy się na granicy, ostatnie 30 km pokonując w niezwykle klimatycznej Ładzie, łudząco podobnej do Fiata 125p. Samo przejście graniczne okazało się natomiast bardzo podobne do tego mieszczącego się pomiędzy Polską a Niemcami w Zgorzelcu/Goerlitz. Dwa miasta Ivangorod i Narwę rozdziela bowiem tylko rzeka (Narwa właśnie), a jedyną możliwością jej przekroczenia jest graniczny most. Pomni doświadczeń z granicy chińsko-rosyjskiej przygotowani byliśmy mentalnie na co najmniej kilka godzin wyczekiwania w kolejce, tłumaczenie się z posiadanych bagażów i inne tego typu niedogodności. Dlatego zdziwieniu naszemu nie było końca, gdy wszystkie formalności udało się załatwić w 20 min. (poszło by jeszcze szybciej gdyby nie mój dwukrotnie zalany paszport i widniejące w nim zdjęcie 14-latka, nijak mające się do obecnej aparycji brodatego włóczęgi). W tym miejscu muszę jednak nadmienić, że nic nie byłoby tak proste bez pomocy niezwykle miłego Estończyka, który w języku polskim wytłumaczył nam dokąd mamy iść i co robić. Jak się później okazało znał on naszą piękną mowę, gdyż na początku lat 90-tych stacjonował jako pilot w bazie wojsk radzieckich nieopodal Szczecina.

Estonia. Co by o Unii Europejskiej nie mówić, to co najmniej jedna rzecz dzięki niej stała się o wiele prostsza – podróżowanie. Ulga jaką poczuliśmy wkraczając w Narwie na terytorium Estonii (a tym samym UE) jest trudna do opisania. Choć do Poznania pozostało jeszcze prawie 1500 km drogi, już tutaj – jedząc chleb z pasztetem na ławeczce pod narewskim zamkiem witającym podróżnych na rubieżach Unii – poczułem się jak w domu. Odnośnie samej Estonii, to gdyby nie fakt, że tamtejszy język ma tyle wspólnego z narzeczami słowiańskimi co burak z motorówką, pomyślałbym, że nazwa kraju wzięła się od słowa estetyczny. Poza tym państwo to słynie jeszcze z co najmniej jednej rzeczy – wszechobecnego Internetu. Wi-fi jest tam dostępne praktycznie wszędzie (również na wspomnianym już skwerku tuz przy granicy), a wiele spraw urzędowych załatwić można on-line. Wg. statystyk jest to jeden z najbardziej zinformatyzowanych krajów świata. Po kilku tygodniach na obczyźnie, kiedy co najmniej kilkadziesiąt minut co dzień schodziło nam na poszukiwaniu bezpłatnego Internetu była to mała rewolucja. Jeżeli zaś chodzi o Estończyków to z charakteru bliżej im do Skandynawów niż Słowian – są wycofani, raczej powściągliwi w wyrażaniu emocji, aczkolwiek bardzo przyjaźnie nastawieni.

Hääletamine. Z Narvy do Tallina dostaliśmy się dość sprawnie, choć nie obyło się bez pieszej przeprawy ze wschodu na zachód przygranicznego miasta. Zajęła ona nam pół godziny. Gdy dodamy do tego, że Narva jest trzecim co do wielkości miastem Estonii, daje nam to pojęcie o rozmiarach tego kraju. Opuściliśmy zatem Narvę ok. 17:30 (zyskując po drodze godzinę na zmianie czasu). Uczynny azerski zapaśnik przewiózł nas jakieś 50 km, wyrzucając na jedynym chyba w Estonii odcinku autostrady. Padało, więc chcąc nam pomóc Azer zostawił nas pod wiaduktem – w miejscu na stopa, delikatnie mówiąc, fatalnym. Do dziś zastanawiam się jakim cudem wydostaliśmy się stamtąd zaledwie po 40 min. I to na pokładzie eleganckiego Renault, należącego do mówiącego po angielsku Estończyka, który wysadził nas 100 metrów od tallińskiej starówki. Plan na następne godziny był prosty – znaleźć hosta na najbliższe dwa dni. Naszą jedyną nadzieją było cotygodniowe spotkanie CouchSurferów. Biorąc pod uwagę fakt, że wracaliśmy z dalekich Chin przyjęcie spotkało nas na nim raczej chłodne. Poza tym zmuszeni zostaliśmy do zamówienia piwa za 3,5 euro, co było dość bolesne dla mojego tygodniowego budżetu w wysokości 20 euro. Ostatecznie przygarnął nas Milan – Słowak, który niedawno przeprowadził się do Tallinna i już gościł parę z Francji (właściwie to oni wynegocjowali nam nocleg). Do mieszkania na obrzeżach Tallinna dotarliśmy o trzeciej w nocy, skrajnie wyczerpani i rozgoryczeni faktem, że musieliśmy jechać tam taksówką, do której wsadzeni zostaliśmy jedynie we dwójkę, a która kosztowała nas kolejne 10 euro.

Daleko jeszcze?

Po 27 dniach pobytu w Chinach przyszedł w końcu czas by pożegnać się z Państwem Środka, jego zwyczajami, charakterystycznym budownictwem, a przede wszystkim z jego obywatelami. Szczerze mówiąc to od pewnego czasu wyczekiwaliśmy tego momentu z utęsknieniem, bo jak to mówią – co za dużo to nie zdrowo.

kolej transsyberyjska
Stepowe Las Vegas

Manzhouli. Do tej chińskiej przygranicznej miejscowości dotarliśmy po kolejnym 38-godzinnym kolejowym maratonie. Na miejsce nasz pociąg przybył z dwugodzinnym opóźnieniem, ok. godz. 22:00. Znaleźliśmy się zatem w nocy, w obcym mieście, bez zaplanowanego noclegu. W głowie kłębiła się w zasadzie już tylko jedna myśl – jak najszybciej do Rosji. W sumie to bliskość naszego wschodniego sąsiada była największym atutem Manzhouli. Dzięki temu większość osób mówiła po rosyjsku, a w sklepach można było dostać rosyjskie produkty. Korzystając z tych okoliczności zabraliśmy się z dworca do centrum z grupką Rosjan (jak się następnego dnia okazało zupełnie niepotrzebnie, bo dystans na jaki przewieziono nas za 50 juanów, to raptem 15 minut marszu), a na kolację spożyliśmy bułki z dżemem (choć jedzenie znacząco utrudniali nam uliczni sprzedawcy oraz przeprowadzające na nas desant chrabąszcze). Mimo dosyć późnej pory miasto rozświetlone było blaskiem neonów informujących głównie w języku rosyjskim o dostępnym asortymencie. Generalnie Manzhouli pełni rolę swego rodzaju centrum handlowego dla Rosjan. Mogą oni kupić tu dosłownie wszystko – od części samochodowych poczynając, poprzez różnego rodzaju alkohole i artykuły codziennego użytku, na rosyjskich (sic!) pamiątkach kończąc. Miasto wyrasta pośrodku stepu, górując nad nim stylizowanymi na socrealistyczny styl wieżowcami i kiczowatymi pałacykami, których tandetę dodatkowo podkreślają neony we wszystkich barwach tęczy. Choć w chwili naszego przybycia wiele sklepów było jeszcze otwartych, teraz powoli już je zamykano. Dla nas był to niechybny znak, że czas udać się na spoczynek. Tylko gdzie? Zaproponowany nam podczas podwózki hotel w cenie 350 juanów za osobę znajdował się dalece poza naszym finansowym zasięgiem. Udaliśmy się zatem starym, traperskim sposobem do KFC po kartony i używając ich za podłoże rozbiliśmy obóz na klatce schodowej jednego z hoteli. Po mniej więcej 40 minutach zmuszeni zostaliśmy jednak do skonsultowania legalności naszego obozowiska z administracją hotelu. Ta zazwyczaj dosyć nieprzyjemna powinność tym razem okazała się zbawienna w skutkach. Na siódmym piętrze hotelu odkryliśmy bowiem otwartą całą dobę restaurację, gdzie zjedliśmy pysznego piroga i przesiedzieliśmy dobrą godzinę. Następnie zaś rozsiedliśmy się na kanapach w recepcji i w końcu mogliśmy spokojnie zasnąć.

kolej transsyberyjska
ostatnie zdjęcie z Chin

Na granicy. Następny dzień upłynął pod znakiem poszukiwania transportu do Zabajkalska. W końcu chętny do przewiezienia nas autobus znaleźliśmy na dworcu, znajdującym się w najdalszym chyba zakątku miasta. Nauczeni doświadczeniem z dużą nieufnością podeszliśmy do chińskiego kierowcy i „pilota” wycieczki. Wynikło stąd dosyć spore nieporozumienie już podczas pakowania się do autobusu, kiedy zażądano od nas 100 rubli dopłaty za umieszczenie naszych plecaków w dolnym luku. Okazało się jednak, że nie jest to próba oszustwa, lecz normalna drobnym-druczkiem-pisana formalność. Podobnie zresztą jak kwit wydawany na granicy za taką samą opłatą. Do dziś nie wiem, po co on był, ani co takiego było na nim napisane. Wiem tylko, że skoro wszyscy kupowali, to i my musieliśmy. Nienormalna była natomiast opłata 250 rubli, którą nasz „pilot” zażądał od każdego z pasażerów już po opuszczeniu posterunku celnego, nie kryjąc się nawet specjalnie z faktem, że jest to łapówka. Musiał jednak zadowolić się kwotą 300 rubli od całej naszej trójki, gdyż więcej pieniędzy zwyczajnie nie mieliśmy. Wszystkie procedury trwały około czterech godzin, przez co 25-kilometrową trasę pokonaliśmy w pięć godzin. Stracony czas nic już jednak dla nas nie znaczył. Byliśmy w Rosji.

kolej transsyberyjska
bar „Bawaria”

Zabajkalsk. Gdy wysiedliśmy z autobusu na centralnym placu (czyt. klepisku) Zabajkalska poczuliśmy się niemal jak w domu. Otaczały nas bowiem rozpadające się bloki, blaszane budy pełniące rolę lokalnych spożywczaków i ulice, na których asfalt występował jedynie incydentalnie. Do tego zmęczone życiem twarze braci-Słowian wpatrujących się w nasze uradowane oblicza z niekrytą podejrzliwością, mieszającą się z chęcią sprawdzenia zawartości naszych plecaków. Wszystko to czyniło Zabajkalsk miejscem, dla Polaka, niezwykle swojskim. Uczucie to spotęgowała jeszcze bardziej uczta, jaką urządziliśmy sobie z miejscowych produktów. I choć chleb który kupiliśmy trącił starością (było to wszak niedzielne popołudnie), a powidło jabłkowe ewidentnie zawierało więcej cukru niż jabłek to, jak Boga kocham, był to najlepszy chleb z powidłami w moim życiu. Nie samym jednak chlebem żyje człowiek, dlatego też po zaspokojeniu pierwszej z podstawowych potrzeb, ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu miejsca noclegowego. W toku poszukiwań, podczas których o drogę do najbliższego hotelu przepytana została chyba połowa mieszkańców miasteczka, zidentyfikowaliśmy cztery miejscowe „gostinnice”, w każdej jednak odpowiedź na pytanie o wolny pokój była taka sama – „miest njet”. Czyżby i tu dotarł syndrom chińskiego „me jo”? Czy może, aż tak bardzo nie lubią tutaj obcokrajowców? Wszak jedna z recepcjonistek dopiero po obejrzeniu naszych paszportów przypomniała sobie, ze przecież nie ma wolnych pokoi. Tak czy inaczej zbliżał się zmierzch, a my stanęliśmy przed dość nieprzyjemną wizją drugiego z rzędu improwizowanego noclegu. Zdesperowani udaliśmy się w kierunku dworca (każdy kloszard wie przecież, że nie ma lepszego miejsca na darmowy nocleg). I tu niestety spotkał nas srogi zawód, gdyż budynek był zamykany na noc. Na szczęście dopełniający swych obowiązków ochroniarz zaprowadził nas do przydworcowego hotelu, gdzie wynegocjowaliśmy pobyt w trzyosobowym pokoju do godziny szóstej rano w dość przystępnej cenie (oczywiście zapomnieliśmy o zmianie czasu na granicy i rano zaspaliśmy). Pani recepcjonistka wyjaśniła nam natomiast, że dzień wcześniej obchodzono w Rosji święto kolejarza, co tłumaczy skacowanie/stan lekkiego podpicia większości pracowników dworca. Cóż, tym razem spóźniliśmy się na najlepsze.

Północna Słowacja – Tatry, zamki, jaskinie

Każdego roku na majówkę do Zakopanego wybierają się rzesze turystów. W efekcie zakopianka stoi w wielogodzinnym korku, na Krupówkach tłoczą się setki ludzi, a do Doliny Kościeliskiej nie sposób się dostać. Niewiele osób wie, że zaledwie 40 km dalej rozciągają się wyższe, piękniejsze Tatry pośród nich zaś puste i panoramiczne szlaki.

Park Narodowy Wysokie Tatry jest zdecydowanie największą atrakcją, którą trzeba „zaliczyć” będąc na Słowacji. Obszar ten jest bardzo urozmaicony – od pięknych dolin po postrzępione turnie najwyższych szczytów Tatr. Turyści nastawiający się na całodniowe trasy z pewnością nie będą zawiedzeni. Szczególnie godny uwagi szlak to wejście na Koprowy Szczyt. Cała trasa zajmuje niemalże cały dzień, a w czasie wędrówki urozmaicać krajobraz będą nam liczne potoki przecinające szlak, a pod koniec trasy zobaczymy najgłębsze i największe jezioro w słowackich Tatrach –Wielki Staw Hińczowy, który ma 53,7 m w najgłębszym miejscu. Inną ciekawą alternatywą jest wejście na Krywań, której charakterystyczny szczyt uchodzi za symbol słowackiej przyrody. Jest to wyczerpujący i długi szlak (min 4,5 godz.) i pewnym mankamentem jest konieczność powrotu tą samą trasą. Dodatkowo należy pamiętać, że podczas marszu nie ma schroniska, w którym można by było zregenerować siły. Będąc w słowackich Tatrach mamy również możliwość zdobycia najwyższego polskiego szczytu, który po stronie naszych sąsiadów w podejściu jest nieco łagodniejszy. Z Rysów możemy opcjonalnie zejść na polską stronę.

Trasy są bardzo różnorodne pod względem trudności, do niektórych schronisk można dojść nawet asfaltową drogą. Dla osób nie lubiących wysokogórskiego hikingu polecam szczególnie trasę do Popradskiego Plesa, która zajmie nam nie więcej niż godzinę. U celu mamy do dyspozycji restauracje w górskim stylu i punkt wypadowy w wyższe partie Tatr. Jedną z możliwości zobaczenia gór nie męcząc się niemalże wcale jest kolejka górska na Łomnicki Szczyt. Z samego szczytu roztacza się piękny widok, a przełęcz jest dobrym miejscem na obserwacje świstaków. Niestety jest to bardzo droga atrakcja (ponad 20 euro). Dodatkowo trzeba liczyć się z ryzkiem, że z powodu mgły lub niskiego pułapu chmur nic nie zobaczymy, a wcześniej wykupiony bilet nie podlega zwrotowi (w sezonie bilety trzeba wykupić z kilkudniowym wyprzedzeniem. Innym pomysłem jest odwiedzenie Szczyrbskiego Plesa, które miejscowi nazywają słowackim Morskim Okiem. Moim zdaniem nasz wysokogórski staw wypada w porównaniu ze swoim słowackim vis-a-vis nieco gorzej – przede wszystkim dlatego, że nie tłoczą się wokół niego tłumy ludzi i można spokojnie wsłuchać się w odgłosy natury wypoczywając na nadbrzeżnych skałkach.

Słowackie Tatry są również wspaniałym miejscem do obserwacji ptaków charakterystycznych dla różnych partii gór, m. in. rudzików czy muchołówek. Dla przeciętnego pasjonata ornitologii nietrudne będzie wypatrzenie orzechówki, a przy odrobinie szczęścia jest szansa na drozda obrożnego. W pasie kosodrzewiny warto wypatrywać ruchliwej pliszki górskiej, natomiast w wyższych partiach gór można spotkać siwerniaka. Właśnie w słowackich tatrach mamy największe szanse na zobaczenie prawdziwej rzadkości – płochacza halnego. W Polsce występuje jedynie punktowo w Karkonoszach i w Tatrach. Jest to jeden z nielicznych ptaków, który występuje na wysokościach powyżej 2000 m. n. p. m. Osobiście choć się starałem nie udało mi się go zobaczyć.

Po stronie słowackiej mamy również bogatszą faunę. Wpłynęły na to mądre ograniczenia turystyki ze strony zarządu parku narodowego – możliwość wejścia na teren chroniony istnieje jedynie w okresie letnim. Ponadto Tatry po stronie naszych południowych sąsiadów są bardziej rozległe, przez co zwierzęta mają więcej miejsc, w których mogą ukryć się przed ciekawskimi spojrzeniami turystów. W związku z tym w tamtejszej części Karpat o wiele liczniej występują kozice, świstaki, a nawet niedźwiedzie brunatne. Te ostatnie można zobaczyć nawet w pobliżu miejscowości, czego byłem świadkiem – gospodyni agroturystyki, w której nocowałem wbiegła któregoś dnia na korytarz z sensacją, że przed chwilą minęła samochodem niedźwiedzicę z małym niedźwiadkiem.

Szata roślinna Słowackich Tatr ulega obecnie bardzo głębokim przemianom. Porastające góry lasy zostały zniszczone niemal doszczętnie podczas wielkiej wichury w 2004 roku. Paradoksalnie skutki tego żywiołu nie są oceniane jako katastrofa przyrodnicza – zdmuchnięte bowiem zostały sztuczne lasy posadzone przez człowieka, a na ich miejsce wkroczyła naturalna przyroda. Władze słowackie podjęły odważną decyzję sprzeciwiającą się poglądom o potrzebie zalesiania terenów chronionych i zdecydowały się poczekać aż natura sama odbuduje roślinność. W efekcie w partiach górnego i dolnego regla utworzyły się nieznane przedtem w Tatrach krajobrazy otwartych przestrzeni i różnorodnych terenów drzewiastych.

Poza górami…

Historia Słowacji sprawiła że w kraju tym są liczne zamki, w znakomitej większości wybudowane przez Habsburgów. Są one w większości tak dobrze zachowane, że fanatycy średniowiecza z pewnością nie będą musieli zbytnio wysilać swojej wyobraźni, aby przenieść się w tamte czasy. Warownie są bardzo różnorodne – od największego w środkowej Europie Zamku Spiskiego, do niewielkiej, usytuowanej na stumetrowej skarpie Twierdzy Orawskiej. Podczas wizytowania te ostatniej można poruszać się tylko z przewodnikiem, który przypada na piętnastoosobową grupę. Na Zamku Spiskim nie ma już takiego wymogu, a dodatkowo można wykupić elektroniczny przewodnik, dzięki któremu poznamy historię i legendy związane z tym miejscem (również w języku polskim). Ceny za zwiedzenie zamku wahają się od dwóch do pięciu euro.

Słowacja oprócz gór i zamków oferuje nam również piękne jaskinie – geolodzy naliczyli ich aż 5350. Niestety dla turystów udostępniono tylko 12 z nich. Na szczególną uwagę pod względem oryginalnych form skalnych zasługuje Ochtińska Jaskinia Aragonitowa, w której możemy popatrzeć na aragonitowe formacje – niewielkie formy skalne przypominające jeżowce. Są one unikalne w skali światowej – poza Słowacją, można je jeszcze podziwiać w USA, Brazylia czy Włoszech. Dzięki aragonitowym impresjom, jaskinia została wpisana na listę UNESCO. Dla osób nie interesujących się skałami ciekawszą alternatywą będzie Jaskinia Domica, w której można przepłynąć się po podziemnej rzece Styks. Zwiedzanie jaskiń jest odrobinę droższe niż odwiedzanie zamków – ceny wahają się od czterech do siedmiu euro. Aby uwiecznić na zdjęciach ten niewątpliwie piękny podziemny świat należy dopłacić aż 10 euro.

Znaną atrakcją na Słowacji są również termy i aquaparki, z Tatralandią na czele. Większość term na Słowacji oferuje gorące baseny zawierające leczniczą wodę, jednak aquaparki takie jak Tatralandia dają możliwość skorzystania z najróżniejszych basenów i zjeżdżalni, a także atrakcji niezwiązanych z wodą. Nietrudno się domyślić, że jest ona mocno przereklamowana.

Sieć transportu publicznego jest na Słowacji bardzo dobrze rozwinięta szczególnie w sąsiedztwie Parku Narodowego Wysokie Tatry, dzięki czemu nie ma potrzeby korzystania z własnego samochodu. Najpopularniejsza jest kolejka, której liczne przystanki znajdują się we wszystkich miejscowości w sąsiedztwie Parku oraz przy szlakach wiodących w głąb Parku. Kursuje ona co pół godziny od rana aż do 22:00, a bilety na jednorazowy przejazd kosztują nie więcej niż dwa euro. Nie ma również problemu aby dostać się do Polski – z wielu miejsc regularnie kursują busy do Zakopanego.

Podróżując po Słowacji autostopem możemy przejść przez spore męczarnie. Pomimo tego, że Słowacy są bardzo otwarci i sympatyczni nie za bardzo rozumieją idee autostopu. Rzadko natkniemy się na osobę chętną do podwiezienia dodatkowego pasażera, a nawet jeśli już taka się trafi, to możemy zostać wysadzeni na kompletnym odludziu gdzie utkniemy na dobrych kilka godzin. Ponadto jest tam niezmiernie ciężko złapać stopa po zmroku. Jeżeli tylko przejeżdżamy przez ten kraj to najlepszym rozwiązaniem będzie zabrać się polskim lub rumuńskim tirem. Jednym z miejsc gdzie mamy dużą szansą złapać jakąś ciężarówkę jest Barwinek.

CouchSurferów na Słowacji jest niewielu – w samej Bratysławie lewdie ponad 800. W mniejszych miejscowościach o konapę jeszcze trudniej, ale zawsze pozostaje rozbicie namiotu na dziko. Jeżeli jednak chcemy spędzić trochę czasu w Parku Narodowym Wysokie Tatry i zaznać gościnności miejscowych, najbliższy checkpoint dla CouchSurferów znajdziemy w Popradzie (20 kilometrów od Parku), a i tam CouchSurferów jest zaledwie 75.

Na Słowacji podobnie jak CouchSurfing słabo rozwinęły się organizacje zapewniające kwaterę w zamian za pracę. Miejsc pracy zorganizowanych przez WWOOF jest w całej Słowacji zaledwie cztery: dwa w Preszowie i po jednym w Koszycach oraz Bańskiej Bystrzycy. Inny ciekawy host znajduje się w okolicach Myjavy, gdzie na zakwaterowanie zapracujemy sobie oporządzaniem zwierząt hodowlanych.

Autor: Mikołaj Szoszkiewicz