Alternatywny blog podróżniczy. Wnikliwe reportaże o Wschodzie, wyjazdy śladami legendarnych pisarzy, dużo street artu i kultury alternatywnej.

U stóp Gaustatoppen

U stóp Gaustatoppen

Pozdrowienia z Rjukan. Już w drodze tutaj poznaliśmy mroczną przeszłość tego miejsca. W czasie II Wojny Światowej naziści wykorzystywali tutejszą infrastrukturę do produkcji ciężkiej wody. Substancja ta miała zasilić hitlerowską, atomową wunderwaffe. I byłbym pewnie pisał teraz ten artykuł po niemiecku, gdyby nie grupa sabotażystów z norweskiego ruchu oporu. Najpierw wysadzili on fabrykę, gdzie preparowano ciężką wodę, a gdy ją odbudowano, raz na zawsze unicestwili marzenia nazistów o bombie atomowej, zatapiając prom, którym przewożono aparaturę i gotową substancje od Niemiec (zainteresowanym polecamy film Heroes of Telemark).

Dziś miasteczko jest o wiele spokojniejszym miejscem. Nie ma tu radioaktywnych substancji, teren dawnej fabryki Norsk Hydro przerbudowany został na park przemysłowy, a mieszkańcy wiodą swoje spokojne życie w cieniu wielkiej góry. Góry, która stanowić ma klejnot w naszej podróżniczej koronie. Choć wszyscy napotkani dotychczas Norwegowie odradzali nam wyprawę na szczyt o tej porze roku wiedzieliśmy, że musimy spróbować.

W centrum Rjukan wysiedliśmy około godziny szesnastej. Pożegnaliśmy się z „kryptoduńczykiem”, życząc mu powodzenia z rynną i ruszyliśmy w kierunku mekki każdego podróżnika – biblioteki. Nie powiem, pierwszy od dwóch dni kontakt z łazienką i pierwsze od czterech dni spotkanie z Internetem było przyjemne. Jeszcze tylko szybka wizyta w Informacji Turystycznej celem zdobycie mapki okolicy (nie skusiliśmy się na szczegółowa mapę topograficzną Gaustatoppen za 80 NOK) i możemy ruszać. Plan był prosty. Wejść dziś najwyżej jak się da, przenocować, a jutro zaatakować szczyt. Co może pójść nie tak?

Idziemy zatem wzdłuż głównej ulicy. Nie jest zimno. Czasem nawet zaświeci słońce. Za to niemiłosiernie wieje. Wiatr wzbija tumany leżącego przy drodze piachu i ciska je nam w twarz. Nieźle się zaczyna. Gdy zbliżamy się do rogatek miasta, niespodziewanie, drogę zajeżdża nam stara toyota. Kierująca nią kobieta w średnim wieku oferuje nam podwózkę. Nie zwykliśmy w takiej sytuacji odmawiać. W sumie wsiadanie i wysiadanie z samochodu zabiera nam więcej niż sama jazda. Poza tym tracimy w niewyjaśnionych okolicznościach butelkę z wodą. Jednak przejechać się stopem, którego się nie łapało – bezcenne.

Idziemy zatem wzdłuż wijącej się zboczem góry drogi. Guciu po drodze podnosi rzuconą do rowu butelkę. Mało to higieniczne, ale coś pić trzeba. Płuczemy ją i napełniamy wodą. Nikomu jednak jakoś nie chce się pić. Wraz z wysokości cichnie wiar, przybywa za to śniegu. Przypominam sobie jak znajoma w pracy opowiadała kiedyś o kopaniu jam śnieżnych. Szkoda, że nie mamy saperki.

Skąpane w promieniach chowającego się już powoli za górami słońca miasteczko wygląda zjawiskowo. W tych pięknych okolicznościach przyrody humor nam dopisuje. Tym bardziej, że dalszą drogę pokonujemy w Porshe Cayenne prowadzonym przez wesołego Duńczyka (tym razem nie krypto). Rozstajemy się z nim w miejscu, gdzie dalsza jazdę uniemożliwia szlaban i tablica informująca, że po godzinie siedemnastej droga jest nieczynna. Tu zatem będziemy nocować. Tylko gdzie? W momencie w którym zdajemy sobie sprawę, że w pół metrowym śniegu ni jak nie uda się nam rozstawić namiotu, nasze położenie staje się jeszcze gorsze. Pogoda załamuje się. Huraganowy wiatr utrudniający poruszanie się i śnieżyca, uniemożliwiająca otwarcie oczu sprawiają, że czujemy się niczym Drużyna Pierścienia pokonana przez zimową aurę i Sarumana na przełęczy Caradhras.

Zaczynamy desperacko krążyć po okolicy. Kilkanaście minut spędzamy na terenie opuszczonego campingu. Na próżno pukamy jednak do drzwi przyczep kempingowych i domków. Nikogo tu nie ma, a wszystkie drzwi są pozamykane. A podłoga tutejszej świetlicy wygląda tak przytulnie. Ruszamy dalej w kierunku, w którym odjechał Duńczyk, z nadzieją, że może on nam pomoże. Docieramy do górskiej stacji narciarskiej, gdzie akurat odbywają się zawody skuterów śnieżnych. Rozglądamy się po parkingu. Porsche naszego znajomego wygląda na najtańszy z zaparkowanych tu samochodów. Z tej strony raczej nie mamy co spodziewać się pomocy. Na dworze robi się co raz ciemniej, a śnieżyca nie ustaje. Decyzja może być tylko jedna. Zawracamy.

Po drodze wspominamy słowa wszystkich, który przestrzegali nas przed tą górą. Mijają nas też samochody wracające z zawodów. Żaden się nie zatrzymuje. Jest już prawie kompletnie ciemno. Dochodzi dwudziesta druga. Choć chce nam się pić, nikt nie kwapi się by sięgnąć po wodę, ze znalezionej przy drodze butelki. Ostatecznie sytuacje ratują zwisające ze skał sople. Choć nie jesteśmy już spragnieni nogi bolą coraz bardziej, a przed nami jeszcze co najmniej dwie godziny marszu. Śnieżyca ustaje. Robi się za to zimno.

W momencie, gdy w kierunku matki natury i ogólnie norweskiego klimatu poleciały pierwsze epitety, na poboczu brogi dostrzegamy chatkę – coś w stylu holenderskich domów na kółkach (tylko że bez kółek), obok niej zaś drewnianą szopę. Gustaw nie daje się dwa razy prosić i rusza sprawdzić miejscówki. Wgramolenie się po oblodzonej przydrożnej skarpie nie należy do najłatwiejszych. Po kilku minutach wraca jednak z dobrą wiadomością. Szopa, która okazała się być wychodkiem jest otwarta. W środku leżą porozrzucane deski, puszki po farbach i gazety z lat 80-tych. Co rusz odnajdujemy też porozstawiane pułapki na myszy. Jest klimatycznie. Porządkujemy nieco wnętrze, tak by rozstawić w środku namiot. Po dwudziestu minutach obozowisko jest gotowe, a na palniku topi się śnieg na nudle. Jesteśmy uratowani.

***

Noc nie należała do najspokojniejszych. W szparach pomiędzy deskami hulał wiatr i gdyby nie kilka głębszych, które wychyliliśmy zeszłego wieczora, na prawdę ciężko byłoby zasnąć. Niełatwo było również rano dostać się z powrotem na drogę. W tym momencie przydały się umiejętności wykształcone przez lata gry w DSJ. Zejście do Rjukan w przepięknej, słonecznej pogodzie zajmuje nam około półtorej godzinie. Po drodze nucimy sobie hity pokroju Balu Wszystkich Świętych i Gangnam Style. Jest wesoło. Możemy beztrosko wydzierać się i nikt nas nie słyszy (tak przynajmniej się nam zdaje). Na dole korzystamy z cywilizacji. W KIWI kupujemy najtańszą colę (w końcu możemy wyrzucić przydrożną butelkę; nikt się z niej nie napił) i litrowy kubeł Potetsalat. Niechcący wyrażamy też poparcie dla norweskiej socjalistyczno-ekologicznej partii SV, która organizowała tam akurat wiec wyborczy.

Ten dzień postanawiamy poświęcić na zwiedzanie Rjukan i okolic. Ponownie odwiedzamy w celach toaletowo-informacyjnych bibliotekę, która okazuała się być także ratuszem. Znajdujemy pomnik sprzątaczki oraz kilka zaparkowanych nieopodal samochodów Russ. Jest godzina 11, więc nie oczekujemy nawet by byli na nogach o tak niecnej porze. Idąc w kierunku zaznaczonej na mapie atrakcji Kroban, nieopatrzenie przekraczamy rzekę i lądujemy na terenie dawnej fabryki. Pytamy o drogę wracającego z pracy robotnika. Uświadamia nas on, że Kroban jest oddalone od Rjukan o kilka kilometrów i że jest to najstarsza w kraju turystyczna chatka, należąca do norweskiego PTTK (o czym wcześniej nie mieliśmy bladego pojęcia). Decydujemy się zatem skrócić nasz wypad do kolejki górskiej prowadzącej na Hardangerviddę – kolejną wielką atrakcję turystyczną, do której wrota stanowi Rjukan. Napotkany robotnik odprowadza nas kawałek i opowiada historię kolejki. Otóż, została ona wybudowana przez właściciela fabryki, by wwozić mieszkańców Rjukan na płaskowyż, tak by mogli oni zobaczyć słońce, które zimą nie zagląda do doliny.

Gdy docieramy do kolejki jest ona oczywiście już nieczynna. Ruszamy zatem w górę, biegnącym nieopodal szlakiem. Pod starą stacją przekaźnikową wyposażoną w kilkanaście podrdzewiałych anten urządzamy postój i pałaszujemy nachosy zapijając je ostatnim pozostałym nam piwem. Miało poczekać na szczyt Gausta, ale cóż… you can’t alwats get what you want jak mawiał filozof Jagger.

Wysiłek wdrapania się aż tutaj wynagradza nam piękna tęcza – owoc kapryśnej tego dnia pogody, na przemian raczącej nas deszczem i słońcem. Co ciekawe koniec tęczy znajdował się na… byłej fabryce ciężkiej wody. Przypadek? Tego dnia próbowaliśmy jeszcze bezskutecznie złapać stopa. Staliśmy jednak po złej stronie wioski i po 3 godzinach odmrażania na wietrze kciuka poddaliśmy się. Wróciliśmy pod kolejkę linową i na wzgórzu ponad parkingiem rozbiliśmy namiot. W tym momencie zatęskniliśmy nieco za naszym wychodkiem.




%d bloggers like this: