Alternatywny blog podróżniczy. Wnikliwe reportaże o Wschodzie, wyjazdy śladami legendarnych pisarzy, dużo street artu i kultury alternatywnej.

San Francisco: Banksy, burrito i marihuana, czyli co was czeka na Mission

San Francisco: Banksy, burrito i marihuana, czyli co was czeka na Mission

Amerykański dziennikarz Herb Caen powiedział: „Kiedy pewnego dnia trafię do nieba… Rozejrzę się i stwierdzę: Nie jest źle, ale to wciąż nie jest San Francisco”. Nie on jedyny – dyskretny urok Frisco ujmował w przeszłości również Jacka Kerouaca, Franka Sinatrę czy Johna Lennona. A jak jest dzisiaj?

Zafascynowany twórczością Jacka Kerouaca nie mogłem oprzeć się pokusie zajechania do San Francisco autostopem. Choć dzisiaj klasyczny autostop jest prawnie zabroniony, w kręgach backpackerów i wagabundów wciąż jest praktykowany, ale na znacznie mniejszą skalę. Regulacje prawne spowodowały, że dzisiaj autostopowiczów widuje się już nie przy drogach stojących z wyciągniętym kciukiem, ale na truckstopach, na których pytają o podwózkę kierowców ciężarówek. Ale i tych jest niewielu. Moje pierwsze próby nie napawały optymizmem – najczęściej z ust kierowców padała odpowiedź „Sorry, no-riding policy. Sorry, polityka firmy zabrania”, a jeden z nich zaśmiał się mówiąc: „Man, hitch-hiking doesn’t work anymore! Człowieku, autostopem już się nie jeździ!”, po czym wręczył mi pięć dolarów na bilet powrotny do miasta. Twardo jednak obstawiłem przy swoim i w końcu, po kilku godzinach, udało się złapać okazję. Payam, Irańczyk wiozący na lawecie samochody na zachodnie wybrzeże, co prawda nie jechał do San Francisco, ale Los Angeles. – Jedziesz ze mną? – Jasne! – wrzuciłem plecak do Chevroleta, który zamykał sznur samochodów na lawecie i usadowiłem się w kokpicie. Po dziewięciu godzinach wysiadłem w parnym LA i zniechęcony panującym tutaj klimatem szybko pomknąłem dalej, do San Francisco.

Zdawało się, że upłynęło zaledwie kilka minut, a już wjeżdżaliśmy na podgórze tuż przed Oakland, zaraz wspięliśmy się na wyżynę i zobaczyliśmy rozpościerające się przed nami bajecznie białe San Francisco na jedenastu mistycznych wzgórzach, niebieski Pacyfik z napierającą ścianą mgły od Coney Island, dymy i złocistość późnego popołudnia.

– Nareszcie![1]

Ja i Tomek, mój kompan w podróży do San Francisco, razem z Payamem (w środku)
Ja i Tomek, mój kompan w podróży do San Francisco, razem z Payamem (w środku)

Stolica bitników przywitała mnie zgoła odmiennym klimatem – rześkie powietrze, lekki wiatr i woda tak zimna, że nieliczni śmiałkowie, którzy pływali w Pacyfiku, robili to w piankowych kostiumach. W mieście miałem spotkać się z Patty, CouchSurferką, która zaoferowała mi nocleg. CouchSurfing to największa obecnie platforma zrzeszająca podróżników z całego świata. Użytkownicy oferują we własnych domach nieodpłatne noclegi, spotkania na kawę czy piwo, a także wspólne wypady na miasto. Światową siedzibą CouchSurferów jest właśnie San Francisco, a każdego tygodnia w jednym z miejskich pubów odbywa się tradycyjne spotkanie, na którym goszczą dziesiątki osób z różnych zakątków świata. Podróżnicy, ekspaci i zwyczajni wagabundzi poszukujący kogoś, kto będzie chciał wysłuchać jednej z ich niesamowitych historii.

Banksy, burrito i marihuana, czyli co ciebie czeka na Mission

Patty mieszkała w samym sercu San Francisco – dzielnicy Fisherman’s Wharf, która jest dokładnym przeciwieństwem stereotypowej portowej dzielnicy. Znajdują się tutaj sklepy z pamiątkami, stoiska ze świeżymi owocami morza i kameralne kawiarenki przyciągające rzesze turystów, a na nabrzeżu wylegują się lwy morskie. Patty miała nieco ponad 60 lat, zajmowała się malarstwem i choć była osobą wyjątkowo otwartą (w końcu wpuściła do swojego domu obcego mężczyznę!) potwierdziła pewną smutną prawdę o Amerykanach – rzadko, który z nich był za granicą. Według danych przytaczanych przez CNN tylko co trzeci Amerykanin ma paszport. Zestawiając tę liczbę z populacją imigrantów (według Huffington Post około 40 milionów obywateli USA urodziło się za granicą) otrzymamy obraz przeciętnego Amerykanina – takiego, dla którego świat zamyka się między Kanadą a Meksykiem. Bynajmniej nie oznacza to, że Amerykanie mają wąskie horyzonty, czego najlepszym potwierdzeniem była Patty. Na jej stoliku do kawy zauważyłem leżącą płytę DVD z filmem dokumentalnym „Wyjście przez sklep z pamiątkami”. – Widzę, że mamy podobne zainteresowania – uśmiechnąłem się.

Jeden z Murali znalezionych w dzielnicy Mission w San Francisco
Jeden z Murali znalezionych w dzielnicy Mission w San Francisco

„Wyjście przez sklep z pamiątkami” przygląda się karierze i twórczości Banksy’ego – legendarnego już twórcy street artu i performera, który zasłynął umieszczeniem swoich prac w Museum of Modern Art czy grafitti na murze otaczającym Zachodni Brzeg. Ciężko powiedzieć, na ile wynika to z obawy przed prawymi konsekwencjami, a na ile z jego artystycznej przekory, ale do dzisiaj media nie odkryły jego tożsamości. Wiadomo tylko tyle, że Banksy pochodzi z okolic Bristolu w Anglii, a jednym z jego ulubionych miast jest właśnie San Francisco. – Dużo prac Banksy’ego znajduje się we Frisco? – zapytałem mojej gospodyni. – Na forach internetowych znalazłam informacje o kilkunastu, ale ile z nich nie zostało zamalowanych, nie mam pojęcia – odpowiedziała rozkładając ręce. – W takim razie sprawdźmy! – zaproponowałem i po chwili krążyliśmy już po ulicach San Francisco wysłużonym Fordem Focusem rozglądając się uważnie po uliczkach i ścianach mijanych domów.

Ostatecznie znaleźliśmy trzy murale, a rozpytując mieszkańców meksykańskiej dzielnicy Mission dowiedzieliśmy się, że Banksy zawitał do San Francisco zaledwie dwa tygodnie temu. Przynajmniej taką plotkę sprzedał nam właściciel baru El Faro, do którego zabrała mnie Patty. Lokal ten funkcjonuje od 1961 roku i jest jednym z pierwszych, który zaczął serwować Mission-style burrito (zwane również San Francisco burrito), czyli amerykańską wariację popularnej meksykańskiej potrawy. Od oryginału różni się ona rozmiarem (amerykański odpowiednik jest dużo większy) i możliwością wzbogacenia farszu o żółty ser, kwaśną śmietanę czy krwistego steka. Niemniej w każdej kombinacji smakuje wyśmienicie, szczególnie z chrupiącymi tacos i świeżym sosem guacamole. Po szybkim lunchu wróciliśmy na ulice wypytując kolejne osoby o Banksy’ego i dość szybko potwierdziliśmy wersję sprzedawcy z baru El Faro. Tą samą plotką podzielił się z nami właściciel sklepu z dywanami, nad którym Banksy namalował szczura – jego znak rozpoznawczy. Banksy nie byłby sobą, gdyby nie zadrwił z kogoś – jedną z prac (na skrzyżowaniu ulic Mission i Czternastej) umieścił na strzeżonym parkingu należącym do pracowników biura detektywistycznego. W budynku po drugiej stronie ulicy właściciel klubu nocnego zdradził mi, że właśnie tutaj kilkanaście dni temu zauważono najświeższy ślad angielskiego artysty. – You’re lucky. Masz szczęście – buchnął mi w twarz gęstym dymem z ledwie tlącego się skręta, po czym zaprosił na nocny pokaz w swoim klubie. Odmówiłem, ale wracając do samochodu już wiedziałem o co zapytam Patty.

Autor wpisu na tle świeżego muralu Banksy'ego w San Francisco
Autor wpisu na tle świeżego muralu Banksy’ego w San Francisco

– Marihuanę można kupić w aptece. Jeżeli chcesz, mogę tobie pokazać – odpowiedziała na moje pytanie o prawo stanowe Kalifornii i jego stosunek do marihuany. W Kalifornii, podobnie jak w kilku innych stanach USA dopuszczono zażywanie marihuany ze względów medycznych. Zawarta w niej aktywna substancja THC jest zalecana m.in. na choroby układu nerwowego oraz depresje. Aby móc legalnie zapalić skręta wystarczy recepta lekarska i wizyta w jednej z aptek, które oferują różne odmiany konopi. Z depenalizacji marihuany korzystają dzisiaj nie tylko chorzy, ale i zwyczajni amatorzy gandzi, którzy za 30-40 dolarów mogą kupić medical prescription na czarnym rynku. Wydaje się, że obecnie kwestia legalizacji używki jest już tylko kwestią czasu – w ostatnim referendum przeprowadzonym w 2010 roku aż 46,5% mieszkańców Kalifornii opowiedziało się za jej całkowitą legalizacją. Marihuana staje się również coraz ważniejszym ogniwem w ekonomii Kalifornii, a niektóre regiony jak np. hrabstwo Mendocino opierają swoją gospodarkę w większości właśnie na uprawie i sprzedaży konopi.

[1] Cytat z „W drodze”, Jack Kerouac, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1993 r.


Druga część „Bitnicy, City Lights Bookstore i pierwszy sklep z komiksami, czyli złoty wiek i co po nim pozostało” już wkrótce!




%d bloggers like this: