The Beat Muzeum w San Francisco

San Francisco: Jack Kerouac, bitnicy i pierwszy sklep z komiksami

Był letni wieczór, a my chcieliśmy tylko napić się wina. Kupiliśmy butelkę taniego portwajnu w sklepie na rogu i pociągaliśmy z papierowej torby siedząc w parku przy Bay Street. Później wydarzenia przyspieszyły; pamiętam tylko wycelowane w nas reflektory radiowozu, ucieczkę i drugą butelkę portwajnu, tym razem w odległym zakątku Fort Mason.

W drodze powrotnej do domu zaczepił nas facet. Wyglądał na podstarzałego rockmana albo włóczęgę, takiego jak my. Męczył się z dwiema kolumnami wielkości szaf; kiedy przeniósł jedną na odległość kilku metrów wracał się po drugą. Nie mieliśmy nic lepszego do roboty, więc chętnie pomogliśmy. Taszczyliśmy drewniane kolumny Yamahy w górę i w dół ulic Russian Hill zatrzymując się od czasu do czasu na odpoczynek.

– Hej, dzięki! – podczas jednego z postojów mężczyzna sięgnął po papierosa. – Sam bym niósł te kolumny chyba do rana. Kumpel chciał wyrzucić, ale powiedziałem, żeby zaczekał to je wezmę. W końcu to kolumny Yamahy, no nie?

– Jasne! Pewno jest w nich zaklęty kawał historii.

– I to jaki! – wypuścił gęsty obłok dymu, raczej nie papierosowego. – Podobno spędziły trochę czasu w City Lights Bookstore.

– Poważnie?!

– Haha, wszyscy przyjezdni tak reagują na to miejsce – źrenice miał wielkości ćwierćdolarówek. – Wszyscy anielogłowi hipsterzy włóczący się…

– W poszukiwaniu wściekłej dawki haszu – dokończyłem za niego.

– A zamiast haszu, spotykają faceta mocującego się z kolumnami.

***

Widziałem najlepsze umysły mego pokolenia zniszczone szaleństwem,
głodne histeryczne nagie,

włóczące się o świcie po murzyńskich dzielnicach
w poszukiwaniu wściekłej dawki haszu,

anielogłowych hipstersów spragnionych pradawnego niebiańskiego
podłączenia do gwiezdnej prądnicy w maszynerii nocy (…)[1]

***

Wszelkiego rodzaju używki – poczynając od marihuany, przez alkohol aż po benzedrynę i pejotl – towarzyszyły chyba najważniejszemu epizodowi w artystycznej historii San Francisco, jakim był okres twórczości poetów nurtu beat generation. Co prawda był to okres niezwykle krótki, ale obfitujący w dzieła przełomowe i ponadczasowe. Wszystko zaczęło się od poematu „Skowyt” Allena Ginsberga, który po raz pierwszy został zaprezentowany szerszej publiczności w Six Gallery mieszczącej się w dzielnicy North Beach. Młodego poetę, który wciąż był artystą na dorobku, przygarnął wówczas lokalny wydawca Lawrence Ferlinghetti, właściciel wydawnictwa City Lights i księgarni o tej samej nazwie. Na przestrzeni lat pod skrzydła odważnego wydawcy trafiło wielu pisarzy, którzy dzisiaj mają status kultowych: Jack Kerouac, Charles Bukowski czy włoski artysta Pier Paolo Pasolini.

City Lights Bookstore w San Francisco
Kultowa księgarnia City Lights Bookstore w San Francisco

Choć od słynnego odczytu „Skowytu” minęło ponad pięćdziesiąt lat księgarnia City Lights Bookstore wciąż pozostaje centrum literackiego życia San Francisco. Wygląda niepozornie – ot, zwyczajna księgarnia umiejscowiona na parterze kamienicy. Dopiero po wejściu do środka możemy zauważyć, że jest to miejsce z jakichś względów szczególne – na ścianie za plecami kasjera wystawione są tomiki legendarnego „Skowytu” drukowane od pierwszego wydania w takiej samej, ascetycznej oprawie graficznej na chropawym papierze. Obok nich wiszą koszulki – jedna biała, druga czarna – z identycznym wprasowanym motywem, co tomik poezji Ginsberga. Ale to wszystko – Lawrence Ferlinghetti dobrze wie, że nadmiar gadżetów kłóci się z wartościami, jakim hołdował Ginsberg. Poeta był chyba ostatnią osobą, której zależało na tym, aby uczniowie college’u i turyści z Europy paradowali z czapeczkami, torbami i przypinkami ze „Skowytem”. W księgarni roi się od pozycji alternatywnych – znajdziemy zarówno te, które weszły do kanonu literatury, jak i te, o których słuch już zaginął. Ale możemy być pewni, że znajdziemy każdego amerykańskiego autora, który na przestrzeni ostatniego półwiecza próbował wykraczać poza literackie schematy. Jak już wspomniałem, księgarnia jest dwupiętrowa – jej wyższa kondygnacja została zadedykowana bitnikom i znajdziemy tutaj nie tylko kompletny zbiór ich dzieł, a także multum opracowań poświęconych ich twórczości.

Księgarnia przyciąga nie tylko literatów, ale i zwyczajnych turystów, co skwapliwie wykorzystali twórcy The Beat Museum znajdującego się dosłownie po drugiej stronie ulicy. Niestety inaczej niż City Lights Bookstore, muzeum nie uwodzi bitnikowską atmosferą i trudno oprzeć się wrażeniu, że zostało otwarte tylko po to, aby wcisnąć naiwnym turystom przeróżne starocie zalegające w muzealnym sklepiku – począwszy od pocztówek, przez plakaty, aż po archiwalne numery Playboya z lat 60. Dość powiedzieć, że sklep z pamiątkami niewiele ustępuje rozmiarom samemu muzeum, w którym zgromadzono zaledwie kilka eksponatów z prawdziwego zdarzenia, a większość ścian zakrywają tablice z metrykami poszczególnych twórców. Dla fascynatów może i interesujące, ale dla kogoś dopiero wgryzającego się w bitnikowską literaturę – raczej nużące.

Najniebezpieczniejsza dzielnica w San Francisco

Mieszkanie Patty musiałem opuścić po trzech dniach, ponieważ przyjeżdżała do niej rodzina z Chicago i wszyscy razem zwyczajnie byśmy się nie pomieścili. CouchSurfing po raz kolejny zdał egzamin i po kilku wysłanych zapytaniach umówiłem się z Larrym, w którego progach miałem spędzić kolejny tydzień. Jako że Larry mieszkał na obrzeżach miasta miałem do wyboru albo przejażdżkę jednym z zabytkowych tramwajów (najstarszy pojazd kursuje od 1888 roku!) albo spacer. Zaintrygowany dzielnicą Mission i tym, co skrywała przed ciekawskimi spojrzeniami turystów, zdecydowałem się na tę drugą opcję. Zapuściłem się w nieco inne rejony niż ostatnio wkraczając w coraz bardziej zapuszczone i opustoszałe uliczki. Wzory na ścianach tworzyły już nie efektowne grafitti, a odpadająca farba i kruszejąca cegła. Nieliczni przechodnie, których mijałem przypatrywali mi się uważnie, tak że po pewnym czasie nawet idąc sam czułem czyjś wzrok podążający za mną. W pewnym momencie podszedł do mnie barczysty mężczyzna i choć spodziewałem się najgorszego, powiedział tylko: „It’ll be betta for ya t’leave this place. Lepiej będzie jak opuścisz to miejsce”. To była ta druga strona Mission – dzielnicy uchodzącej za najbardziej niebezpieczną w San Francisco. Od wielu lat jest ona areną rywalizacji pomiędzy dwoma gangami: Norteño i Sureño, a za najniebezpieczniejszą okolicę uchodzi odcinek Mission pomiędzy ulicami Szesnastą a Siedemnastą.

Po drodze minąłem miejsce, które tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że San Francisco to centrum sztuki alternatywnej. Zaledwie dziewięć przecznic od największego muralu Banksy’ego znajduje się pierwszy w USA sklep komiksowy powstały z inicjatywy Gary’ego Arlingtona w 1968 roku. Podobnie jak wspomniane City Lights Bookstore, również i komiksowa księgarnia jest zarazem wydawnictwem. I podobnie jak jej literacki odpowiednik, od pierwszych lat istnienia skupiała legendy komiksu alternatywnego. Przeglądając bogatą ofertę księgarni znalazłem kultowy pierwszy zeszyt mini-serii „San Francisco Comic Book”, który w momencie publikacji kosztował 50 centów, a obecnie jego wartość idzie w setki dolarów. To właśnie w nim swoje prace publikował Robert Crumb, dzisiaj ikona komiksu alternatywnego. Sprzedawca zaproponował mi cenę 180 dolarów, ale nawet nie miałem tylu pieniędzy na koncie.

[1] Cytat ze „Skowytu” Allena Ginsberga, za poema.pl


Trzecia część „Różowowłosy Larry, Haight-Ashbury i Most Samobójców,” już wkrótce!

  • Wiola Starczewska

    Zaraz, zaraz, w pierwszym akapicie pojawiają się reflektory i policja, ale potem nie dowiadujemy się co się stało. Złapali was, mandat, co tam było?

    • Nie, nic z tych rzeczy. Zwialiśmy do innego parku 😉 Choć nie pamiętam, czy na sto procent to Fort Mason, o którym piszę (to już prawie 4 lata temu!), bo biegliśmy byle dalej od policji. Ale chyba ten, tak wynika z mapy:)

  • Czytając czuję się jak podczas spaceru po mieście, chociaż mi San Francisco kojarzy się z zupełnie czymś innym centrum sztuki alternatywnej więc ruszam czytać resztę wpisów (może przyciągnął mnie bliżej USA 😉 )

  • FUck Hate! W punkt 😉

  • Dla mnie Couchsurfing zawsze działa – sprawdzał się w każdej sytuacji – od zwykłych spotkań, po kilkutygodniowe mieszkanie z kimś pod jednym dachem 🙂

  • Mimo, że mnie bardziej interesuje w podróżowaniu wszystko co związane z przyrodą niż sztuką itp. to bardzo fajnie się czytało to co tutaj napisałeś, czasami miałem wrażenie, że czytam jakąś książkę 🙂

  • Pingback: Różowowłosy Larry, Haight-Ashbury i Most Samobójców | Choose travel. Choose life()