Alternatywny blog podróżniczy. Wnikliwe reportaże o Wschodzie, wyjazdy śladami legendarnych pisarzy, dużo street artu i kultury alternatywnej.

Budapeszt na weekend (cz. 2)

Budapeszt na weekend (cz. 2)

Kontynuujemy swoją rozmowę o Budapeszcie. Tym razem dyskutujemy o tureckich łaźniach w Budapeszcie, malowniczo położonej Baszcie Rybaków i urodzie Węgierek. Jeżeli jeszcze nie czytaliście, zajrzyjcie do pierwszej części dyptyku „Budapeszt na weekend”.Stan: Może porozmawiajmy o przyjemniejszych widokach niż zgrzybiałe podziemia, na przykład o panoramie ze wzgórza Gellerta i Baszcie Rybaków – oba miejsca imponują. Czyli kolejne punkty dla Budy.

Łukasz: Z Baszty Rybaków rozciąga się najpiękniejszy widok na Budapeszt. Do tego fantastyczny kościół świętego Maćka, który obok Bazyliki Stefka i kaplicy w skale zamyka listę najpiękniejszych świątyń w mieście.

Stan: Widzę, że Twoja druga wizyta w Budapeszcie owocowała w widokowe doznania. Mnie jednak bardziej interesują przygody w słynnej węgierskiej, a raczej tureckiej łaźni.

Łukasz: Jednego wieczoru trafiłem do łaźni Veli Bej położonej w Budzie, na północ od Baszty Rybackiej. Wybrałem ją, ponieważ dopiero pracuje na swoją renomę (do bodajże 2012 roku pozostawała do dyspozycji tylko dla pacjentów szpitala, otwarta dopiero niedawno), przez co nie ma wielu turystów, a wysokie oceny i recenzje na Trip Advisorze wskazywały, że zachowało się w jej wnętrzach sporo uroku. Był to strzał w dziesiątkę – za 2400 forintów (około 35 złotych) przez trzy godziny mogłem korzystać z basenów, jacuzzi, a także czterech saun – fińskiej, parowej, mentolowej i infrasauny. Ludzi było faktycznie niewiele, tak że można było bez większych problemów udać się w to miejsce, w które akurat miało się ochotę. Pod względem estetyczno-historiopoznawczym największe wrażenie robi główna sala, w której zachowano osmański styl, a atmosferę dodatkowo podkreślają dyskretne lampki. Spodobało mi się tak bardzo, że razem z dziewczyną wybraliśmy się jeszcze raz.

Stan: Ogólnie z opisów (sam niestety nie zaznałem kąpieli w bani) węgierskie termy stanowiły właśnie dla mnie taką hybrydę aquaparku z sanatorium i zastanawiałem się do czego im bliżej.

Łukasz: Akurat tej bani zdecydowanie bliżej do sanatorium.

Stan: Rozumiem. Czyli prawidłowa odpowiedź na moje pytanie brzmi – zależy od bani.

Łukasz: Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że bliżej im do sanatorium, ale podejrzewam, że te najpopularniejsze wśród turystów uciekają bardziej w stronę aquaparku – w końcu to zjeżdżalnie i innych tego typu rozrywek oczekują przyjezdni.

Stan: Czyli takich bani nie lubimy. Ale kończąc już ich temat pozwolę sobie przytoczyć powiedzonko znajomej węgierki, która stwierdziła pewnego dnia: Wiesz jak poznaję, że już nie jestem na Węgrzech? Po tym, że w promieniu kilku kilometrów nie ma żadnej bani.”

Łukasz: Czyli Węgrzy i Finowie dzielą nie tylko podobnie dziwny język, ale również miłość do pocenia się.

Stan: Genów nie oszukasz. A propos genów – u płci pięknej geny węgierskie są jak najbardziej pożądane.

Łukasz: Naughty Nomad, którego cytowaliśmy przy okazji rozmowy o Belgradzie, ocenił Węgierki na 3/5, dopisując, że jeżeli pochodzicie ze wschodniej Europy będziecie zawiedzeni, jeżeli z zachodniej – usatysfakcjonowani. Miło, że przynajmniej na jakimś polu Polska znajduje się w światowej czołówce.

Stan: Ja wracając z Rumunii byłem oczarowany, choć czasami nieco mniej makijażu wyszło by Węgierkom na dobre.

Łukasz: Powiedziałbym, że Węgierki otwierają europejską pierwszą ligę. A w ekstraklasie grają Ukrainki, Łotyszki, no i Polki. (Rosjankom w ramach osobistych sankcji odmawiam klasyfikacji, tym bardziej, że też musiałbym je zaliczyć do ekstraklasy – przyp. red.) Aha, do ekstraklasy zaliczyłbym jeszcze oczywiście Serbki.

Stan: Myślę, że Rosjanki mogłyby aspirować do miana ekstraklasowego beniaminka. Ewentualnie świeżego spadkowicza (degradacja w ramach sankcji). Ale dajmy spokój Rosjankom. Dość mają problemów ze swoimi mężami. Co jeszcze ciekawego widziałeś w Budapeszcie?

Łukasz: Przechadzając się po Budzie natrafiłem na jeszcze jedno ciekawe miejsce, o którym przewodniki milczą – kluboksięgarnię Nyitott Műhely. Niestety większość asortymentu książkowego była w języku węgierskim, podobnie jak i obsługa, dlatego skupiłem się na przeglądaniu części z płytami winylowymi, ale miejsce urzekło mnie swoją książkowością. Jeżeli miałbym kiedyś napisać książkę osadzoną choćby częściowo w Budapeszcie, napisałbym ją właśnie w tym miejscu.

Stan: Jak znalazłeś to miejsce, którego nazwy nie potrafię powtórzyć?

Łukasz: Zrobiłem mały research przed spacerem po Budzie, wyznaczyłem sobie trasę i podążając Google Maps nią wpadłem przypadkiem na tę kawiarnioksięgarnię. Czysty przypadek. W Budzie planowałem jeszcze zobaczyć Tropicarium, które znajduje się na południowych rubieżach miasta. Żeby tam dotrzeć, musiałem jechać autobusem ponad godzinę, a kiedy dojechałem, okazało się, że „największe akwarium w tej części Europy” jest niewielkim pawilonem wydzielonym z galerii handlowej – wciśniętym pomiędzy Tesco a Reserved (swoją drogą – polska marka jest bardzo popularna, ma nawet duży salon na głównej ulicy sklepowej Vaci utca). Do tego sznurek ludzi w kolejce po bilety, więc w środku musi panować niezły ścisk. Skończyło się na wizycie w Tesco, zakupie Tokaju, i wróciliśmy z dziewczyną sączyć węgierskie wino nad Dunajem.

Stan: … zakupione w Tesco. Przypomina mi to naszą „chińską” herbatę. A czy podczas spaceru po Budzie przeszliście całą ulicę Andrassy i dotarliście na Plac Bohaterów?

Łukasz: Tak, ulicę Andrassy przespacerowaliśmy kilka razy. Jednego popołudnia po chodniku sunął bar na rowerze – na platformie znajdował się zwyczajny bar z barmanem, a na krzesełkach po obu jego stronach pedałowali piwosze. Nalewali piwo i rozdawali mijanym ludziom. Niestety my się nie załapaliśmy, ale uszczęśliwili między innymi poczciwego staruszka męczącego się z workiem kartofli.

Stan: Tak! Też się na nich natknałem! Super patent i pomysł na biznes.

Łukasz: Kolejny biznes, który przywozimy z podróży. Myślę, że gdyby w Polsce zaoferować taką usługę obcokrajowcom, którzy wydają fortuny w Cocomo – przejażdżkę piwną pośród renesansowych kamieniczek – byłoby spore zainteresowanie. A wracając do Placu Bohaterów to przypominał mi główne place w Kijowie i Charkowie, a dodając do tego całą ulicę Andrassy, którą komuniści zaadaptowali całkiem niedawno na potrzeby rozsiewania czerwonej zarazy, miałem deja vu z moich wycieczek na Ukrainę.

Stan: Tylko kto by prowadził taki piwny wehikuł, bo w Polsce ryzyko utraty prawa jazdy w takich okolicznościach jest jednak wysokie. Z serii ciekawostek, spacerując w okolicach stadionu Puskasa natknąłem się na regularny trening… walki na miecze.

Łukasz: LARP? Czy może amatorzy rekonstrukcji historycznych?

Stan: Raczej historycy, bo oręż nie był piankowy. A propos Puskasa, założę się, że nie wymienisz dwóch najbardziej znanych Węgrów.

Łukasz: Puskas i Kossuth? Albo Liszt!

Stan: Błąd. Shrek i Yoda.

Łukasz: Zaintrygowałeś mnie. Tworzyli ich węgierscy animatorzy?

Stan: Podobno nazwa ogr wzięła się od ungur, czyli średniowiecznego określenia Węgrów, którzy siali popłoch w Europie i straszono nimi dzieci. A Yoda swój charakterystyczny szyk zdania zawdzięcza właśnie językowi węgierskiemu, w którym każdy mówi jak mistrz.

Łukasz: Mając na względzie historię XX wieku to ungur powinien znaczyć przegrany. W obu wojnach światowych Węgrzy wybierali złe strony, a w tej drugiej dodatkowo zmienili stronę na czerwoną witając Rosjan. Ale przynajmniej dzięki temu Budapeszt zachował się nieco lepiej niż Warszawa. A z tym Yodą to mnie zaskoczyłeś.

Stan: Pisząc o znanych Węgrach nie zapominajmy też o panu Rubiku (nie, nie tym co wymyślił klaskanie w piosenkach, ale tym od kostki). Co do wojen to szczególnie pierwszą Węgrzy wspominają niemiło, gdyż w jej wyniku utracili prawie 2/3 powierzchni swojego kraju.

Łukasz: Mi też żalił się przewodnik podczas free walking tour, że w pierwszej wojnie stracili kawał państwa. Ale tak już jest, kiedy wybiera się złą stronę. Swoją drogą, w centrum Budapesztu, niedaleko budynku parlamentu, znajduje się pomnik upamiętniający nazistowską okupację Budapesztu.  Pomnik wzniósł Victor Orban, wbrew protestom mieszkańców, którzy znają historię – wiedzą, że z własnej woli dołączyli do państw osi – i głupio im przed całym światem, że teraz węgierski rząd próbuje zakłamywać historię. Dzisiaj pomnik stoi, ale obwieszony jest z każdej strony kartkami informującymi o prawdziwej roli Węgrów w drugiej wojnie światowej i innymi wyrazami sprzeciwu wobec kreowania alternatywnej historii. A propos walking tour – w żadnej innej stolicy europejskiej nie widziałem tylu turystów, którzy stawili się umówione miejsce. Okołu stu ludzi!

Stan: A propos Orbana, to on za swoje państwo uważa tereny takie jak Transylwania i Słowacja, gdzie Węgrzy przecież stanowili mniejszość. Odnośnie walking tourów to również w moim przypadku wydzielono pięć czy sześć około dwudziestoosobowych grup. Ale był to weekend.

Łukasz: No Orban już zapowiedział, że chętnie widziałby część Ukrainy w granicach swojego państwa…

Stan:  Tak. Orban to ciekawy przypadek. Wiesz, że na przykład przed wyborami zorganizował na masową skalę roboty publiczne, żeby móc się pochwalić spadkiem bezrobocia, a od razu po wygranych wyborach wszystkie dodatkowe stanowiska pracy zlikwidował? To dopiero populizm!

Łukasz: Ciekawy wybieg. Troszkę jak emitowanie obligacji zaraz przed zamknięciem budżetu, żeby zaraz po uchwaleniu je odkupić. Skąd my to znamy?



  • Jak zwykle ciekawy wpis, tylko gdzie zdjęcia tych Węgierek ( i nie mówię tu o śliwkach), właściwie to ogólnie przydałoby się więcej zdjęć ludzi obok budynków.

    • Bijemy się w pierś (polską, nie węgierską) i nadrobimy następnym razem! I postaramy się zawierać więcej pierwiastka ludzkiego niż budowlanego 🙂