Alternatywny blog podróżniczy. Wnikliwe reportaże o Wschodzie, wyjazdy śladami legendarnych pisarzy, dużo street artu i kultury alternatywnej.

Armenia: Samotna włóczęga jest spoko, ale z kimś – bardziej spoko

Armenia: Samotna włóczęga jest spoko, ale z kimś – bardziej spoko

W Erywaniu CouchSurfing działa wyjątkowo ułomnie – większość potencjalnych hostów okazuje się być podstawionymi agentami, którzy kierują ciebie do hostelu, proponując w pakiecie wycieczki do okolicznych atrakcji po zniżkowej cenie. Po części dlatego, a po części ze zmęczenia autostopowaniem do późnej nocy po przyjeździe do stolicy uruchomiłem w telefonie aplikację Hostelworld i wyszukałem miejsce o najwyższym ratingu. Jak się później okazało – był to strzał w dziesiątkę.

Dotychczas moje doświadczenia z hostelami były bardziej strzałami kulą w płot niż strzałami w dziesiątkę. O wiele ciekawiej spędzałem czas surfując po kanapach, czy też rozbijając namiot w otoczeniu dzikiej przyrody. W hostelach zazwyczaj spotykałem europejskich nastolatków przesiadujących godzinami na Facebooku, a na zapoznanie się z tą garstką turystów, która spędzała czas aktywnie i eksplorowała okolicę zazwyczaj brakło mi czasu. Tym razem miałem to szczęście, że przekraczając próg Penthouse Hostel trafiłem w sam środek kulturowego tygielka, który tworzyli albo już ludzie zakochani w Armenii, albo tacy, którzy (tak jak ja) dopiero mieli się w niej zakochać.

Piwko na Kaukazie

Najstarszy hostelowym stażem – czterdziestoletni Jacob z Kalifornii – rezydował tutaj już piąty miesiąc próbując sprzedać samochód, którym zajechał do Armenii z Wielkiej Brytanii. Miał już zakupiony bilet lotniczy do Indii i oferował swojego Forda za okazyjne 500 dolarów. Był w trakcie kilkumiesięcznej podróży, w którą wyruszył rzucając pracę w wydawnictwie muzycznym. Trzeci tydzień w Erywaniu upływał już Johnowi z Londynu, który każdy wieczór inaugurował we wspólnym pokoju szklaneczką wina albo czegoś mocniejszego. Był w trakcie dwumiesięcznej podróży po Południowym Kaukazie i właśnie Armenia podobała mu się najbardziej spośród trzech państw, jakie tutaj odwiedził. Jego jedynym zmartwieniem była kiepska forma ulubionego zespołu piłkarskiego, Tottenhamu Hotspur, który zamiast piąć się w górę ligowej tabeli przegrał właśnie ze średniakiem z Newcastle. Oczywiście nie zabrakło też podróżniczych ignorantów – tym razem była to para na oko trzydziestoletnich Francuzów, którzy przyjechała do Armenii na tydzień i nie wyściubiła nosa poza miasto, gdyż żadne z nich nie znało języka (ani rosyjskiego, ani ormiańskiego, a i angielski pozostawał sporo do życzenia).

DSC09617

Dwie postaci były wyjątkowo osobliwe – pierwszą z nich był czterdziestoletni Niemiec, który przyjechał do Erywania w poszukiwaniu bractwa skupiającego wyznawców surowego jedzenia. Jednego wieczoru tłumaczył mi, jak funkcjonuje świat – że lekarze to rządowi agenci mający szprycować społeczeństwo lekami, aby łatwiej je było kontrolować, że te same substancje znajdują się w przetworzonym jedzeniu, które leży na sklepowych półkach, i że najlepiej to jeść tylko surowe warzywa, owoce, a mięso tylko od czasu do czasu, gdyż człowiek z natury nie jest zwierzęciem mięsożernym. Jedynym wyjątkiem od zasady spożywania wyłącznie surowych produktów były ziemniaki, które Niemiec skrupulatnie obierał, a później gotował. Podczas godzinnej indoktrynacji przy kuchennym stole poczęstował mnie zebranym z ulicy kasztanem. Prawdę mówiąc, był niczego sobie.

Powiew ekstrawagancji do naszej małej społeczności wniosła również francuska artystka Lilit, dla której Erywań był przystankiem na drodze z Indii do domu. W Azji spędziła kilka miesięcy realizując projekt fotograficzno-artystyczny, ale po awarii karty pamięci utraciła wszystkie pliki i do hostelu wpadła zalana łzami. Jacob – człowiek, który znał się na wszystkim i czasami zastępował hostelowy staff za biurkiem – próbował pomóc Lilit, ale nic z tego nie wynikło i artystka odleciała do Francji z pustymi rękami. Podczas długich wieczorów Lilit siedziała ze szklaneczką herbaty w fotelu i od czasu do czasu nakręcała dyskusję zadając pytania o sens istnienia, wpływ gwiazd na nasze życie itp.

DSC09506

W hostelu poznałem również dwóch Irańczyków – Davooda i Vahida, którzy przyjechali na kilka dni autostopem z Iranu. Davood do spółki z Jacobem każdego wieczora narzekali na swoich prezydentów – jeden na Hasana Rowhaniego, drugi na George’a W. Busha. Vahid w tym czasie upajał się zabronionym w jego kraju alkoholem. Już do hostelu zajechał z napoczętą butelką armeńskiego koniaku (swoją drogą armeński trunek był ulubionym alkoholem Winstona Churchilla), a przez kolejnych kilka dni próbował włoskich likierów, absyntu, wódki i różnych piw, spośród których najbardziej rozsmakował się w rosyjskiej Baltice. Vahid i Davood byli jak ogień i woda – pierwszy non-stop odurzony, drugi konsekwentnie alkoholu odmawiał, z pierwszym dyskutowało się głównie o używkach i ich oddziaływaniu na ludzkie ciało (studiował chemię i orientował się dokładnie jak poszczególne substancje wypływają na naszą percepcję), a z drugim o zaletach życia w Iranie. Swoją drogą, poza zakazem spożywania używek i specyficznymi relacjami kobieta-mężczyzna życie w Iranie jest więcej niż przyzwoite – Irańczycy tylko 5-10% pensji oddają fiskusowi, edukacja i służba zdrowa jest tania i na dobrym poziomie (wielu Ormian jeździ za granicę do irańskich szpitali), a benzyna jest opodatkowana w niewielkim stopniu (jeden litr kosztuje mniej niż złotówkę, a dla taksówkarzy i kierowców ciężarówek jeszcze mniej). W takim wypadku dane o minimalnej pensji w wysokości 200 dolarów malują Iran jako kraj co najmniej dobry do życia.

– Wiesz, można żyć bez alkoholu, klubów nocnych i pubów. Irańczycy dbają dużo bardziej o relacje z rodziną – podsumował jeden ze swoich wywodów Davood.

– Ale z alkoholem żyłoby się jeszcze lepiej – dodał Vahid przechylając puszkę z Baltiką 9.

Wraz z Davoodem i Vahidem wyruszyliśmy po kilku dniach na południe Armenii – oni z powrotem do Iranu, a ja do Górskiego Karabachu. Ale o tym w kolejnym odcinku.

Nasza erywańska paczka - CouchSurferka Stella (pierwsza z prawej), a dalej Vahid, CouchSurfer Alex z Belgii, który jesień na Kaukazie przepodróżował w sandałach i żywiąc się niemal wyłącznie mandarynkami, Davood, a na dole ja!
Nasza erywańska paczka – CouchSurferka Stella (pierwsza z prawej), a dalej Vahid, CouchSurfer Alex z Belgii, który jesień na Kaukazie przepodróżował w sandałach i żywiąc się niemal wyłącznie mandarynkami, Davood, a na dole ja!


  • Piotr

    Pięknie! Widzę po zdjęciach że pojechałeś naszym szlakiem. Udanej wyprawy do Karabachu 🙂

  • Davood

    IT WAS ALL GREAT.i DIDN’T UNDERSTAND A BIT.
    bUT FOR SURE IT IS ALL GREAT YOU HAVE WRITTEN.
    CIAO,dAVOOD