Alternatywny blog podróżniczy. Wnikliwe reportaże o Wschodzie, wyjazdy śladami legendarnych pisarzy, dużo street artu i kultury alternatywnej.

Miesiąc: Maj 2013

Välkommen till Sveriges

Välkommen till Sveriges

Spacerujemy zatem leniwie ulicami Oslo, kierując się w stronę naszego „ulubionego” ceglanego kloca zwanego dumnie ratuszem. Jako wytrawny ekonomista po drodze wchodzę do każdego sklepu z pamiątkami, porównując ceny i modele dostępnych kieliszków (a co, kolekcja musi rosnąć). Skacząc tak od sklepu do sklepu, jakimś […]

Oslo Muncha

Oslo Muncha

Nie wiem dlaczego, ale pobyt w Rjukan pełen był skojarzeń z Władcą Pierścieni. Po przeprawie przez Cardhras przyszło nam bowiem nocować na Wichrowym Czubie. Na naszym minicampingu przy Krossobahn wiało tak niemiłosiernie, że momentami sądziłem, że za chwilę odfruniemy razem z całym namiotem. Jeden z […]

U stóp Gaustatoppen

U stóp Gaustatoppen

Pozdrowienia z Rjukan. Już w drodze tutaj poznaliśmy mroczną przeszłość tego miejsca. W czasie II Wojny Światowej naziści wykorzystywali tutejszą infrastrukturę do produkcji ciężkiej wody. Substancja ta miała zasilić hitlerowską, atomową wunderwaffe. I byłbym pewnie pisał teraz ten artykuł po niemiecku, gdyby nie grupa sabotażystów z norweskiego ruchu oporu. Najpierw wysadzili on fabrykę, gdzie preparowano ciężką wodę, a gdy ją odbudowano, raz na zawsze unicestwili marzenia nazistów o bombie atomowej, zatapiając prom, którym przewożono aparaturę i gotową substancje od Niemiec (zainteresowanym polecamy film Heroes of Telemark).

Dziś miasteczko jest o wiele spokojniejszym miejscem. Nie ma tu radioaktywnych substancji, teren dawnej fabryki Norsk Hydro przerbudowany został na park przemysłowy, a mieszkańcy wiodą swoje spokojne życie w cieniu wielkiej góry. Góry, która stanowić ma klejnot w naszej podróżniczej koronie. Choć wszyscy napotkani dotychczas Norwegowie odradzali nam wyprawę na szczyt o tej porze roku wiedzieliśmy, że musimy spróbować.

W centrum Rjukan wysiedliśmy około godziny szesnastej. Pożegnaliśmy się z „kryptoduńczykiem”, życząc mu powodzenia z rynną i ruszyliśmy w kierunku mekki każdego podróżnika – biblioteki. Nie powiem, pierwszy od dwóch dni kontakt z łazienką i pierwsze od czterech dni spotkanie z Internetem było przyjemne. Jeszcze tylko szybka wizyta w Informacji Turystycznej celem zdobycie mapki okolicy (nie skusiliśmy się na szczegółowa mapę topograficzną Gaustatoppen za 80 NOK) i możemy ruszać. Plan był prosty. Wejść dziś najwyżej jak się da, przenocować, a jutro zaatakować szczyt. Co może pójść nie tak?

Idziemy zatem wzdłuż głównej ulicy. Nie jest zimno. Czasem nawet zaświeci słońce. Za to niemiłosiernie wieje. Wiatr wzbija tumany leżącego przy drodze piachu i ciska je nam w twarz. Nieźle się zaczyna. Gdy zbliżamy się do rogatek miasta, niespodziewanie, drogę zajeżdża nam stara toyota. Kierująca nią kobieta w średnim wieku oferuje nam podwózkę. Nie zwykliśmy w takiej sytuacji odmawiać. W sumie wsiadanie i wysiadanie z samochodu zabiera nam więcej niż sama jazda. Poza tym tracimy w niewyjaśnionych okolicznościach butelkę z wodą. Jednak przejechać się stopem, którego się nie łapało – bezcenne.

Idziemy zatem wzdłuż wijącej się zboczem góry drogi. Guciu po drodze podnosi rzuconą do rowu butelkę. Mało to higieniczne, ale coś pić trzeba. Płuczemy ją i napełniamy wodą. Nikomu jednak jakoś nie chce się pić. Wraz z wysokości cichnie wiar, przybywa za to śniegu. Przypominam sobie jak znajoma w pracy opowiadała kiedyś o kopaniu jam śnieżnych. Szkoda, że nie mamy saperki.

Skąpane w promieniach chowającego się już powoli za górami słońca miasteczko wygląda zjawiskowo. W tych pięknych okolicznościach przyrody humor nam dopisuje. Tym bardziej, że dalszą drogę pokonujemy w Porshe Cayenne prowadzonym przez wesołego Duńczyka (tym razem nie krypto). Rozstajemy się z nim w miejscu, gdzie dalsza jazdę uniemożliwia szlaban i tablica informująca, że po godzinie siedemnastej droga jest nieczynna. Tu zatem będziemy nocować. Tylko gdzie? W momencie w którym zdajemy sobie sprawę, że w pół metrowym śniegu ni jak nie uda się nam rozstawić namiotu, nasze położenie staje się jeszcze gorsze. Pogoda załamuje się. Huraganowy wiatr utrudniający poruszanie się i śnieżyca, uniemożliwiająca otwarcie oczu sprawiają, że czujemy się niczym Drużyna Pierścienia pokonana przez zimową aurę i Sarumana na przełęczy Caradhras.

Zaczynamy desperacko krążyć po okolicy. Kilkanaście minut spędzamy na terenie opuszczonego campingu. Na próżno pukamy jednak do drzwi przyczep kempingowych i domków. Nikogo tu nie ma, a wszystkie drzwi są pozamykane. A podłoga tutejszej świetlicy wygląda tak przytulnie. Ruszamy dalej w kierunku, w którym odjechał Duńczyk, z nadzieją, że może on nam pomoże. Docieramy do górskiej stacji narciarskiej, gdzie akurat odbywają się zawody skuterów śnieżnych. Rozglądamy się po parkingu. Porsche naszego znajomego wygląda na najtańszy z zaparkowanych tu samochodów. Z tej strony raczej nie mamy co spodziewać się pomocy. Na dworze robi się co raz ciemniej, a śnieżyca nie ustaje. Decyzja może być tylko jedna. Zawracamy.

Po drodze wspominamy słowa wszystkich, który przestrzegali nas przed tą górą. Mijają nas też samochody wracające z zawodów. Żaden się nie zatrzymuje. Jest już prawie kompletnie ciemno. Dochodzi dwudziesta druga. Choć chce nam się pić, nikt nie kwapi się by sięgnąć po wodę, ze znalezionej przy drodze butelki. Ostatecznie sytuacje ratują zwisające ze skał sople. Choć nie jesteśmy już spragnieni nogi bolą coraz bardziej, a przed nami jeszcze co najmniej dwie godziny marszu. Śnieżyca ustaje. Robi się za to zimno.

W momencie, gdy w kierunku matki natury i ogólnie norweskiego klimatu poleciały pierwsze epitety, na poboczu brogi dostrzegamy chatkę – coś w stylu holenderskich domów na kółkach (tylko że bez kółek), obok niej zaś drewnianą szopę. Gustaw nie daje się dwa razy prosić i rusza sprawdzić miejscówki. Wgramolenie się po oblodzonej przydrożnej skarpie nie należy do najłatwiejszych. Po kilku minutach wraca jednak z dobrą wiadomością. Szopa, która okazała się być wychodkiem jest otwarta. W środku leżą porozrzucane deski, puszki po farbach i gazety z lat 80-tych. Co rusz odnajdujemy też porozstawiane pułapki na myszy. Jest klimatycznie. Porządkujemy nieco wnętrze, tak by rozstawić w środku namiot. Po dwudziestu minutach obozowisko jest gotowe, a na palniku topi się śnieg na nudle. Jesteśmy uratowani.

***

Noc nie należała do najspokojniejszych. W szparach pomiędzy deskami hulał wiatr i gdyby nie kilka głębszych, które wychyliliśmy zeszłego wieczora, na prawdę ciężko byłoby zasnąć. Niełatwo było również rano dostać się z powrotem na drogę. W tym momencie przydały się umiejętności wykształcone przez lata gry w DSJ. Zejście do Rjukan w przepięknej, słonecznej pogodzie zajmuje nam około półtorej godzinie. Po drodze nucimy sobie hity pokroju Balu Wszystkich Świętych i Gangnam Style. Jest wesoło. Możemy beztrosko wydzierać się i nikt nas nie słyszy (tak przynajmniej się nam zdaje). Na dole korzystamy z cywilizacji. W KIWI kupujemy najtańszą colę (w końcu możemy wyrzucić przydrożną butelkę; nikt się z niej nie napił) i litrowy kubeł Potetsalat. Niechcący wyrażamy też poparcie dla norweskiej socjalistyczno-ekologicznej partii SV, która organizowała tam akurat wiec wyborczy.

Ten dzień postanawiamy poświęcić na zwiedzanie Rjukan i okolic. Ponownie odwiedzamy w celach toaletowo-informacyjnych bibliotekę, która okazuała się być także ratuszem. Znajdujemy pomnik sprzątaczki oraz kilka zaparkowanych nieopodal samochodów Russ. Jest godzina 11, więc nie oczekujemy nawet by byli na nogach o tak niecnej porze. Idąc w kierunku zaznaczonej na mapie atrakcji Kroban, nieopatrzenie przekraczamy rzekę i lądujemy na terenie dawnej fabryki. Pytamy o drogę wracającego z pracy robotnika. Uświadamia nas on, że Kroban jest oddalone od Rjukan o kilka kilometrów i że jest to najstarsza w kraju turystyczna chatka, należąca do norweskiego PTTK (o czym wcześniej nie mieliśmy bladego pojęcia). Decydujemy się zatem skrócić nasz wypad do kolejki górskiej prowadzącej na Hardangerviddę – kolejną wielką atrakcję turystyczną, do której wrota stanowi Rjukan. Napotkany robotnik odprowadza nas kawałek i opowiada historię kolejki. Otóż, została ona wybudowana przez właściciela fabryki, by wwozić mieszkańców Rjukan na płaskowyż, tak by mogli oni zobaczyć słońce, które zimą nie zagląda do doliny.

Gdy docieramy do kolejki jest ona oczywiście już nieczynna. Ruszamy zatem w górę, biegnącym nieopodal szlakiem. Pod starą stacją przekaźnikową wyposażoną w kilkanaście podrdzewiałych anten urządzamy postój i pałaszujemy nachosy zapijając je ostatnim pozostałym nam piwem. Miało poczekać na szczyt Gausta, ale cóż… you can’t alwats get what you want jak mawiał filozof Jagger.

Wysiłek wdrapania się aż tutaj wynagradza nam piękna tęcza – owoc kapryśnej tego dnia pogody, na przemian raczącej nas deszczem i słońcem. Co ciekawe koniec tęczy znajdował się na… byłej fabryce ciężkiej wody. Przypadek? Tego dnia próbowaliśmy jeszcze bezskutecznie złapać stopa. Staliśmy jednak po złej stronie wioski i po 3 godzinach odmrażania na wietrze kciuka poddaliśmy się. Wróciliśmy pod kolejkę linową i na wzgórzu ponad parkingiem rozbiliśmy namiot. W tym momencie zatęskniliśmy nieco za naszym wychodkiem.

Autostopem przez góry

Autostopem przez góry

Mając jeszcze w pamięci zapierające dech w piersiach krajobrazy Preikestolen, maszerujemy ochoczo w dół krętej drogi, prowadzącej do Tau. Jednocześnie próbujemy oczywiście łapać stopa. Jak na razie niestety żaden z przejeżdżających samochodów nie zatrzymał się. Żaden z… dwóch. Jest niedziela, to wiele wyjaśnia. Mówi się […]

Urodziny na Preikestolen

Urodziny na Preikestolen

Ruszamy. Nie ma na co czekać. W końcu jest już piąta. Mniej więcej za pięć godzin będzie ciemno, a skakanie po tych mokrych kamieniach i zamarzniętym śniegu po ciemku nie sposób określić inaczej, jak lekkomyślnym. Droga na Preikestolen jest zwodnicza. Co chwile wypłaszczenie, a po […]

Velkommen til Norge

Velkommen til Norge

– Cholera! – wykrzyknąłem gdzieś na wysokości skrzyżowania Grunwaldzka/Szylinga. – Nie wziąłem legitymacji! Mknęliśmy właśnie w kierunku dworca PKP moją Fieścinką i byliśmy już na tyle blisko, że żal było się cofać, lecz z drugiej strony mieliśmy na tyle dużo czasu, że dali byśmy radę po dokument wrócić. Stanąłem przed trudną decyzją.

– Spoko, przecież masz ISIC-a. Powinni to przyjąć – uspokajał mnie Gustaw. Ja wiedząc jednak, z jakim pietyzmem PKP egzekwuje zazwyczaj przepisy dotyczące zniżek, już miałem w głowie plan odwołania od mandatu, który niechybnie otrzymam. Przecież ci formaliści potrafią przyczepić się krzywo naklejonego hologramu w legitymacji. Mandat, a w najlepszym wypadku kłótnię z konduktorem mam jak w banku.

Na rozważaniu takich właśnie problemów minęło mi pierwszych kilka godzin podróży. Jak się na szczęście okazało były to problemy urojone, gdyż pani konduktorka podczas kontroli biletów, przyjrzała się tylko uważnie karcie, poprosiła o dowód osobisty, porównała zdjęcia z dość odbiegającym od nich stanem faktycznym mojej facjaty (nie zdążyłem się przed wyjazdem ogolić) i było po bólu. Oczywiście nie byłbym sobą gdybym po powrocie sprawy nie wybadał. Okazało się, ze zostałem potraktowany jak Polak studiujący za granicą, w czym wielka zasługa pani wystawiającej mi legitymację, która wpisała w polu nazwa uczelni „University of Economics”, bez podawania miasta. Zaczęło się zatem całkiem szczęśliwie, choć nieco nerwowo. Był to całkiem niezły prognostyk na następne 11 dni. Ogólnie podróż pociągiem upłynęła w dość sennej atmosferze, na co wpływ miała zarwana tego dnia nocka (dziwnie to brzmi). Tylko jeden z współpasażerów w przedziale próbował wyciągnąć od nas informacje na temat topografii Szczecina. Okazaliśmy się jednak mało pomocni w tej kwestii.

Szczecin powitał nas dość typowym widokiem obdrapanych peronów. Wszędzie kręciło się dużo policji, co powiązaliśmy szybko z odbywającym się tego dnia w Warszawie meczem Legia – Pogoń. Guciu zauważył nawet kilku kibiców. Ja jednak przyzwyczajony do faktu, że kibiców najpierw się słyszy, a dopiero potem widzi, zupełnie nie zwróciłem na nich uwagi. Skupiając się bardziej na odnalezieniu drogi na dworzec. Początkowo oczywiście ruszyliśmy w kierunku zupełnie odwrotnym niż powinniśmy, o czym uświadomił nas jeden z zaczepionych przechodniów. Po krótkiej błąkaninie dotarliśmy w końcu na dworzec. Była to typowa poniemiecka konstrukcja odnowiona w stylu „nie stać nas na remont, to odświeżymy”. Co ciekawe, do końca 2014 r. w Szczecinie powstać ma, podobne do poznańskiego, zintegrowane centrum komunikacji. Na dworcu wisi nawet wizualizacja projektu. Żadnej budowy w okolicy jednak nie zoczyliśmy, więc termin realizacji inwestycji został najwyraźniej przesunięty na „świętego nigdy”. Gustaw całkiem przytomnie, jak na godzinę 7 rano zauważył natomiast pewną integrację dworca głównego z… portem. Jednak to, co zabolało nas bardziej niż brak integracji, to brak McDonalda, gdzie zamierzaliśmy spożyć ostatni mięsny posiłek przed odlotem. Obeszliśmy nawet okolice dworca, ale 24 kg na plecach nie zachęcały do dłuższych poszukiwań. Na śniadanie musieliśmy się zadowoli batonami musli i czekoladą.

Z dworca Szczecin Główny wykupiony mieliśmy przejazd busem na lotnisko w Goleniowie. 15 zł za pokonanie 50 km trasy to w sumie nie najgorsza cena. Zwłaszcza, że po drodze mogliśmy przysłuchać się rozmowie dwóch pracujących w Norwegii Polaków, która bardzo podniosła nas na duchu.

– Ej, a ty bierzesz jakieś fajki – spytał w pewnym momencie swojego łysego kolegi pan z wąsem.

– Czy ja wiem. Chyba nie. Każdy w sumie przywozi i pełno tego, a sam nie palę. – odpowiedział łysiejący towarzysz.

– Co ty gadasz? To dam ci jedne swoje dobra. Nie ważne co byle czerwone. Oni to w każdej ilości kupią. – Na dźwięk tych słów uśmiechnęliśmy się do siebie z Guciem porozumiewawczo, gdyż w moim plecaku leżała sobie spokojnie rakieta czerwonych Marlboro. O popyt mogliśmy być spokojni.

Wzorem zachodnich baz tanich linii lotniczych, goleniowskie lotnisko znajduje się w sercu puszczy. Położenie to tłumaczy po części jego militarna przeszłość. Tak czy inaczej, sam terminal wydał nam się delikatnie mówiąc biedny. Cztery „gate’y” i niewiele więcej gatunków alkoholu w jednym sklepie wolnocłowy, to trochę mało. Zważywszy, że marki trunków również do najbardziej renomowanych nie należały (m.in. lubelskie owocówki, De Luxe i Żubrówka). Trochę to mówi, o tym jacy ludzie z tego lotniska najczęściej latają. Choć brak Smirnoffa czy Absoluta jakoś specjalnie nas nie podłamał, to cena jaką przyszło nam zapłacić za butelkę miodówki i cytrynówki  – 28 zł każda, była lekko demotywująca.

Najgorsze nadeszło jednak wraz z kontrolą bezpieczeństwa. Przez bramkę na został bowiem przepuszczony nasz wierny kompan, dobry duch drużyny i ostoja  – słoik Nutelli. 600 g najczystszego dobra wylądowało w pojemniku na odpady, gdyż w myśl przepisów mogli byśmy przy jego pomocy skonstruować bombę i wysadzić pół lotniska. W akcie desperacji, niczym biblijna matka chcąca uchronić swoje dziecko przed przepołowieniem, próbowałem oddać słoik wraz z zawartością w dobre ręce. Niestety tego dnia takowych na lotnisku w Goleniowie nie było. Żegnaj przyjacielu – wypowiedziałem w duchu i umieściłem słoik w koszu, gdzie spoczął obok flakoników perfum, butelek coli i innych niedozwolonych na pokładzie płynów. Nutello na zawsze pozostaniesz w naszych sercach.

***

W Stavanger wylądowaliśmy około godziny dwunastej. Widząc z okien samolotu ośnieżone górskie szczyty spodziewaliśmy się najgorszego. Tymczasem norweska pogoda obeszła się z nami dość łagodnie. Nie padało. Niebo było w większej części bezchmurne, a temperatura oscylował w granicach 10 stopni. Jednym słowem optymalnie. Po opuszczeniu terminalu zaskoczyła  nas jednak nie tylko słoneczna pogoda.

Pełni nadziej ruszyliśmy w kierunku miejsca, gdzie również w zeszłym roku zaczynała się nasza skandynawska przygoda. W tym roku znajomy przystanek okazał się dla nas jeszcze bardziej łaskawy. Na podwózkę czekaliśmy nie więcej niż 10 min. Co więcej, chłopak który nas zabrał wydawał się być całą tą sytuacją bardziej podjarany niż my sami. Zastaliśmy go w samochodzie robiącego nam zdjęcie. Całą zaś drogę do miasta usiłował je przez swojego iPhona umieścić na Instagramie.  W rewanżu również i my strzeliliśmy „sweet focię”, a naszego nowego znajomego ochrzciliśmy pseudonimem „hipster”.

 Hipster podwiózł nas do samego centrum Stavanger, które w sobotnie popołudnie pełne było oddających się zakupowemu szaleństwu Norwegów. Również i my ruszyliśmy zatem do pobliskiego Intersportu, by kupić kartusz do naszego palnika. Jako, że na rynku dostępne są dwa rodzaje tego typu urządzeń, w momencie zakupu nie mieliśmy 100% pewności czy kupiony nabój pasować będzie do naszego palnika. Jednak i tym razem szczęście się do nas uśmiechnęło i 89 NOK nie wydane zostało na marne. Jeszcze większego farta miałem podczas zakupów w KIWI, gdzie udało mi się upolować ostatniego Kneippa (najpopularniejszy i najtańszy pełnoziarnisty chleb w Norwegii, do kupienia za 8 NOK, normalna cena chleba 20 – 30 NOK), zaklinowanego pomiędzy półkami i ukrytego przed wzrokiem innych klientów. Do tego jeszcze substytut Nutelli marki FirstPrice za 10 NOK i możemy ruszać w teren.

W czasie gdy ja byłem w KIWI Gustaw odkrył, że miejsce w którym się znajdujemy położone jest w sąsiedztwie muzeum ropy naftowej, gdzie na placu zabawa zbudowanym z  elementów platform wiertniczych umieszczona została w zeszłym roku pewna sportowa przepowiednia. Stamtąd ruszyliśmy już na prom, który zabrać nas miał do Tau – miasteczka u podnóża Preikestolen. Podróż stanowiła doskonałą okazję do skorzystania z toalety, podładowania telefonu i połączenia z darmowym WiFi. Warta była zatem swojej ceny 46 NOK. Nie udało nam się za to złapać na promie stopa. Na szczęście dosyć szybko z ronda w centrum miasteczka zgarnął nas obchodzący tego dnia urodziny Jonas. Wracał on akurat z treningu motokrosowego, więc cały samochód zawalony miał zabłoconym sprzętem. Okazał się on na tyle w porządku, że pomimo czekającej w domu urodzinowej kolacji podwiózł nas do miejsca gdzie rozpoczynała się szlak na Preikestolen. Oczywiście wręczyliśmy mu urodzinową pocztówkę i złożyliśmy najserdeczniejsze życzenia, powstrzymując się jednak od śpiewania „Sto lat” (nie chcieliśmy psuć Jonasowi tego szczególnego dnia). Znaleźliśmy się zatem około godziny siedemnastej u stóp Preikestolen. Przed nami cztery godziny wspinaczki po 3,8 km trasie i 334 m przewyższenia do pokonania, na plecach zaś około dwudziesto kilogramowy bagaż.