W wielu stanach USA dopuszczalne jest spożywanie marihuany w celach leczniczych

W USA wszystko jest możliwe: Praca na farmie marihuany w Kalifornii

Praca na plantacji marihuany w USA? W kraju, w którym Sąd Federalny utrzymywał do niedawna, że za posiadanie weedu grozi kara śmierci? W tym samym kraju, w którym co roku ponad pół miliona osób zostaje aresztowanych z powodu trawki? Choć brzmi to niewiarygodnie – jest to możliwe. W końcu w stanach, gdzie dopuszczono spożywanie konopi indyjskich w celach leczniczych, ktoś musi zaopatrywać miejscowe apteki. Inna sprawa, że znakomita większość spożywanej Mary Jane pochodzi z szarej strefy, a praca w tym biznesie to ciągłe balansowanie na granicy prawa.

Społeczna akceptacja spożywania marihuany prędzej czy później musiała doprowadzić do jej chociażby częściowej legalizacji. Kto jak kto, ale Amerykanie powinni wiedzieć, że pewnych zjawisk po prostu zwalczyć się nie da. W latach 20. próbowano wytępić alkohol, jednak poskutkowało to wzrostem przestępczości, wytworzeniem się społecznego przyzwolenia na łamanie prawa i olbrzymimi pieniędzmi przeznaczonymi na bezskuteczne egzekwowanie ustawowych przepisów. Najlepszym dowodem na oderwanie ówczesnej władzy od rzeczywistości jest fakt iż w 1961 r. prezydentem USA (a następnie symbolem amerykańskiej popkultury) został John Fitzgerald Kennedy, którego ojciec zbił fortunę właśnie na handlu alkoholem w czasach prohibicji. Czy ktoś wyobraża sobie, aby za dwie dekady prezydentem Polski został Dawid Bratko junior?

Podobnie – choć w znacznie mniejszej skali – rzecz się ma z konopiami indyjskimi. Dzięki propagandzie mediów i lobbingowi przemysłu tekstylnego przez ponad 50 lat stanowe i federalne władze utrzymywały bezwzględny zakaz posiadania, spożywania i handlowania marihuaną. Jednak w 1996 r. z szeregu wyłamała się Kalifornia dopuszczając spożywanie konopi indyjskich w celach leczniczych. Do dzisiaj śladem krainy rządzonej przez Arnolda Schwarzeneggera (notabene prywatnie przeciwnika legalizacji) podążyło czternaście innych stanów, a nastroje społeczne pokazują, że niebawem może dojść tam do całkowitej depenalizacji weedu. Podczas ubiegłorocznego referendum w Kalifornii aż 46,5% głosujących opowiedziało się za legalizacją konopi indyjskich.

Poprawka wprowadzająca częściową legalizację marihuany, mimo że została uchwalona z myślą o osobach cierpiących na przewlekłe choroby, ucieszyła również (a może – przede wszystkim) palaczy z zamiłowania. Orędownicy konopi indyjskich zaczęli wykupywać ziemie w północnej Kalifornii, gdzie sadzili maksymalną dozwoloną przez prawo ilość 99 krzaczków. Takich farm zakładali po kilka, kilkanaście, a każdą z nich oddawali po opiekę komuś zaufanemu (za odpowiednim wynagrodzeniem), kto oczywiście posiadał stosowne zezwolenie lekarskie. Wyprodukowane w ten sposób „leki” trafiały następnie na południe stanu – do San Francisco czy Los Angeles. Postęp w technologiach rolniczych pozwolił na zbieranie plonów kilka razy do roku (największe odbywały się na jesień). Najbardziej przedsiębiorczy hipisi wciąż potrafią wyciągnąć ok. 8-10 tys. dol. za kilogram wysokiej jakościowo marihuany.

Niedawno przeglądając portal Road Junky natknąłem się na ciekawą relację z pracy przy konopiach indyjskich. Przeczytajcie sami, jak wygląda ten biznes.

Sadząc konopie indyjskie w Kalifornii…

Możliwość pracy na plantacji marihuany? Kiedy tylko się o tym dowiedziałem, zaraz ruszyłem do San Francisco w poszukiwaniu zatrudnienia. Oczywiście nie jest to biznes, w który można sobie wkroczyć ot tak sobie. Miałem to szczęście, że moja stara znajoma znała w tej okolicy każdego kogo warto było znać – bez wyjątku. Jak się dowiedziałem, jeden z jej kumpli zgodził się mnie zatrudnić.

Po kilku dniach spędzonych w San Francisco, w końcu miałem rozpocząć pracę. Plantacja znajdowała się kilka godzin jazdy na północ od miasta. Pierwszy dzień miałem spędzić na przygotowywaniu gruntu pod uprawę. Właściciel, żydowski ziomek imieniem Avi, właśnie zakupił tą ziemię z myślą o założeniu nowej plantacji. Zanim przystąpiliśmy do sadzenia roślin, musiałem rozpakować potrzebny sprzęt – węże ogrodowe, pojemniki z dwutlenkiem węgla (powodują większy wzrost roślin nawet o 50%), worki z nasionami konopi indyjskich i około 50 korytek. – Przenieś to wszystko to szopy – polecił Avi. – Tylko szybko, żeby sąsiedzi nas nie widzieli.

Nie zadawałem zbędnych pytań, chociaż korciło mnie, żeby dowiedzieć się, po co ta cała konspiracja. Dopiero później domyśliłem się, że Aviego spotkał niedawno nalot na jedną z jego farm. Nie chodzi tutaj o wizytę policji, ale jednego z uzbrojonych gangów, które krążą po Kalifornii dokonując kradzieży marihuany, a przy okazji i reszty dobytku. Zapewne Avi nie miał wystarczającej ilości zezwoleń lekarskich, dlatego nie mógł zgłosić zajścia na komisariacie.

Trzymałem więc język za zębami i spędziłem resztę dnia na rozładowywaniu narzędzi. Na zarobek nie narzekałem – 20 dol. za godzinę to całkiem przyzwoita pensja. Przy remoncie szopy pracowało z kolei dwóch innych gości, którzy podobnie jak ja zamarzyli o pracy przy weedzie. Podczas, gdy ja taszczyłem kilogramy sprzętu, Avi chodził wte i wewte z komórką przyklejoną do ucha dopinając kolejne transakcje, które miały go przyszłości uczynić milionerem. Zdecydowanie więcej rozmawiał ze swoimi przyszłymi kontrahentami niż z osobami, które znajdowały się na farmie i pracowały na jego zarobek. Jeżeli już się do nas odzywał, to zwykle z jakimiś uwagami – przykładowo swojemu asystentowi zafundował krótki wykład na temat szkodliwego wpływu pleśni i pajęczych sieci na rozwój roślin.

Przy całej swojej niespokojnej i wybuchowej naturze, Avi pozostawał profesjonalistą w każdym calu. Wyjaśnił mi np. dlaczego każdy, kto robi w tym biznesie, posiada psa. Podobno istnieje pewien kruczek prawny, który utrudnia policji uzyskanie zezwolenia na przeszukanie samochodu, w którym znajduje się zwierzę. Zdradził mi również, jak wiarygodnie symulować objawy choroby w celu uzyskania od lekarza zezwolenia na spożywanie marihuany. Każdy z podwładnych Aviego posiadał takie zezwolenie, dzięki czemu mógł legalnie uprawiać na własnej ziemi 99 krzaczków. Nikt nie musiał wiedzieć, że następnie część tych plonów (około jednego funta, czyli 454 g) wędruje do Aviego.

Po pierwszym dniu spędzonym na zakładaniu plantacji, kolejnego Avi zabrał mnie w inne miejsce, gdzie krzaczki konopi indyjskich były już gotowe do zbiorów. Dom, w którym została założona szklarnia znajdował się na końcu wąskiej dróżki pośrodku niczego. Nikt nie mógłby się domyślić, że ten zakątek służy za plantację marihuany. Notabene, zorientowałem się, że niedaleko farmy znajduje się rodzinna miejscowość Toma Waitsa, popularnego muzyka rockowego. Razem było nas sześciu – wszyscy zasiedliśmy do stołu z sekatorami w rękach i zaczęliśmy obrabiać kolejne korytka z roślinami. Cały myk polegał na tym, aby pozbyć się liści przy topach i oddzielić pąki; następnie można przystąpić do konopnego manicure’u, czyli pozbycia się wszystkich możliwych liści. – Przystrójcie je jak drzewka bożonarodzeniowe – zagrzewał nas do pracy Avi.

Każdy z nas dostał plastikowy worek (taki, w którym piecze się indyki na Święto Dziękczynienia), do którego wrzucaliśmy pąki – za funt (ok. 454 g) uzbieranego towaru dostawaliśmy 250 dol. W ten sposób upłynęły nam kolejne cztery dni, a każdego z nich spędzaliśmy po dziesięć godzin na zabawie w konopnego ogrodnika. Ostrza sekatorów dosłownie sklejały się od bogatej w THC żywicy – aż prosiło się o zebranie trochę charasu. Niestety za każdym razem kiedy odrywałem się od właściwej pracy, liście były zgarniane ze stołu do worka i wynoszone (prawdopodobnie do innego pomieszczenia, gdzie wciąż mogły się przydać do produkcji haszyszu). Co noc, kiedy wracałem do domu Aviego i kładłem się spać, po zamknięciu oczu witały mnie fraktale w kształcie pąków, które zachęcały do zasmakowania nożyczek.

Większość konopnych fryzjerów rekrutuje się podczas dorocznego festiwalu Burning Man odbywającego się na pustyniach Arizony w sierpniu. Nazwa imprezy wzięła się od rytuału podpalania kukły, natomiast całe wydarzenie jest świętem wszelkich artystów, bożych posłańców i innych oświeconych. Nietrudno się domyślić, że jej uczestnicy hołdują tradycyjnym hipisowskim wartościom, które jednak zupełnie z nich ulatują, kiedy przychodzi wziąć się do pracy przy strzyżeniu krzaczków. Problem tkwi w wynagrodzeniu, a ściślej – w uzależnieniu zarobków od ilości zebranego towaru. Przedzierając się przez wyhodowaną u Aviego dżunglę można równie dobrze natrafić na olbrzymie, napęczniałe pąki wprost same wpadające do worka, co na niewyrośnięte pączuszki, które można zbierać i zbierać, i zbierać… Nie byłoby problemu, gdyby rośliny były odgórnie rozdzielane między fryzjerów, a tak za każdym razem, kiedy przychodził kosz świeżych konopi, ogrodnicy z najlepszym refleksem podrywali się z miejsc i biegli po najlepsze okazy. Oczywiście pozostałym także przynosili krzaczki z możliwie największymi pąkami, ale te najlepsze zawsze rezerwowali dla siebie. Zdaniem Aviego wyglądało to przekomicznie. – Jeżeli ktoś z was zgarnie największe pąki dla siebie, powinien martwić się czy nie zostanie z nich obrabowany – śmiał się nasz pracodawca. – Ja bym z pewnością tak zrobił.

Nie żebym był mizantropem, ale przesiadywanie godzinami z pięcioma innymi fryzjerami przy jednym stole było dla mnie meczące. Nie chodzi już nawet o tą pazerność na jak największe pąki, ale niektórzy są po prostu dziwakami. Znajdowałem się w Kalifornii, bądź co bądź kolebce hipisów, ale nie sądziłem, że rozmowy będą toczyć się głównie wokół astrologii. Kiedy już kończyli dywagować nad naszymi znakami zodiaku, przerzucali się na chińskie, a na deser zostawiali sobie astrologię Majów.

„Nie uwierzysz, ale jestem intergalaktycznym białym feniksem, co oznacza, że wyczuwam dziwne wibracje, kiedy mówisz…” Nie żebym miał coś przeciwko astrologii, ale kiedy ktoś utożsamia się z feniksem – ciężko z takim wytrzymać. Albo jak jedna dziewczyna, która doszła do wniosku, że poczucie niestabilności w relacjach międzyludzkich jest winą tego, co właśnie dzieje się na Marsie. – Jasne, w tym może tkwić przyczyna twoich problemów – w końcu wypaliłem, nie mogąc znieść dłużej jej bredzenia. – Albo może to oznaczać, że powinnaś zając się swoimi uczuciami zamiast kosmosem. A może to twoje obawy każą zwalać wszelką winę na marsjańską rzeczywistość?

Ku mojemu zaskoczeniu, kiedy w końcu powiedziałem głośno co myślę, łatwiej dogadywałem się z fryzjerami-astrologami. Wyglądało na to, że zrozumieli moje wątpliwości. – Człowieku, jeździsz po nas jeszcze bardziej niż ci ze wschodniego wybrzeża – śmiali się, kiedy wtrącałem jakiś ironiczny komentarz odnośnie ich kosmicznej perspektywy.

Któregoś dnia Avi wkroczył do naszego królestwa i oznajmił, że ma dla nas nową robotę – mieliśmy zająć się sadzonkami konopi. Podczas gdy prawie każdy przy stole znał się z kimś z ekipy, ja pozostawałem wciąż nieco na uboczu. Miałem wrażenie, że jestem najwolniejszym fryzjerem i w duchu pogodziłem się już z towarzyską oraz finansową porażką. Dzięki mojej technice strzyżenia à la Vidal Sassoon co prawda otrzymywałem całkiem zgrabne pąki, ale pod względem ilości pozostawałem daleko w tyle za resztą drużyny. Spodziewałem się, że w ostatecznym rozrachunku zarobię co najwyżej połowę tego co inni. Było to – nie ukrywam – dość frustrujące.

Tym większe było moje zaskoczenie, kiedy przyszło do ważenia i okazało się, że wcale nie jestem najgorszy – owszem, odstawałem od czołówki, ale można rzec, że znajdowałem się w peletonie. Jako świeżak dostawałem też gorsze krzaczki, co z pewnością odbiło się na moim dorobku. Szkoda, że wcześniej nie zaprotestowałem przeciwko pąkowej dyskryminacji, ale tak długo, jak ktoś inny nie podniósł tej sprawy na forum naszej ekipy, myślałem, że to moja wyobraźnia szuka usprawiedliwienia dla lżejszego worka w rozdzielaniu roślin do strzyżenia. Summa summarum zarobiłem około 650 dol. za cztery dni pracy, a Avi – najwyraźniej zadowolony z mojej wydajności – posłał mnie do miejsca noszącego wymowną nazwę: Dolina Trawy. Tam pracowałem pod nadzorem innego szefa za całkiem przyzwoitą stawkę 20 dol. za godzinę.

Teraz co prawda zeszło ze mnie ciśnienie, ale praca była istnym survivalem. Nowy zespół fryzjerów doprowadzał mnie do białej gorączki. Musiałem pracować z ludźmi, którzy kazali się nazywać Dziecko Ducha, Oświecenie, Eden czy Oceania. Miałem wrażenie, że uwierzą we wszystko, co się im powie. Dość powiedzieć, że wszyscy obawiali się UFO czy telepatycznych mutantów. Któryś z tych geniuszy wspomniał, że korzystał z Raindrop Therapy (forma aromaterapii rodem ze starożytnego Egiptu, która ma rzekomo usuwać wszelkie toksyny z kręgosłupa). I co na to reszta? Że super sprawa, że też muszą wypróbować. Nikomu nie przyszło do głowy zapytać o jakie toksyny chodzi, gdzie się one niby gromadzą i czy nie jest to kolejny wymysł niedoszłych lekarzy, którzy z braku pracy oferują „nowe metody leczenia”?

Ech, żałuję, że nie wiedziałem wtedy, gdzie znajdował się księżyc – powtarzała przy każdej okazji jedna szczególnie irytująca dziewczyna o imieniu Pollen. Korciło mnie, żeby wykrzyczeć: „Jak to gdzie? Na pierdolonym niebie! Tam zawsze jest księżyc!” Ale zamiast przemówić jej do rozsądku (co i tak byłoby daremne) gryzłem się w język i próbowałem zapomnieć o jej głupocie. Któregoś razu zagadałem do Dziecka Ducha, czym się zajmuje, kiedy nie strzyże konopi. – Wówczas jestem artystą, sztukmistrzem i kochankiem – odpowiedział mi siląc się na zagadkowe spojrzenie.

Zachęcam wszystkich do demaskowania takich pretensjonalnych ciot. Kiedyś być może historia ich życia ujrzy światło dzienne i dowiecie się, że pochodzą ze zdegenerowanych rodzin, w których dzieci karmi się Ritalinem. Dla wielu osób kalifornijskie środowisko hipisów jest niczym ziemia obiecana – mogą tutaj dobudować wokół swojej przeciętnej, zniszczonej trudnym życiem osoby spirytualną otoczkę i uchodzić za „połączonych z kosmosem” zamiast „wyjebanych przez życie”.

Dolina Trawy, choć brzmiała niezwykle obiecująco, okazała się prawdziwą próbą cierpliwości. Zarobiłem kolejne 600 dol. za cztery dni pracy i czym prędzej opuściłem to przeklęte miejsce. Złapałem autostop do San Francisco i dziękowałem Konopnemu Manitou, że pozwolił mi przetrwać w otoczeniu czubków. Kiedy wracałem do domu wszystkie drzewa wyglądały jak krzaki konopi…

Źródło: RoadJunky.com, fot. dokbob/sxc.hu

  • Ciekawy artykuł, ciekawa relacja z Californii 😉 Chociaż spodziewałem się, że praca na plantacji bardziej wiąże się z kontaktem z typami spod ciemnej gwiazdy niż z „wariatami”. Zaintrygował mnie fragment o Burning Manie bo marzę zobaczyć ten festiwal. Ogólnie ciekawy blog, będę czasami odwiedzał.