Alternatywny blog podróżniczy. Wnikliwe reportaże o Wschodzie, wyjazdy śladami legendarnych pisarzy, dużo street artu i kultury alternatywnej.

Jeśli marihuana to tylko w Kalifornii

Jeśli marihuana to tylko w Kalifornii

Kalifornia była pierwszym amerykańskim stanem, w którym dopuszczono spożywanie konopi indyjskich w celach leczniczych. Mało brakło, a jako pierwsza zalegalizowałaby posiadanie niewielkiej ilości marihuany na własny użytek bez względu na stan zdrowia. Za dopuszczeniem potu do obrotu opowiada się już prawie połowa Kalifornijczyków.

Dla Amerykanów cierpiących na przewlekłe choroby, THC (zawarty w konopiach indyjskich) jest najlepszym, a często i jedynym środkiem uśmierzenia bólu czy poprawy nastroju. Dlatego już piętnaście stanów dopuściło spożywanie marihuany w celach leczniczych; aby zakurzyć potrzeba jedynie zezwolenia lekarskiego. Obecnie zwolennicy weedu przekonują opinię publiczną, jakie korzyści przyniesie całkowita legalizacja kontrowersyjnego medykamentu. W awangardzie ponownie znajduje się Kalifornia.

Gdy tylko konopie indyjskie zostały częściowo zalegalizowane w 1996 r., kalifornijscy adoratorzy potu przystąpili do zakładania plantacji. Oczywiście nie każdy może taką uprawę legalnie rozpocząć – normy stanowe określają dopuszczalną ilość marihuany w obrocie, a na zasadzenie symbolicznego pierwszego krzaczka trzeba uzyskać pozwolenie stosownych służb. Nietrudno się domyślić, że zapotrzebowanie na weed jest większe niż zakładają stanowe władze – w końcu zaświadczenie lekarskie zezwalające na palenie popularnej ganji można zdobyć już od 150 dol. W jaki sposób rolnicy zaspokajają więc potrzeby kalifornijskiego rynku? Popularnym sposobem jest sadzenie konopi indyjskich pośród kukurydzy, która doskonale maskuje nielegalne plantacje.

Niestety, w szarą strefę wkroczyły już kartele narkotykowe, które albo prowadzą własne uprawy, albo okradają lokalnych rolników. Prym wiodą gangi z Los Angeles i, jakże by inaczej, Meksykanie. Z policyjnych statystyk wynika, że aż 70% zysków karteli narkotykowych pochodzi właśnie z handlu konopiami indyjskimi. Problem działalności grup przestępczych zapewne rozwiązałaby legalizacja „trawki”, jednak taka propozycja wciąż budzi kontrowersje wśród mieszkańców regionu.

W listopadzie ubiegłego roku w Kalifornii odbyło się referendum w sprawie legalizacji marihuany (zobacz: Proposition 19). Zwolennicy próbowali przekonać społeczeństwo, że na sprzedaży opodatkowanych używek zyskaliby wszyscy poza przestępcami. Wielkość konopnego rynku w Kalifornii szacuje się na ok. 14 mld dol. rocznie, co pozwoliłoby powiększyć wpływy do stanowego budżetu o kwotę rzędu 1,2-1,4 mld dol. Co więcej, dzięki utworzeniu plantacji konopi indyjskich na duża skalę w regionie powstałoby nawet 110 tys. nowych miejsc pracy. Ostatecznie większość społeczeństwa (53,5%) opowiedziała się przeciw przyjęciu kontrowersyjnego zapisu, jednak dla orędowników marihuany minimalna porażka w referendum jest tylko zachętą do dalszej działalności na rzecz zniesienia prohibicji.

W tym samym czasie Arnold Schwarzenegger, prywatnie przeciwnik legalizacji marihuany, złagodził prawo względem osób posiadających niewielką ilość narkotyku na własny użytek. Dzisiaj posiadanie poniżej jednej uncji (ok. 28,5 g) suszu nie jest już występkiem, a jedynie wykroczeniem, za które grozi kara grzywny w wysokości 100 dol.

Liderem w produkcji konopnych medykamentów jest region Mendocino County (północno-zachodnia Kalifornia), którego gospodarka opiera się w 2/3 właśnie na uprawie i sprzedaży marihuany. W dbałości o wysoką jakość głównego towaru eksportowego, w 2004 r. lokalne władze, jako pierwsze w kraju, zakazały uprawiania GMO, w związku z czym miejscowa „trawka” może uchodzić za najzdrowszą w całych Stanach.